Wezuwiusz: Niechciana wizyta (2)
opowiadania >



Przed czytaniem polecam lekturę wcześniejszej części "Trutka na babcię"



Drzemiącego Wezuwiusza obudziło pukanie do drzwi. Czarownik spojrzał zaspanym jeszcze wzrokiem za okno i ujrzał słońce chowające się już w połowie za widnokręgiem. Nie spodziewał się nikogo o tak późnej porze.
- Kto tam? – Spytał, ziewając.
- Rada Trzech mnie przysyła.
Odpowiedź sprawiła, że Wezuwiuszowi zadrgała powieka, a serce biło przynajmniej dwa razy szybciej. Czego oni znowu chcą? Ostatnio sprawował się wszak nader poprawnie. No, może za wyjątkiem tej spalonej gospody w oddalonej o dwie doby wiosce. Skąd mógł jednak wiedzieć, że ten płomień się teleportuje? W każdym razie teraz już nie miał wyjścia i musiał otworzyć drzwi. Jego oczom ukazał się młodzieniec, na oko student trzeciego roku Sztuk Magii.
- Witajcie przybyszu. – Rzekł, starając się ukryć niechęć do gościa. – Co was do mnie sprowadza?
- Wejść mogę?
- Tak, oczywiście. – Zakłopotał się Wezuwiusz, gdyż powinien to zaproponować już wcześniej. – Napijecie się czegoś?
- Naparu ze smoczej krwi, jeśli można.
- Obawiam się, że dziś rano wypiłem ostatnie krople. – Skłamał. Ostatni raz pił ten bogaty w energię napój podczas studiów. Sam nie potrafił go przyrządzić. Ba, nie potrafił nawet zdobyć niezbędnych składników. – Poza tym, napar smoczy nie jest wskazany do picia przed snem. Bo domyślam się, że będziecie u mnie nocowali?
- Tak, zgadza się. – Odrzekł młody człowiek. – Dziś, jutro i przez najbliższych kilka miesięcy.
Usłyszawszy te słowa, przygotowujący ziołową herbatę Wezuwiusz wzdrygnął się. Jego powieka trzęsła się teraz niczym noga świerszcza trzymanego w dłoniach. Minęła dłuższa chwila, nim był w stanie wydobyć z siebie coś więcej niż głośne przełknięcie śliny.
- Słucham? – Spytał.
- Tu mam wiadomość od Rady Trzech. – Odpowiedział chłopak i wyciągnął zwój zbrązowiałego papieru.
Wezuwiusz wziął go do ręki, zerwał jednym ruchem pieczęć, którą był zalakowany i zaczął czytać. Twarz jego wygięła się przy tym i przyjęła formę dziwnego grymasu, który aż nadto zdradzał emocje towarzyszące czarownikowi podczas lektury.
- Zatem masz odbyć u mnie staż... – Powiedział.
- Dokładnie.
- U mnie? – Czarownik wolał się upewnić.
- Tak. W czymś problem? – Zaniepokoił się młodzieniec.
- Nie, nie... – Wezuwiusz przerwał na chwilę swą wypowiedź, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Teraz pewnie jesteś zmęczony i głodny. Mam tu pierś pieczonego kuraka. Zjedz w spokoju, a potem wypocznij. Spał będziesz tam, pod ścianą. Jutro wszystko omówimy. A teraz pozwolisz, że się położę. Miałem ciężki dzień.
Wezuwiusz pościelił niewielkie drewniane łóżko spowite warstwą kurzu zdradzającą, jak długo nie było ono używane. Sam położył się na swoim łożu i odwrócił plecami do gościa. Starał się zasnąć jak najszybciej, jednak wieczorna wizyta nie dawała mu spokoju. Czarownik rozważał dwie możliwości.
Według pierwszej młodzieniec był wysłannikiem Rady Trzech, który miał sprawdzić, jak Wezuwiusz sobie radzi. Czarodziej słyszał kiedyś o takich praktykach mających na celu kontrolę co słabszych magów.
Było jednak całkiem możliwe, że chłopak mówił prawdę i faktycznie ma odbyć tu staż. Jakim jednak niedorajdą musi być ów adept Sztuk Magii, skoro przysłali go właśnie do Wezuwiusza, który nie był, bynajmniej, zesłany na to odludzie za wybitne wyniki w nauce.
Analizując obie alternatywy, czarownik doszedł do jednego wniosku – chłopaka trzeba się pozbyć.



***



Sen Wezuwiusza nie był najspokojniejszy tej nocy, którą przespał zresztą zaledwie w połowie. Zastanawiał się bowiem, co zrobić z niechcianym gościem, albo też, ujmując rzecz dosadnie, jak go pogonić. Na sam początek mag postanowił sprawdzić, z kim naprawdę ma do czynienia. Kontrolerem, czy też najzwykleszym w świecie fajtłapą.
- Zjemy śniadanie i idziemy do pewnego gospodarza. – Powiedział Wezuwiusz, stawiając posiłek na stole. – A tak w ogóle, jak masz na imię? Zdaje się, że wczoraj zapomniałem spytać.
- Mówią na mnie Ziemowit. – Odrzekł chłopak.
- Świetne imię dla czarodzieja. No ale teraz jedz i niedługo ruszamy.
Siedzieli tak może piętnaście minut, nim jajecznica i czerstwawy już chleb zniknęły z ich talerzy. Jak tylko Wezuwiusz przełknął ostatni kęs, wstał i zaczął się przygotowywać do drogi.
Sędziwy już mag nigdy tak nie spieszył do pracy. W zasadzie starał się ograniczać wypełnianie swoich obowiązków do absolutnego minimum, czyli do spełniania co niektórych próśb chłopów, co i tak z reguły kończyło się problemami gastrycznymi mieszkańców wsi. I to w najlepszym przypadku!
Szybko pognali zatem do gospodarza, który zdziwił się nie lada, gdy zobaczył Wezuwiusza. O przysługę błagał go bowiem przed dobrym miesiącem, nie licząc zresztą na żadną pomoc. Uradował się jednak, gdyż zaraza wybiła mu już połowę drobiu. Nawet jeśli ofiarą miałaby paść jego żona, a trzeba sobie powiedzieć, że było to bardzo prawdopodobne, warto spróbować.
- Pan tutaj... – Zwrócił się Wezuwiusz do Ziemowita. – Ma problem z ptactwem. Nie noszą jaj, padają jak te... no... kaczki. Co z tym zrobisz?
- Ja? – Zdziwił się młodzieniec.
- Tak! – Oburzył się Wezuwiusz. – Zdaje się, że przyjechałeś do mnie na staż?!
- Czy nie powinienem przypadkiem najpierw zobaczyć mistrza w akcji, by czerpać od niego nauki i potem, ewentualnie, samemu działać?
- Słuchaj no, chłopcze! Gdy byłem w twoim wieku, uczyłem się przede wszystkim na błędach! – Wykrzyknął honorowo Wezuwiusz. Po chwili jednak duma z niego uszła, gdy przypomniał sobie, ile tych błędów było w ostatnim czasie. – Poza tym zapomniałem zabrać różdżki.
Skłamał. W rzeczywistości jego różdżka leżała w szafie. Złamana. Usiadł na niej niegdyś nieopatrznie. Wstydził się jednak zgłosić do Rady po nową, nie wypada bowiem, by mag w jego wieku utracił różdżkę. Zwłaszcza w taki sposób. Zresztą, może nawet i lepiej, że jej już nie ma zważywszy na to, jak nieumiejętnie z niej korzystał.
- Dobrze. Eee... – Zmieszał się Ziemowit. – Pamiętam jedno zaklęcie... Ćwiczyłem je jednak dość dawno, na zwierzolecznictwie magicznym. Lepiej się odsuńcie!
Młody czarownik podniósł w tym momencie różdżkę, zatoczył nią koło, wskazał na leżącego przed nim koguta i wypowiedział coś w stylu: „Pada kura, gęś też pada, niechaj znajdzie się tu rada”. W momencie tym ptak podskoczył, wydając przy tym dźwięk niepodobny wcale do piania, i eksplodował, obsypując zgromadzonych mężczyzn pierzem.

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
barbara211 Linia koment
Dodany:2011-02-03 08:48:18, Ocena: 6.0
Fajne opowiadanie. Autor(ka) ma na pewno ciekawą wyobrażnię i lekkie pióro, którym maluje słowami ciekawe obrazy opowiadań. Mam nadzieję, że czytać także potrafi. Barbara

Ocenił/a na: 6
EmnildaAmelberga Linia koment
Dodany:2011-02-08 20:34:52, Ocena: 6.0
No super po prostu. Mam nadzieję , że nie zabraknie ci pomysłów. Pozdrawiam .

Ocenił/a na: 6
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów