TOPO kontra wielki biust i sadystyczna linia 4
opowiadania >



Długopis upadł z łoskotem na podłogę, poturlał się kilka centymetrów i zatrzymał. Siedzący w drugiej ławce uczeń Dariusz Wierzban powolutku odsunął krzesło do tyłu i schylił się pod ławkę sięgając po niesforny przedmiot. Po siedmiu sekundach, sylwetka Wierzby wyłoniła się spod szkolnego mebla. Na lekko spoconej wskutek czerwcowego upału twarzy ucznia gościł szeroki uśmiech.


- Różowe – powiedział szeptem do kolegi Wierzba umieszczając swój długopis z powrotem na ławce.


Siedzący obok niego Wacek Spodziński porozumiewawczo uśmiechnął się do kolegi i chytrze spojrzał na trzymany w ręce ołówek. Prowadząca lekcję języka polskiego Łapa kontynuowała sprawdzanie wypracowań. W klasie zalegała kompletna cisza. Siedząc z Mateo w trzeciej ławce, z braku innych ciekawych zajęć obserwowałem bacznie dalszy przebieg wydarzeń.


Łapa odchrząknęła, skrzywiła się z wielkim niesmakiem i zamaszystym ruchem postawiła jakiś znak na trzymanym w ręce arkuszu w szeroką linię zapełnionej uczniowskim, skrupulatnym ręcznym pismem. W tym samym momencie ołówek Spodka wylądował na jednej z szarych płytek PCV stanowiących niewyszukaną kompozycję klasowej podłogi. Wacław zanurkował pod ławkę. Łapa głęboko sapnęła i wzięła kolejną kartkę z leżącego przed nią stosu.


W trakcie głośnego sapnięcia jakie wydobyło się z jej szeroko otwartych ust, nieznacznie przechyliła swój pięćdziesięcioletni ciężki korpus na lewą stronę i założyła prawą nogę na lewą. Po dwóch sekundach spod ławki wyłonił się Spodek dzierżący w ręce ołówek, a jego skrzywiona mina jednoznacznie wyrażała rozczarowanie i niezadowolenie. Nie wiedziałem o co chodzi.


- Słowo honoru. Były różowe – wyjaśniał mi kilka godzin później z nieukrywaną satysfakcją Wierzba, gdy obaj siedzieliśmy zrelaksowani na ławce ustawionej przed klatką schodową jego bloku.


- Coś jeszcze widziałeś?


- Czarne wystające włoski – wyjaśnił uradowany kolega z wypiekami na twarzy.


- Eee tam, z włoskami to zalewasz.


- Naprawdę wyraźnie widziałem – zarzekał się Wierzba – Spodek już nie miał już tyle szczęścia co ja, bo zakryła się nogą, ale ja widziałem. Dobrze jej tak, babsztylowi jednemu – dodał, rozcierając zaczerwienione palce u rąk.


Nauczycielka języka polskiego swój przydomek zyskała dzięki dziwnym sadystycznym skłonnościom, jakie ujawniała wobec krnąbrnych i odpornych na wiedzę uczniów. W piątej klasie szkoły podstawowej wyszliśmy spod opiekuńczych objęć naszej wychowawczyni, która prowadziła wszystkie zajęcia w ramach nauczania początkowego i wpadliśmy wprost w bezlitosne łapy Łapy.


Już na pierwszej lekcji polskiego dostrzegliśmy leżącą spokojnie na jej biurku solidną, drewnianą linię półmetrowej długości. Prócz niej leżał tam jedynie dziennik i długopis. Te trzy szkolne przybory w zupełności wystarczały polonistce do realizacji nałożonej na szkołę podstawy programowej z zakresu języka polskiego. Z mniejszym lub większym skutkiem. Do czego służy dziennik i długopis wiedzieliśmy doskonale, ale do czego na języku polskim potrzebna jest długa linia nie mogliśmy odgadnąć.


Na odpowiedź nie trzeba było czekać zbyt długo. Podczas pierwszej ustnej odpowiedzi Wierzby, który standardowo na każde pytanie nauczycielki odpowiadał tajemniczym „Yyy…” sugerującym, że głęboko zastanawia się nad problemem rozglądając się jednocześnie błagalnym wzrokiem po klasie - linia znalazła zastosowanie i ze świstem wylądowała na pośladkach zdezorientowanego ucznia.


Później było tylko gorzej. Zaczęliśmy obrywać coraz częściej i z niepokojem zauważyliśmy, że wymierzane linią razy lądowały nie tylko na spodniach Wierzby, ale i innych bardziej zdolnych od niego uczniów. Wkrótce taktyka polonistki uległa znaczącej korekcie. Przezorni koledzy zaczęli bowiem wkładać na slipki dodatkowe zabezpieczenia w postaci barchanowych reform lub grubych kalesonów, co chociaż częściowo amortyzowało impet drewnianego narzędzia tortur. Łapa domyślając się używanych przez nas kamizelek linijkoodpornych szybko zmieniła taktykę.


Od tej pory po usłyszeniu wypowiedzianego przez nią kategorycznie i tonem nie budzącym żadnych wątpliwości słowa „łapa” – nieszczęśnik musiał wystawić rękę, wnętrzem dłoni do góry i w tą część ciała wymierzana była cielesna kara za nieznajomość prawidłowej odmiany czasownika. Egzekucje nie dotyczyły wyłącznie chłopców. Dziewczyny również, chociaż nieco rzadziej, odczuwały na własnej skórze bolesne skutki pomyłki zaimka z przysłówkiem.


Moje zamiłowanie do książek i umiejętność w miarę poprawnego formułowania zdań przy ustnych odpowiedziach pozwalały mi unikać większości tych cielesnych kar. Natomiast ówczesna niechęć do poznania reguł gramatyki kilka razy boleśnie mnie kosztowała. Metodologia Łapy nie było jednak zbyt skuteczna, ponieważ do dzisiaj czasami mam kłopoty z ułożeniem zdania zgodnie z zasadami interpunkcji i składni, co zostaje mi bezlitośnie wytykane przez skrytą za internetowym łączem, tajemniczą panią inżynier.



***



Prym w otrzymywanych od Łapy razach wiódł oczywiście Wierzba, który taktycznie wystawiał z rezygnacją raz prawą, raz lewą dłoń, na które linijkowe razy opadały z przecinającym powietrze świstem jak ciosy karate Bruca Lee na filmowych złoczyńców. Przewinienia chłopaka nie miały charakteru wyłącznie merytorycznego. Wierzba był bardzo ruchliwy, gadatliwy i nie mógł usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż piętnaście minut. Po tym czasie okropnie się nudził, nieustannie szukał rozrywki i za swoją niegrzeczność i niesubordynację najczęściej doświadczał brutalnych metod pedagogicznych stosowanych z sadystyczną satysfakcją przez Łapę.


Nikt wtedy nawet nie słyszał o nadpobudliwości psychoruchowej, dysleksji, dyskalkulii, dysgrafii czy innym ADHD i chłopaka nie wysłano nigdy na psychologiczną diagnozę w celu wdrożenia stosownych pedagogicznych zaleceń. Jedynie słuszną parapsychologiczną diagnozę postawiła Wierzbie wszechwiedząca Łapa, wdrażając jednocześnie w życie swoją linijkową, niezawodną w jej ocenie metodę wychowawczą.


Chłopak wymyślił więc sposób na chociażby częściowe uratowanie wśród kolegów nadszarpniętego przez drewniana linię męskiego honoru. Niebywałą radością i rekompensatą było dla niego podglądanie pod biurkiem niczego nieświadomej Łapy. Podczas każdego skutecznej tego typu akcji odczuwał on dziką satysfakcję i zyskiwał uznanie kolegów za swoja pomysłowość i spryt.


Chciałem i ja się zemścić na Łapie, za te kilka przypadków bolesnych plaśnięć w moje dłonie. Byłem również wówczas niezwykle ciekawy jak wygląda ta tajemnicza intymna część ciała dorosłej kobiety. Dorosłej. Niedorosłe widziałem bowiem już wcześniej podczas dziecięcych zabaw w lekarza lub dom. Nie dostrzegłem wtedy nic fascynującego w widoku kawałeczka wypukłej bladej skóry umiejscowionej poniżej pępka moich zabawowych pacjentek lub też żon. Obserwowana przeze mnie u chichoczących dziewczynek interesująca mnie część ciała przedzielona była wąską kreseczką, która wydawała mi się niewinną, równiutką dolinką przedzielającą dwa wzgórza. Nic ciekawego. Co innego dorosła kobieta, która jak zapewniał mnie podekscytowany Wierzba: – Ma tam chłopie niezłą dżunglę!


Podjąłem więc kilka razy karkołomną próbę podglądaczą,

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów