Las Bożych Cedrów, cz.1
opowiadania >



co by na dobre nie wyszło… Wszystko się ułoży…
Chłopak milczał, zatem ten pozwolił sobie kontynuować tym razem nucąc pod nosem: To ostatnia niedziela… jutro się rozstaniemy, jutro się rozejdziemy…
Rzuciła cię?


― Odeszła.


― Z babami jest tak zawsze, z nimi źle, bez nich jeszcze gorzej! ― zaczął wyliczać bezdomny, a jego palce grzebały w puszce czyszcząc ją dokładnie ― dawno?


― Jakieś trzy miesiące.


― To dawno dla tego, który czeka, ale ogólnie to nie. Są dwa wyjścia z tej sytuacji. Posłuchaj starego, jak kocha to wróci, a jak nie, to znaczy, że nigdy nie kochała i twoja nie była.


Arturowi nagle zrobiło się już cieplej. Jak wyszedł z pubu wiał mroźny wiatr i prószył śnieg. Było zimno, ale to zimno było już inne. Zaczął spokojnie opowiadać. Bezdomny lustrując pustą puszkę słuchał.


― Odeszła. Nie potrafiłem jej zatrzymać. Nie udało mi się ― ucichł, a gdy wziął głęboki oddech kontynuował ― ale to nauczka dla mnie. Wcześniej ja odszedłem… ― ponownie przerwał.


― Zemściła się Małpka jedna. One wszystkie takie są, mówię ci.


Chłopak zapiął kurtkę i postawił kołnierz wtulając się w niego. Nogi nerwowo mu drżały.
― Nie mogłem odnaleźć tej cholernej kartki, która zapodziała się gdzieś w kieszeni. Mama prosiła o coś. Szukałem na półce kawy albo herbaty, mniejsza z tym. Coś jeszcze brałem i wtedy wpadłem na nią. Niosła mleko, nutellę i chleb. Miała białe słuchawki na uszach, słuchała Dżemu i nie zauważyła mnie wcale. Początkowo przepraszała, ale jak się zorientowała przez kogo upuściła kartonik i stworzyła mleczną powódź pomiędzy mrożonkami a orzeszkami ziemnymi, zaczerwieniła się. To było nasze pierwsze spotkanie. W zasadzie pierwsze drugie spotkanie. Uśmiechała się, a mówię ci, miała zajebisty uśmiech… W życiu nie widziałem, żeby ktoś się tak uśmiechał…


― Wiem o czym mówisz, też kiedyś taki widziałem… Doprawdy piękny uśmiech, ale ta moja była zajęta przez jakiegoś Adasia. Eh, życie, życie… – wtrącił nieznajomy.


― Przepuściłem ją do kasy. Była speszona troszkę, lecz oczy śmiały się, źrenice jak chwilę po zażyciu hery. Wybiegła w pośpiechu, ktoś na nią czekał przed wejściem. Palił. Rozmawiali. Znów się uśmiechała, on też. I wtedy dotarło, że wcale nie chciałem, żeby uśmiechała się do kogoś innego. Chciałem podejść i powiedzieć mu, że byłem pierwszy, że byłem przed nim i… kasjerce skończył się papier. Musiała wymienić rolkę. Igi już nie było. Wsiadła do jakiegoś samochodu. Następnego dnia poszedłem do Kredensu. Z chłopakami zaglądaliśmy tam czasami. No dobra, prawie nigdy. Wszystko się zmieniło jak pewnego wieczoru ją tam zobaczyłem. Stała z koleżankami. Wyróżniała się. Szok ― inna niż pozostałe ― zaśmiał się nerwowo ― wymarzona dziewczyna, krótkie włosy, okulary i ten uśmiech. Miałem podejść od razu, ale co będzie jeśli ma chłopaka? Gdzie jest jej chłopak? A jak mnie pobije? Trudno! Dwa miesiące później odważyłem się. Nawalony jak meserszmit. Wstąpiłem na chwile. Wystarczyło, że ją zobaczyłem i zostałem. Stała jak zawsze pod ścianą. Jak zawsze uśmiechnięta. Jak zawsze na czarno. Pyszna. Tańczyliśmy. Śmiała się i wreszcie życie nabrało sensu. Nie usłyszałem jak ma na imię. Wbiła mi swój nr w telefon i odwiozłem ją pod blok. Protestowała, ale musiałem. Po prostu musiałem. Byłem szczęśliwy. Byłem szczęśliwy i nie wierzyłem, że taka fajna dziewczyna jest sama. Byłem szczęśliwie niewierzącym. Od tamtego momentu porywałem ją. Uwierzyłbyś, że miała gęsią skórkę jak ją dotykałem. „Kurde, zimno jej czy jak?” ― uśmiechnął się ― „Przecież lipiec…” To wszystko było dla mnie. Uwierzyłbyś?


Towarzysz obok milczał.


― I tej nocy też przyszła tam dla mnie. Dla mnie podpierała ścianę. Nikt tak nie podpierał ściany kochanie jak ty… Podpierała ją jak nikt inny, mówię ci. Tak samo paliła kurczaki. Jej popisowym daniem był spalony kurczak. Jadłeś kiedyś spalonego kurczaka? Ani Kuroń, ni Makłowicz tak nie przyrządzają drobiu. Wiedziała, że najbardziej lubię drób i zrobiła kotlety. Targała siatki z zakupami śmiejąc się, że jak była sama, nie uprawiała siatkówki i było prościej nie uprawiać sportów wyczynowo. To było najlepsze mięso na świecie, wiesz? Mój Pudzian był the best girl in the world. Najlepsza jaką możesz sobie wymarzyć. A wiesz czemu Pudzian? Była drobnej budowy, lekka jak piórko. No może kilka piórek ― poprawił się ― jednak miała całkiem pokaźne bicho!― roześmiał się i przez ułamek sekundy jego oczy nabrały blasku ― I miałem prywatny cellulit. Rozumiesz? Cały mój. Nie malowała się. Natury nie trzeba przecież poprawiać. Miała wady. Nie myśl, że nie. Po miesiącu stwierdziłem, że jest za spokojna i nie pasujemy do siebie. Wiem, świnia ze mnie. Głupio mi było. Głupio jak chuj. Sam latałem za nią, obiecywałem, że będziemy razem… Że się postaram, by nie płakała przeze mnie, bo mówiła, że źle znosi rozstania. I co? Zerwałem przez sms-a. Głupio. Głupio jak chuj. Ona zamilkła. Czasami zajrzałem do Kredensu. Rozglądałem się i po dwóch tygodniach pojawiła się. Była na parkiecie. Ten uśmiech… Tylko oczy ją zdradzały. Widziałem jak się zbliża w moją stronę i uciekłem. Głupio. Więcej jej nie zobaczyłem. Jak tęskniłem wchodziłem na jej profil na nk. Wrzuciła zdjęcia. Twardy jestem i mam silną wolę. Nie napiszę- myślełem. Ona też nie napisała. Poza tymi trzema sms’ami. Dwa miesiące po tym jak ją zostawiłem, pisała w nocy. Czwarta nad ranem. Piła i płakała. Kochała nadal i nie zapomniała. Sądziłem, że już przebolała. Nie odpisałem. Dopiero w tym sklepie okazało się, że ja nie przebolałem. Moje przebolenie miało metr osiemdziesiąt, długie, prostowane 160W rude włosy, w kolorze miodu oczy i wytuszowane rzęsy… Szalona. Jednak nie miała bicha, cellulitu ani zajebistego uśmiechu. Kurczak zawsze jej złociście się przyrumienił, a ona sama nigdy nie miała na sobie gęsiej skórki. Nie pomalowała się rumieńcem. Była śmiała. Błogosławiony powinien być ten market i nieszczęsna kartka. Hmm, świat jest cholernie mały i w życiu bym nie przypuszczał, że zobaczymy się ponownie, a na pewno nie w spożywczym. Nie chciała się znowu ze mną spotykać. „Praca do późna, kurs językowy, brak czasu, rozumiesz Artur…” Przyjechałem po nią. Pracowała na uczelni. Była asystentką, a ten facet przed sklepem to był jej szef. Nie sypiali ze sobą, choć wnioskowałem po jego zachowaniu, że usilnie pracuje nad tym. A prosiłem ją, żeby nie

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów