dwa razy w tygodniu
opowiadania >



Powoli. Kroczek po kroczku jej delikatnymi, bosymi stópkami. Charlotte zanurzała się w ramiona niezwykłego świata. Już tu byłam, powiedziała cicho, ledwo poruszywszy błękitnymi ustami. Rozpoznawała otaczający ją ze wszystkich stron zapach. Również ten sam był dotyk ziemi, tamtego piasku. Nie - znów szepnęła, intuicyjnie przysuwając do twarzy dłoń, by nie krzyknąć - przecież to mak. Czuła jak jej nogi lekko się zanurzają. Fioletowy, ciepły, wysuszony mak. Z każdym kolejnym - zdawać by się mogło - wyuczonym ruchem z coraz większą przyjemnością oddawała się tamtej rzeczywistości jak nurek głębinom, jak ptak powietrzu, jak rozkosz otchłani. I z każdym oddechem zdawało się jej, że go pochłania, że z każdym dotknięciem jej skóry o promieniujący makowy grunt czuje więcej i pragnie więcej, że otrzymuje na nowo niebieskawy, dobrze znany świat.

Nie musiała się rozglądać. Już dawno temu nauczyła się, że zdziwienie tylko przeszkadza i niepotrzebnie rozprasza. Ten wariant świata chyba najbardziej sobie upodobała. Znów zaśmiała się cicho na myśl o niepowtarzalnym luksusie możliwości wyboru snów, w których zanurza się człowiek. A przecież to było coś więcej niż sen. Człowiek to tylko biegające w kółko po komórkach impulsy nerwowe. Nic więcej, nic mniej. Co za różnica, w którą stronę biegną? W rozbrzmiewającej ciszą samotności przypomniała sobie słowa Hemingway’a. Kochała swoją rolę, nie graną, lecz za każdym razem improwizowaną niczym najlepsza aktorka.

Szybko jednak znów w duchu się upomniała. Miała zadanie do wykonania. Wcale nie mniej przyjemne niż chłonięcie niebieskawego świata wokół.

Sinofioletowy horyzont zataczający z rozmachem szerokie objęcia, wydawał się być obszyty luźnym suknem, tu i ówdzie karbowanym, falującym w rytm przytłumionej muzyki, melodyjnego pulsowania, przytłumionego tętna tamtej ziemi, dochodzącego z oddali, zza zasłony pokrywającej widnokrąg. Przed sobą dostrzegła malutki, ciemny punkt powiększający się z każdym krokiem. Odniosła wrażenie, że punkcik ów wabiąco promieniuje, przeszywając powietrze niewidzialnymi cieniutkimi nićmi, lepkimi pułapkami, które zdają się ją obejmować ze wszech stron i ogłuszać, by ją przyciągać, przyciągać...

I zdawało się, że jest od nich tak gęsto, że nimi oddycha, że wypełniają całą przestrzeń, przestrzeń duszną, wypełnioną ciężkim zapachem jagód pomieszanych z wszechobecnym makiem. Nie doskwierało jej to jednak w żaden sposób, gdyż cały czas za towarzysza miała wiatr - porywisty, ale jednocześnie lekki i przyjemny.

Stąpała przed siebie z pewnością i przyzwyczajeniem, oczywistą rutyną. Mięśnie niewyraźnie rysowały pod jej delikatną skórą skomplikowany rysunek, szkic, którego nie powstydziłby się żaden z inżynierów, z którego – jeśli istnieje – dumny byłby Bóg. Mleczny kolor nagiego ciała Charlotte’y wyraziście odcinał się w świecie ogarniającego, zachłannie zatapiającego błękitu. Jedyne odzienie, jeśli tylko można tak to nazwać, stanowiła biała, długa falująca własnym transem-tańcem apaszka zawieszona na smukłej jej szyi.

Doskonale wiedziała, co jest tym systematycznie powiększającym się punktem, co czeka ją u końcu drogi, że będzie to znów tylko kolejny początek. Był to fortepian. Duży, klasyczny, gryzący swą czernią fale błękitu zalewające ich z nieba, wypełzające spod ziemi. Taki instrument stanowił po Zagładzie towar wybitnie deficytowy. Coraz wyraźniej dostrzegała jego rysy i szczegóły budowy – krwawe, secesyjnie rzeźbione wzory oraz zgrabnie wykończony rząd czerwono-białych zębów. Krwawa czerwień na instrumencie niczym makabryczne ślady ran zawsze ją fascynowały i za każdym razem zastanawiała się, czy przypadkiem jej mózg i podświadomość nie rozgrywają z nią dziwnej zabawy, czy subtelnymi sygnałami nie mrugają zalotnie i tajemniczo…

Obok stał dzisiejszy podróżnik. Wierny, jak nazywał takich jak on Hemingway. Miał rację, jak zwykle zresztą. Religia. To im dawała. Tym handlowali. Nowy rodzaj rozkoszy. Znów zła na siebie upomniała się w duchu, by przestać analizować, rozmyślać, tak jest prościej. Jeszcze na chwilę omiotła zazdrosnym, obłąkańczym wzrokiem wyszczerzony w kpiącym uśmiechu rząd czerwono-białych klawiszy…

W końcu niespiesznie spojrzała także i na niego. Ubrany był w typowy strój wyższej klasy, czyli tak naprawdę szary, nijaki uniform. Uśmiechnęła się. Nigdy nie mogła zrozumieć, że w swych fantazjach zapominają o sobie. Nie likwidują za dużego brzuszka. Nie pozbywają się łysiny. Nie zmniejszają nosa. Zupełnie tak, jakby całą uwagę skupiali na niej, by była naga, by miała białą apaszkę.

Był w średnim wieku, w zasadzie przystojny i dobrze zbudowany. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie grało najmniejszej roli. Oparty rękami na gładkim blacie, siedział na szeroko rozstawionym fortepianie i wciąż zdezorientowany, przytłoczony zaistniałą sytuacją rozglądał się niepewnie, a gdy dostrzegł zbliżającą się sylwetkę jej nagiego, mlecznie kuszącego ciała, zaczął się wiercić, nerwowo machać nogami.

Cały czas chłodno opanowana i rozluźniona stanęła w końcu zaledwie parę kroków od niego. Chwilę milczeli. Z dziką satysfakcją obrzucali się urywanymi w połowie spojrzeniami, badali. Z niebezpieczną fascynacją chłonęli niebieski świat wokół, a z oddali wtórowało im przytłumione tętnienie, mroczne i melodyjne, odgrywające jakiś walc, jakieś tango, jakiś marsz…

- Zdaje się, że na mnie czekasz – powiedziała powoli, akcentując każdy wyraz tak, by mógł wyraźnie poczuć smak jej głosu.

- Czekam na… – niepewnie urwał, by zanurzyć się w rozmyślaniach

- Podoba ci się nasz krajobraz?

- Czy ty jesteś…

- …bogiem?

- Tak… – niezdarnie zaczął, by po chwili się poprawić – nie…Nie wiem.

- Mogę być wszystkim, czym tylko zapragniesz.

- To moja wyobraźnia, tak?

- I tak i nie. To coś więcej. Masz niepowtarzalną okazję, by stworzyć sobie świat. Wykorzystaj ją dobrze. – nieznacznie kołysząc się, z gracją podeszła do niego i przybliżyła swe pełne, nabrzmiałe błękitem usta do jego, delikatnie dmuchając przy tym mu w twarz ciepłym, przyjemnie wilgotnym powietrzem, by skończyć. - Chcesz, to ci w tym pomogę.

- Kto gra tę muzykę?

- Ty.

- Przecież ja nie umiem.

- Czyżby? – cicho zapytała, ledwo poruszywszy wargami, niemalże przy tym muskając jego, brakło milimetrów, może mniej…Czuł promieniujące ciepłem jej ciało, piękne, idealne, tak bliskie. Charlotte tymczasem kontynuowała, wciąż twarz-przy-twarzy. – Wszyscy jesteśmy stwórcami, bogami... Czujesz? – Gdy skończyła, z rozkoszy zamknęła oczy i powoli, ociągając się, jakby grając w nieokreśloną grę odwróciła głowę, szeleszcząc, łaskocząc go atramentowymi włosami.

- Absolut…

- Nirwana, istota bytu, centrum wszechświata, Bóg. Różnie to nazywacie. – Odeszła od niego i w niemym geście rozpostarła ramiona na wzór rytualnego błogosławieństwa,

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Alis17 Linia koment
Dodany:2010-12-26 19:21:38, Ocena: 5.0
bardzo mi się podoba to opowiadanie. pozdrawiam.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów