Mistrz i bohater
opowiadania >



MISTRZ I BOHATER





Nadszedł dzień, po nim nastąpiła noc i dzień i … . Tamten letni wieczór miał samolotną konstrukcję wielorórki, na kółkach kręcił swoje mechanistyczne wieczorowanie. Powietrze bez szmeru gasło w miejskich zaułkach. To właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiłem się w obecności Mistrza. Noszę w pamięci już trochę niewyraźny obraz naszego pierwszego spotkania, chociaż w ogromnych bólach wydostawałem się z ciemności niebytu. W ogromnych bólach rodziła również się idea utworu literackiego i bohatera – wciąż i wciąż niespójna, pogruchotana brakami warsztatowymi. Moje myśli nie pasowały jedna do drugiej, kłóciły się ze sobą, nie mogły oprzeć się bezsensownej gonitwie. Moje ruchy były sztywne, ciało wydawało się większe, niż poruszające się na nim ubranie O odświętnym charakterze tego wydarzenia, którym było moje pojawienie się w obecności Mistrza, świadczył niespotykany natłok wrażeń. Nie wystarczyłoby mi życia, żeby widzieć w owej chwili wszystko po kolei. Pociągnąłem za klamkę do pokoju, w którym pracował Mistrz. Drzwi zaskrzypiały odwieczną melodią otwieranych drzwi. Stara mosiężna klamka powiedziała o cierpliwości jej prostego przeznaczenia. Nowa sytuacja, w której w tamtej znalazłem się nie zaskoczyła mnie, była raczej pierwszym doznaniem. Przepiękne drzwi dębowe również nie zdumiewały niczym, również, dlatego że najpierw otworzyły się, a potem zatrzasnęły za mną nieuchronnie, z siłą ciężkich, dębowych drzwi. Moje nagłe wtargnięcie jak również moje ciche odwiedziny w pokoju Mistrza nie wymagały tłumaczenia. Te wydarzenia następowały po sobie z nieodpartą siłą mitycznego przeznaczenia, które w tamtej chwili przybierało realną i widoczną postać.


Zrobiłem krok i przekroczyłem próg. Mimochodem spojrzałem w lustro wiszące na ścianie, zobaczyłem w nim swoje odbicie. Nie mogłem mieć już wątpliwości, że zaistniałem pełną gębą, rozkwitłem w niezaprzeczalny byt. W głębi pokoju panował gęsty półmrok, z którego majaczyła lekkimi konturami postać mężczyzny siedzącego na postumencie starego fotela, wmurowanego w podłogę całym swoim przyciężkawym meritum. Kiedy przystąpiłem bliżej, dostrzegłem oczy Mistrza patrzące na coś, co najwidoczniej znajdowało się poza pokojem a ściana stanowiła jedynie wygodne oparcie dla nieobecnego wzroku. Zobaczyłem piękną twarz mężczyzny w średnim wieku, pięknością swojego zamyślenia i łagodności, twarz, która całej konstrukcji człowieka i fotela nadawała lekkości latającego na dużych wysokościach zasiedlonego mebla. Cała postać Mistrza owinięta była dymem z fajki. Woalkę fajkowego dymu tuż nad sufitem skręcało w spiralę coś nad wyraz nieokreślonego.


Przed północą mój portret literacki był ledwie nakreślony. Z upływem nocy zyskiwał realny kształt. Miał już ręce i nogi w miejscach, gdzie jeszcze tak niedawno nie było żadnych członków. Cały czas odkrywałem w sobie coś po raz pierwszy, wszystkie te hojne dary ograniczone były jednak progiem człowieczeństwa. Mistrz śmiał odważnie twierdzić, że nie wszystko może być udziałem człowieka, a jednocześnie wszystko dobro i zło może mu się przydarzyć. Do dziś zastanawiam się, co Mistrz miał na myśli konstruując tę efektowną niewątpliwie figurę zbudowaną ze słów posiadających znaczenie. Czy to tylko pajęcza konstrukcja do oplatania wiotkich nici na kształt myśli ludzkiej. Zdarzały się chwile w moim późniejszym życiu, że rozumiałem te słowa lepiej niż kiedykolwiek. Przeznaczono mnie w sposób nie budzący wątpliwości do zaprezentowania kawałka prawdziwego życia. Stawałem się człowiekiem, więc pociągała mnie przygoda wyciskania z życia jego treści. Postanowiłem współpracować z Mistrzem w tym ambitnym doświadczeniu na żywym organizmie. Ja - człowiek z krwi i kości to brzmiało bardzo dumnie.


Na zastygłej twarzy Mistrza nie drgnął w tamtej chwili żaden mięsień. Pozornie nieruchome oczy miały natomiast tendencję do wylatywania ze swoich orbit. Właśnie ten trudno dostrzegalny szczegół na twarzy Mistrza przykuwał moją uwagę. Nie byłem pewien, czy przypadkiem nie patrzę na twarz Mistrza oczami jego własnej wyobraźni. Galopował po niej dobiegający wszędzie rumak, dlatego że nie miał kopyt, pęcin, zadu i innych części też nie miał. Mimo tej gęstwiny zdarzeń, w pokoju panował spokój wilgotnej i nieistniejącej niedźwiedziej gawry. Serce cicho parło krew do moich tętnic spychając mnie nieuchronnie z niebotycznej krawędzi niebytu w objęcia życia, zgodnie z początkiem obowiązywania prawa powszechnego ciążenia. Brakowało już tylko, żeby na głowę spadł mi jakiś zabłąkany liść i przepełniła się miara tego, co jeszcze mogło wydarzyć się w tamtej chwili.


Mistrz tej nocy nie udał się na spoczynek. Siedział w ulubionym fotelu i robił rozliczne, latające cuda za pomocą swojej starej jak świat fajki. Wydawał się zupełnie nie pamiętać o błaganiach i zaklęciach rodziny, ze wszystkich sił starającej się przekonać go do zmiany niezdrowych przyzwyczajeń. Wątłe zdrowie stanowiło udrękę również dla niego samego. Brał do serca i doceniał troskę najbliższych, słabości jednak nader często brały górę. On wręcz lubił - tak nie boję się użyć tego słowa – lubił igrać ze swoim zdrowiem, aby o ironio, na chwilę choćby uwierzyć w swoją nieśmiertelność i z zaciśniętymi zębami mieć sposobność odgrywania roli bohatera.


Mistrz pracował bardzo ciężko. Raz za razem podrywał się i podchodził do okna. Zatracał się w tym co robił. Zdawało się, że opuszczał pokój przez zamknięte okno i udawał się na przechadzkę z głową w chmurach. Zasnute niebo wędrowało tuż nad sąsiednimi kamienicami. Pogoda sprzyjała pracy. Gdzieś, bardzo już daleko, chmury gnały w kierunku przestronnego horyzontu i znikały za największym zakrętem na Ziemi. Za horyzontem znajdowała się już tylko kolejna noc i dzień. Gołym okiem można było zaobserwować to nadzwyczaj przestronne zjawisko. Mistrz nie odważył się pójść za daleko. Gorąca krew mogła sprowadzić go na manowce. Jego zapędy ostudził powracający stopniowo spokój.


Mistrz skierował oczy w moim kierunku. Nie było w nich zaskoczenia. Lekko uśmiechnął się i powiedział:


- witaj Bohaterze, czekałem na ciebie długo, tak długo, że już sam nie wiedziałem, co o


tym wszystkim mam myśleć.


- witaj Mistrzu - odpowiedziałem. Nie wiedziałem, co w takiej chwili należy dodać prócz kilku prostych słów powitania Mistrza. Nie potrafiłem zdobyć się na właściwą w tej chwili kurtuazję i odwzajemnić z należną afektacją powitanie Mistrza. Nie znałem wówczas jeszcze wielu konwencji krasomówczych służących do prowadzenia rozmowy w sposób harmonijny. Dzisiaj umiejętności oratorskie nie są mi obce, ale chowam do nich pewną, zgoła nie do końca zrozumianą przeze mnie urazę Ów niesmak do tych zgoła pożytecznych konwencji, które w pewnych okolicznościach porównać można wręcz do czynności jedzenia, w sposób sprzyjający jego późniejszemu trawieniu, to efekt chirurgiczno cięcia Mistrza pozbawiający mnie jakiegokolwiek szacunku do strzępienia sobie języka względem osób, którym

- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów