Deszcz
opowiadania >



Oparł ostrożnie rannego żołdaka o ścianę budynku, po czym wlazł do środka. Tutaj słodkawa woń posoki była znacznie mniej natarczywa. Bez problemu znalazł przedmiot o którym mówił znajomy.

Pomieszczenie było niewielkie, oświetlone kilkoma kagankami. Przy ścianie, bezładnie, po lewo od drzwi leżały świerze zwłoki – dwóch napastników z rozbitymi głowami. Tuż obok drugiego z nich leżało samo narzędzie. Verik podniósł je, przyjemnie zaciążyło w dłoni, walcowaty uchwyt leżał idealnie, nawet
w niewprawnej do walki takim orężem broni. Pokiwał głową, złośliwy uśmiech pojawił się na jego twarzy.

Koń drobił niezdarnie, nieprzyzwyczajony do jazdy z takim ciężarem, ponadto znosząc z trudem błoto sięgające czasem do kolan rosłego człowieka. Dentysta, ułożony starannie na kulbace, nie dawał znaków życia. Chwile mijały, każda bliźniaczo podobna do poprzedniej. Było późno, tego mógł być pewien, chociaż stracił rachubę czasu. Zęby szczękały szaleńczo, mięśnie drżały z zimna. Palce u dłoni skostniały, tych u nóg dawno już nie czuł. Z trudem utrzymywał się w siodle. Jeszcze kawałek. Za chwilę powinny ukazać się światła osady. Przecież musi tu jakaś być, myślał po raz kolejny.

W końcu stracił resztki nadzieji, kiedy na jego błagania w pustkę odpowiadały głucho tylko drzewa,
i wilki, wyjące w oddali bez echa. Właśnie miał zamknąć oczy.

Gwiazdy? Błysk w oddali...

Biel. Wszędzie wokół. Potem niewyraźne plamy, jakby ślady na połaci świerzego śniegu. Już tylko chwilę potem, elementy eksplodowały kolorem, stały się wyraźne.

Na tle bielonej powały, przecinanej grubymi belkami, zobaczył twarz. Wszechmogący, ja nie żyję! Verikowi ta myśl przyszła do głowy jako pierwsza. Zanim zdążył ją wykrzyczeć, oblicze starszego wiekiem mężczyzny przemówiło łagodnie. – Witajcie panie. Już się bałem, że się nie zbudzicie. – Więc jednak nie był jeszcze w zaświatach, o których opowiadał mu szczegółowo przed kilkoma laty kapłan Ferona, bóstwa śmierci
i sprawiedliwości. Starzec niewzruszenie ciągnął dalej, kiedy wędrowiec starał się zapanować nad dotkliwym bólem głowy. – Sam, mój syn, zaopiekował się waszymi końmi. Nie podnoście głowy, panie, dopiero zmieniłem bandaż. – Mówił dość wolno, prostym, plebejskim akcentem. Za wolno. W czaszcze zahuczało tępo, ból uderzył mocniej, aż widziany z bliska dziadek zaszedł ww jego oczach mgłą. Odetchnął kilka razy, głęboko. Niedobrze, przeszło mu przez myśl. – Jak długo tu jestem? – Spytał po prostu. Gospodarz spiesznie udzielił wyjaśnień. – Drugi dzień będzie, wczoraj leżeliście bez ducha prawie. To przez tą głowę. Znalazła was, panie, dziewka co poszła nad strumień po wodę, ot niedaleko, tuż przed wioską. Leżeliście tam, wy, i Thero. Głupia, myślała, że to zbóje leżą bez ducha. Ale my tu znamy tego wojaka, dobry to człowiek, co ja wam będę mówił, sami wiecie przecie, z nim na jednym koniu musieliście przyjechać, bo klacz stała przy was, ba, broniła, zabrać was nie mogliśmy, póki syn nie uspokoił rdzawej klaczki. No, opowiem wam wieczorem, jak sił nabierzecie. Wypijcie to, do dna.

Staruszek odpłynął, zamazał się, zaraz po nim drewniane belki. A biel stropu zrobiła się zwyczajnie czarna. Zniknęło wszystko.

- No a potem, zwyczajnie. Znaleźliśmy się tu, tyle wiem. – Verik przeciągnął dłonią po łysej głowie, napotykając jak zwykle zgrubienie starej blizny, przypominającej o sobie czasem, oraz opatrunek, który był pewnikiem nowej pamiątki. – Chyba opuściłeś ciekawą część tej historyjki. – Odpowiedział mu Dentysta, owinięty przez klatkę piersiową i pół twarzy bandarzami, co nie spowodowało u niego utraty wrodzonej złośliwości i sarkazmu. – Tak po prostu. Nie pomyślałem o tym. To normalne, jak spadniesz z konia, to przecież zawsze budzisz się w czyjejś chałupie. – Zaśmiał się donośnie, urwał, skurczywszy się, zaczął kasłać. Żebro faktycznie było złamane, szczęściem nie przebiło płuca.

Verikowi nie było do śmiechu, mimo wszystko nie omieszkał wytknąć mu tego, co powinno być jasne od samego początku. – Zamknij się wreszcie, bo przez niewyparzony język zejdziesz z tego padołu szybciej niż planujesz. Gwoli niejasności, nie zamierzam w tym pomagać. Wręcz odwrotnie, wyciągnąłem cię z tej trupiarni, a tobie się na żarty zbiera. – Zapadła cisza. Przez zamknięte okienko sączyło się niewiele światła, na tyle tylko, żeby ukazać sprzęty w przestronnym alkierzu. W popołudniowym słońcu złociło się łóżko, na którym leżał Dentysta, dużą, okutą skrzynię, zalegającą na podłodze tuż obok, kilka zydli, oraz niezliczonę pęki przesuszonych ziół – jemioły, dziewanny, cykorii, hyperici, mięty i kopru, ponadto inne, których Verik nie rozpoznał. Przeniósł wzrok na ściągniętą twarz znajomego, okrągłą jak gomółka sera. Spod krzaczastych brwi ledwo można było dostrzec niebieskie oczy. – Thero, powiedz mi. Kto was napadł. Ci sami, o których mówił gospodarz? Oni tu całą wieś na nogi postawili, bo łupią ich cięgiem, ostrokół rzezają, siekierki ostrzą. Ale nie potrafili opisać ich herszta. Wiesz ty coś o nim? – Tamten sapnął, bąknął od niechcenia. – Nie widziałem dokładnie. Był taki jeden, z konia nie zsiadł nawet. Grubas taki, wyobraź sobie,

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów