Deszcz
opowiadania >



kołczan spod zmurszałego konaru, mocując oba przedmioty na plecach. Cicho jak duch dostał się do rzędu leszczyn. Między liścimi zobaczył sylwetki tych, których szukał. Dziesiątka mężczyzn siedziała przy niewielkim ognisku, głośno wyrażając swoje opinie na różne sprośne tematy. Musiał się spieszyć, nie zauważyli jeszcze, że ich kompan nie wrócił jeszcze z obchodu. Odbił w lewo, nasłuchując. Na skraju pasma krzaków dostrzegł wyrwę w naturalnym żywopłocie, niewiedzieć czemu kojarzącą się Verikowi z brakiem zęba w pełnej szczęce. Od razu przypomniał mu się Dentysta. Westchnął cicho. Podbiegł do skraju graniczącego z brakującym „zębem”, wyciągnął znad prawej łopatki cztery strzały, które od razy wbił grotami w lepki grunt.

Śmiech, przekleństwo. Cichy, twardy głos. Sięgnął po łuk, zamarł. – Wystaw sobie, taka niewysoka, jasne włosy, prawie do ramion. Cała, jak trzeba, hehe... – Reszta zaśmiała się obleśnie, krótko, czekali widocznie na więcej. Myśliwy słuchający swojej zwierzyny ściągnął łuk,nagiął go na plecach, zachaczył cięciwę o wcięcie. – Kurwa, prawie nie stawiała oporu. Podupczyło się nieźle... Kiedy? No, będzie tydzień temu... – Nie skończył. Zakwilił jak wieprz, kiedy udo przeszyła mu długa strzała. Wlepił wzrok w białe opierzenie. Siedzący po jego lewej stronie, wysoki, patykowaty maruder o rysach psa – nos szeroki, długi, wydatna, ale wąska szczęka, slomkowe, brudne strąki włosów zachodzące na oczy – poderwał się z miejsca, podskoczył prawie, ale upadł z łoskotem w tył, roztrącając oparte o drzewo żelastwo. Strzała wbiła mu się głęboko w pierś. Tak łatwo. Tak łatwo, rozsądzać o życiu i śmierci.

Kolejny upadł twarzą w kocioł wiszący nad ogniskiem, przewracając go, wpadł w ogień, zawartość gara z sykiem wylała się w złote języki.

Prawą ręką wyrwał okrwawione już ostrze, ciął szeroko po gardzieli zbója, który wypadł mu na spotkanie zza gałęzi. Wykorzystując jego pęd, Verik kopnął potężnie pod kolano miniętego, który instynktownie złapał się za gardło, z którego szybko sączyła się lepka, karminowa ciecz. Drab zarył twarzą w mech. Może wił się tam jeszcze chwile – tego były żołnierz nie dowiedział się już, bo stanął twarzą w twarz w wyższym od siebie mężczyzną, trzymającym w ręku wyszczerbioną szablę. Nie zastanawiał się długo, rzucił sztyletem, który po wykonaniu połowy obrotu z nienawiścią wpił się z płuco zdziwionego takim obrotem sprawy wojaka, pędzącego wciąż wprost na niego. Kopnął raz jeszcze. Kolano pękło z chrupnięciem, noga przeciwnika zgięła się nienaturalnie. Krzaki wybuchły setką liści, kiedy zza nich wypadła kolejna dwójka, uzbrojona w topory. Bliźniaczo zamachnęli się swoimi śmiercionośnymi narzędziami, odskoczył poza ich zasięg. Pchnął łukiem, rogowym zakończeniem godząc w oko pierwszego topornika. Tamten zawył nieludzko, upuścił broń. Verik odskoczył raz jeszcze, broniąc się przed kolejnym cięciem drugiego napastnika. Za późno. Ostry koniec upuszczonego przypadkiem topora rozorał mu łydkę. Upuścił łuk, doskoczył do pozbawionego broni przeciwnika. Wyższy o głowę drab uchwycił go za ramiona, starając się rzucić tropicielem o ziemię. Ten jednak zaparł się nogą, szarpnął myląco w tył. Nie wyczuwszy jego intencji, grasant chwycil mocniej, ciągnąc go do siebie. Wtedy mściciel wystrzelił przed siebie, czołem waląc o splot słoneczny drugiego zapaśnika. Tamten zaświszczał oddechem, starając się pochwycić nieco powietrza. Podcięty runął tuż obok swojego kolegi. Pod naporem silnych rąk, kark pęknął jak gałązka w rękach małego urwisa.

Podniósł łuk, dobył dwóch strzał. Siodełko pierwszej umieścił już w cięciwie, drugą trzymał lewą ręką wzdłuż majdanu. Strzał. Krzyk. Drugi raz to samo. Tak samo jak na wojnie, czas był zbyt cenny, żeby mógł chybić. Łuk poraz kolejny cisnął na mokry, zdeptany chrust.

Szarpnięciem dobył drugiego ostrza, tkwiącego w cholewce wysokiego buta. Sam wskoczył w zielony portal liści, zza którego nadeszli mu naprzeciw grasanci. Jeden z nich, gruby jegomość z twarzą zakrytą kapturem siedział już na koniu, uderzał go raz po raz stopami w boki, żeby prędzej się zerwał do galopu. W jednej nodze tkwił drzewiec znajomego pocisku. Drugi natomiast zagrodził mu dostęp do herszta. Zwalisty mężczyzna, o twarzy poznaczonej bliznami, które sugerowały, że przeżył niejeden pojedynek, kwaśna mina kipiąca nienawiścią i pogardą wskazywała też, że honor nie odgrywał w nich roli. Włosy barwy węgla posklejały się na kształt piór. Przekrzywiony nos, jak dziób, upodobaniał go do starego kruka. Wywinął młynek wielkim, gelleńskim mieczem o długich jelcach, połączonych dodatkowo stalowymi obręczami.

Oparł ciężar ciała na jednej nodze, chwycił broń w dwie ręce – prawą tuż przy jelcach, lewą położył na głowicy, wymierzył sztych w Vericka. Naparł potężnie, szybko. Nie napotkał oporu. Mściciel był już obok, zaciskając zęby pchnął pod mieczem w odsłonięty brzuch.

Zbyt wolno. Tamten odskoczył w tył, po drodze wykręciwszy miecz, mierząc w nadgarstek nożownika. Tropiciel cudem zdążył cofnąć rękę, ale i tak zachaczył grzbietem dwóch palców o ostrą klingę. Zdarł sobie skórę, zapiekło. Mocniej zacisnął zęby, bardziej ze złości na siebie, niż z bólu. Tamten zamarkował cięcie z nad głowy, zmieniając kierunek i cel w połowie drogi. Znów w ostatnim momencie Verick upadł na jedno kolano,przyciskając klatkę piersiową do drugiego. Ostrze zasyczało tuż nad jego głową. Nie mógł się wycofać – drogę w tył zagradzała mu ściana zieleni, nie mógł też dosięgnąć tak krótkim ostrzem przeciwnika trzymającego go na dystans wielkim mieczem. Rzut również mógłby go wiele kosztować. Postanowił więc jeszcze przez chwilę poszukać luki w obronie szermierza. Tamten miał na sobie przykrótką koszulkę kolczą, odsłaniającą kawałek brzucha, który starał się wcześniej trafić. Na przegubach chronily go skórzane karwasze, z przynitowanymi doń blaszkami. Głowę miał odsłoniętą zupełnie, tak jak nogi.

Uskoczył w bok, uciekając przed sztychem. Nie wpadał w panikę, daleko mu było do tego. Jednak jego cel, herszt bandy, znikał już w gęstwinie lasu. Skulił się, przygarbił. Zaczął kołować, przez chwilę w lewo, potem w prawo. Tuż za nogami szermierza znajdował się stalowy hak, na którym wisial wcześniej sagan. Może udałoby się wepchnąć sukinsyna na żelastwo, pomyślał. Zamarkował wypad do przodu. Tamten zaparl się lewą nogą w

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów