Deszcz
opowiadania >



tył, mijając leżący w zagaszonym brają ognisku. Niech to cholera. Powtórzył zabieg, kierując wąskie ostrze w twarz. Tamten jednak, mając dużo czasu, złożył jelcami ochronny blok. Nieludzko wytężając się, Verick zmienił kierunek, zanurkował w dół, przecinając tętnicę udową nieszczęśnika. Na rozciętą gładko wełnianą, czerwoną nogawicę trysnęła krew. Z góry nadleciała klinga, ugodziła łowcę w plecy, rozszarpując przeszywanicę, bark ekspolodował bólem, fala odrętwienia rozlała się po ciele niczym garść rozsypanych kulek. Nogi ugieły się same pod ciosem, uderzył lewym kolanem o coś twardego. Przed oczyma miał tylko nogawki wojownika, na którego niełaskę sam się zdał. Krew lała się po jednej z nich, brocząc wełnę pasmami szkarłatu. Zdążył kątem oka dostrzec ruch miecza. Zaraz opadnie, poraz ostani, przemknęło mu przez myśl.

Nie pomylił się. Klinga ociężale wzniosła się w górę, opadła swobodnie, o cal mijając głowę skazańca, nieszkodliwe uderzyła w drugi bark, osłonięty obrzerzem kaptura i grubym pancerzem. Kruczy wojownik upadł na ziemię, na jedno kolano, identycznie jak Verick.

Trwali tak chwilę, myśliwy, oczyma duczy patrzył, jak śmierć oddala się od niego, natomiast jego przeciwnik odchodził, umierał. Nie krzyczał, od początku zaczował milczenie. Obie dłonie powoli sunęły do śmiertelnej rany, jakby krew uzbierana w garście mogła wrócić do żył. Oczy szkliły mu się, czerwone żyłki dzieliły je na kawałki, jak okruchy lodu otaczające przeręble. Po chwili upadł na bok, znieruchomiał w poszerzającej się kałuży krwi.

Cholerne, martwe ptaszysko.

Ocalały mężczyzna wstał, ból szybko zelżał. Podniósł z ziemi ciężki miecz, otarł go o wystające spod kolczugi martwego rękawy. Gelleńska głownia była mocno wyszczerbiona, ale mocna i dobrze wykonana. Trofeum, obiecał sobie szybko. Powieszę to sobie nad kominkiem, dodał w myślach w nagłym napadzie lepszego humoru, zupełnie absurdalnego i pustego jak wydmuszka. Tak się czuł, skorupkę tej sfery tworzyła już tylko nienawiść i zemsta. To dodało mu sił. Kopnął z rozmachu truchło. – Jakbyś tyle nie ćpał tego gówna, to pewnie ja bym tu leżał... – Słowa rozpierzchły się wokół zeszkolych, martwych oczu.

Karotka posłusznie niosła na swoim beczkowatym tułowiu swojego pana. Parskała czasem, gryząc wędzidło. Spieszyło im się, co sił przebierała kopytami, jakby udzieliło się jej poczucie pilności tej chwili. To nie była wycieczka wzdłuż rzeki, w której odbijało się czerwone słońce – Verick często wyruszał z nią na takie krótkie przebierzki, zupełnie ciche, jak zwykle. O ile właściciele koni darzyli swoje wierzchowce uczuciami, często szeptali do nich, rzucali słowa w niby-pustkę, zupełnie rozmowa. Łucznik nie mówił nic, a jednak wytworzyła się między nimi więź.

Dlatego pędzili traktem, pokrytym grząskim błotem.

Destruktywne uczucia skropliły się słonymi kroplami na czole myśliwego, rozpaliły oczy, podniecały. Już za chwilę. Nie mógł się doczekać. Nic już nie było ważne – jutro, wczoraj, minęło, odeszło w niebyt. Tylko tu i teraz, niedługo w każdym razie. Gęsie lotki szumiały gniewnie, przypominając o swojej obecności nad prawym ramieniem. Ale on wiedział.

Las rozrzedził się, zwalniając po chwili miejsce dla szerokich pól, a droga wiła się jak wstążka rozwinięta ze szpulki dziecka – łagodnymi łukami, omijając czasem wzniesienia lub pojedyńcze drzewa. Niebo zasnute szarymi chmurami nie zwiastowało powrotu dobrej pogody, mgła pełzła wolno, spływając z pagórków. Mimo tej mlecznobiałej waty, jeździec odnalazł daleko, daleko przed sobą cel. Niewyraźne widmo znikało, rozmywało się, jednocześnie podnosząc wściekłość.

To trwało tylko chwilkę, miał nadzieję, że zapamięta to do końca, jaki by nie był.

Zwolnił nieznacznie, tylko po to, żeby sięgnąć po łuk. Trzymając się w siodle, rozsupłał przymocowany do juków pokrowiec. Z pomiędzy warstw lnu wychylił się pośrednik nirwany. Słoje zalśniły jak żywe.

Był na miejscu, zeskoczył z konia. Postać oddalała się szybko, jednostajnym galopem. Naciągnął cięciwę, zaskoczyła w rogowej końcówce. Strzała ułożyła się z niecierpliwością. Chwila napięcia. Strzał.

Rozcięła niebo jak skaza, ciemna na tle szarego przestworza. Gwizd. I już.

Nie mógł chybić.

Stał nad trupem grubego herszta, ustrojonego w niegdyś modny, kolorowy strój, obecnie brudny i śmierdzący kwaśnym piwem i potem. Wierzchowiec marudera spłoszony uciekł, nieszczęsny właściciel zwalił się ciężko na ziemię. Spod lewej łopatki wystawał drzewiec zakończony białym pióropuszem. Leżał twarzą w brunatnym błocie. Verick stał chwilę nad ciałem, nie czując satysfakcji. Złość zmniejszyła się tylko nieznacznie.Przewrócił na plecy znienawidzonego wroga.

Serce stanęło mu na chwilę. Patrzył tępym wzrokiem w twarz okoloną szerokim, czarnym kapturem. Twarz nieznajomego. Twarz przekleństwo. Nie musiał szukać blizny na szyi, wiedział już, że nie znajdzie, chyba że sam by ją tam naznaczył nożem. Przenikał na wylot ten obraz, który oznaczał klęskę. Wiedział jedno. Znajdzie go w końcu. Albo zginie próbując to zrobić.

Na nieruchomą powiekę opadł pierwszy płatek śniegu.


- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów