1.2.3. Nowe życie. Od jutra. (1)
opowiadania >






Wstęp


Jestem kobietą. Właśnie rozstałam się z mężczyzną mojego życia (rzekomo, jak widać). Koleżanka poradziła mi napisać coś w rodzaju dziennika, pamiętnika, który podobno ma mi pomóc się z tym uporać. Przelewanie negatywnych emocji na papier i te sprawy, sami wiecie. Mam odkryć siebie na nowo. Zatem zaczynam.



Jak już wspomniałam jestem kobietą, co ciągnie za sobą mnóstwo niespodziewanych konsekwencji. Płaczę na filmach, objadam się czekoladą w ramach poprawiania sobie humoru, pcham drzwi, kiedy napisano, że należy je ciągnąć, gubię się wychodząc ze sklepu, nie mogę odnaleźć samochodu na wielkim parkingu przed hipermarketem… Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, ale to chyba nie byłaby dobra autoterapia. Kim jestem? Nie jestem matką, ani żoną, ani nawet kochanką, a teraz straciłam chłopaka. Nie mam figury modelki; chwila, co ja mówię, w ogóle nie mam żadnej figury, wyglądam jak mały pączek. W tym momencie podjęłam dwie ważne decyzje: schudnę i nigdy się nie zakocham. Nowe życie. Od jutra. Jak zwykle. Nie, tym razem będzie inaczej. Słowo harcerza, co prawda niedoszłego, ale zawsze. Chęci też się liczą, czyż nie? Mój wiek waha się w granicach dwudziestu lat. Właściwie, z matematycznego punktu widzenia, za rok skończę trzydziestkę, ale łapię się jeszcze na dwadzieścia parę. Nie postarzajmy się na siłę. Mieszkam w małej kawalerce praktycznie w centrum miasta. Może nieopodal. W rzeczywistości mam do niego zaledwie dziesięć minut samochodem. Problem polega na tym, że nie mam samochodu. Istnieją oczywiście publiczne środki transportu. Dojazd jednym z nich, potocznie zwanym autobusem, zajmuje mi trzydzieści minut, w porywach do godziny, kiedy są korki. Dla zdrowia zacznę chodzić pieszo. Od jutra. Mieszkam sama. Kiedyś miałam rybkę, ale któregoś razu postanowiła wyskoczyć z akwarium. Nie moja wina, że akurat wtedy odkurzałam. Dodam, że zawsze wtedy mam słuchawki na uszach. Porwały mnie latynoskie rytmy i po prostu jej nie zauważyłam. Wzięłam ją za zwiędły liść, co w moim domu jest pewną normą. Teraz na każdym parapecie mam jeden kwiatek. Doprecyzujmy, kwiatek ten ma kolce i jest dość zielony; ale jest! Pracuję w sklepie z zabawkami. Wydaje mi się, że tyle tytułem wstępu wystarczy.


Dzień pierwszy nowego życia


Wstałam o 7. Planowałam zrobić to pół godziny wcześniej. Nie rozumiem jaka dziwna moc działa na mój budzik, zawsze sam się wyłącza. Szybki, powiedziałabym ekspresowy prysznic; walka z włosami (tak to jest walka, każdego dnia rozpoczynam ją na nowo, zawsze ponoszę porażkę wychodząc z fryzurą, nazwijmy to „mało artystyczny nieład”); śniadanie (dwie kromki chleba nie pierwszej świeżości, bez masła, bo akurat się skończyło, i ser; na jednej, gdyż na drugą nie starczyło, a na pobudzenie kilka kostek czekolady, kilkanaście, cała tabliczka; przecież to kakao, robi się je z kakaowca, który jest rośliną - to prawie tak jak bym zjadła sałatkę) i w końcu wyprawa do pracy. Wychodzę z domu. Zapominam telefonu. Wracam. Znów wychodzę. Widzę zbliżający się do przystanku autobus. Biegnę, o ile można to tak nazwać. Wyglądam przy tym jak hipopotamica uciekająca z zoo. Kierowca czeka. Wsiadam, otwieram torebkę w poszukiwaniu biletu i niestety go nie znajduję. Został na stole. Położyłam go tam, żeby nie zapomnieć. Rozglądam się w poszukiwaniu jakiejś dobrej duszyczki, która poratuje mnie w tej podbramkowej sytuacji. Po prawej jakiś łysy chłopak w dresie. Pytam; w odpowiedzi ukazuje mi swoje niepełne uzębienie i zalewa się śmiechem. Pierwsza próba nieudana. Po lewej stoi starsza pani; mówię, ale widocznie mnie nie słyszy; krzyczę, chyba uznaje mnie za wariatkę, bo dostaję jej torbą po brzuchu. Zastanawiam się co ona w niej trzyma; cegłę, dwa kilo cukru, bo ma drożeć, album wypchany zdjęciami obślimaczonych wnuków, a może sztabkę złota. Próba numer dwa zaliczona. Jak to mówią do trzech razy sztuka. Podchodzę do kolesia w sweterku. Zanim jeszcze zdążyłam otworzyć buzię usłyszałam „bileciki do kontroli”, teraz już ją rozdziawiłam. Akurat tego jednego dnia, w którym zapomniałam biletu musiałam trafić na kontrolę?! Nie wzruszyła go moja historia, nie uległ mojemu urokowi (prawdopodobnie mam go mniej niż sądziłam); po prostu wypisał mi mandat. Dotarłszy do sklepu, na wejściu zobaczyłam rozwścieczoną kierowniczkę. Wyglądała jakby właśnie zagotowała się w niej woda na herbatę. Poinformowała mnie o mojej ostatniej szansie i poszła. Wzięłam się za ustawianie pluszaków, potem wycierałam kurz z pudełek z klockami i tak mijał mi dzień. Musiałam uspokoić kilku chłopców biegających między pułkami w poszukiwaniu najnowszej gierki, którzy objaśnili mi rezolutnie, że im się po prostu bardzo śpieszy. Z uśmiechem na twarzy i skręconym z zazdrości żołądkiem pomogłam też szalenie przystojnemu mężczyźnie, który wpadł kupić swojej ukochanej największego misia w ramach prezentu rocznicowego. Ciacho! Zupełnie nie mogłam skupić się na pracy od kiedy wszedł. Zdradzę Wam pewną tajemnicę. Od dłuższego czasu jestem uzależniona od gapienia się na przystojnych facetów; właściwie to od kiedy zaczęli ciągać mnie za włosy w przedszkolu; i to trwa i trwa a z wiekiem się jeszcze nasila. Analizuję wtedy każdy centymetr ich ciała. Ten był niczym Adonis z uśmiechem, od którego rozpływałam się jak masło na gorącej kukurydzy. Przez koszulkę widziałam nawet zarys mięśni! Niestety uświadomiło mi to przy okazji, iż ja swoich nie widziałam nawet napinając je do granic możliwości naga przed lustrem, a przecież gdzieś tam muszą być. Poszedł. Dalsze godziny pracy nie obfitowały w nic nadzwyczajnego. Wróciłam do domu pieszo. Tak ja! Zajęło mi to tak wiele czasu, że inni spokojnie pokonaliby Kasprowy, ale mimo to rozpierała mnie duma. Przecież obiecałam sobie poprawę. Dotrzymam słowa. Nie zamierzam wyciągać jeszcze wagi, to zdecydowanie nie ten etap. Nie będę robić sobie też zdjęć telefonem przed lusterkiem ani pływać w bikini, jednak jestem na dobrej drodze. Udało mi się też zrobić zdrowe zakupy na cały tydzień jak przekonuje chuda modelka z okładki gazety. Zaczynam od jutra. Ten dzień był wystarczającym szokiem dla mojego organizmu a nie chcę go przecież zniechęcić. Dziś ostatnie frytki. Zabieram je ze sobą na romantyczną kolację na kanapie w blasku zakurzonej lampki nocnej przeplatanym z migoczącym światłem telewizora. Leci jakiś serial, niby nie wiem o co chodzi, ale w każdym chodzi o to samo, więc oglądam go do końca kibicując młodej pięknej w rzucaniu jakiegoś brzydala. Ona oczywiście znów do

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
kalola Linia koment
Dodany:2013-09-24 11:28:50, Ocena: Brak oceny
Bardzo spodobała mi się Twoja "kartka z pamiętnika", jedynie razi mnie podejście „od jutra”. Sama jestem na ostrym zakręcie swojego życia i mam wrażeniem jakbym się cofała w ewolucji zamiast się rozwijać. Jednak jestem zdania, że zawsze trzeba zaczynać „od dzisiaj”, „od teraz” , bo jutro może nigdy nie nadejść. Pozdrawiam
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów