Miecznik (I)
opowiadania >



do niego zbliżać. Na swoje nieszczęście chyba nie uwierzyli. Najwyższy dał jakiś sygnał temu który stał w cieniu. Mistrz usłyszał szelest poruszanych niewprawnym krokiem liści. Jeden, dwa, trzy… skok. Ręka wędrowca z prędkością błyskawicy wydobyła z pochwy przy pasie długi, zakrzywiony miecz a on sam zwinął się jak sprężyna i obrócił o trzysta sześćdziesiąt stopni. Najpierw upadła głowa, dopiero kilka chwil później ciało lecącego napastnika. Krak wyciągnął z pochwy na udzie krótki miecz i cisnął nim w przywódcę. Ostrze gładko weszło w bark i powaliło bandytę na ziemię. Teraz zaszarżował olbrzym. Siekiera pomknęła z góry wprost na głowę mistrza. Ten, nie przykurczywszy się nawet wykonał piruet i patrzył jak głownia prymitywnej broni wbija się w ziemię.


-Jesteś żałosny – rzucił przeciwnikowi i gładko oddzielił jego głowę od reszty korpusu. „Przywódca” bandy wył z bólu. Krak zerknął za siebie. Dwóch pozostałych, w tym ten irytujący typ z tatuażem na mordzie znikali na linii lasu. Krak nie miał ochoty się tym przejmować. Nie miał zamiaru ich gonić, bo nie widział w tym żadnej korzyści. Poza tym, zbierało się na deszcz. Nienawidził deszczu. Musiał się zbierać. Na polu został jednak jeszcze szczeniak. Najwyraźniej był dużo głupszy niż na to wyglądał. A twarzy mędrca to on nie miał. Miał za to wiele możliwości – stwierdził Krak – ucieczka, poddanie się, prośby o darowanie życia… a musiał wybrać tę najgłupszą ze wszystkich możliwych dróg. Postanowił zostać i walczyć. Krak nienawidził głupców. Temu jednak postanowił dać szansę. Młodzik ledwo trzymał przerdzewiały miecz w chudych, nastoletnich rękach. Mistrz mimo braku krwi na ostrzu wytarł klingę szmatką i schował broń do pochwy.


-Zobaczymy co potrafisz – powiedział grobowym tonem do chłopaka – byle nie zdążyło się rozpadać – dodał jakby do siebie, odwrócił się i poszedł do swojego konia – Jeśli zaczniesz uciekać wejdę na wierzchowca, dogonię cię i zabiję. – wyciągnął grawerowany półtorak z pochwy przy jukach i poszedł w kierunku młodzika. Ten szybko rzucił swój miecz na ziemię. Zupełnie jakby trzymał rozpalony do białości pręt. Chociaż nie… Krak uśmiechnął się cierpko wspominając czas gdy on był zmuszony dzierżyć w dłoniach rozpalony żelazny pręt. Poruszył palcami jakby na wspomnienie dawnego urazu. Pryszczaty gówniarz nie miał pojęcia o bólu.


-Panie, proszę… poddaję się… łaski! – załkał chłopak. Za późno o kilka sekund…


-Miecz w ręce. – szepnął Krak doskonale słyszalnym, beznamiętnym głosem. Młodzik nie ruszył się sparaliżowany strachem. –Głuchyś?! Bierz miecz do ręki! – podniósł głos Krak. Chłopak, choć ze strachem wykonał polecenie bez ociągania. Złapał broń i posłusznie czekał na śmierć.


-Na co czekasz? Atakuj! – polecił mistrz a chłopak ze łzami w oczach złożył się do uderzenia. Pierwszego ciosu Krak nie zbijał, bo nie musiał. Nieznacznie się tylko odchylił, trzy następne odbił od niechcenia, przed kolejnym uskoczył. Szybkim ciosem ciął chłopaka po lewej ręce. Młody zawył z bólu.


-To tylko draśnięcie, zachowujesz się jak baba… - mistrz uderzył go płazem w policzek a chłopak zatoczył się jak pijany. Krak podszedł do niego i mechanicznym ruchem niby od niechcenia wybił mu broń z ręki. – Nie jesteś godzien by nosić miecz. Lepiej to zapamiętaj. Od dawna rabujecie?


-Od kilku miesięcy panie. – Odparł rozdygotany bandyta leżąc na ziemi.


-Jest za was jakaś nagroda? – mistrz wbił swoje nieruchome oczy w bijące strachem źrenice młodzika – Mów szczerze… wyczuje kłamstwo. – wyrostek nie chciał ryzykować. Po tym zresztą jak widział śmierć swoich kompanów zadaną z taka łatwością byłby w stanie uwierzyć we wszystko.


-Straż w Złotej Woli płaci dwadzieścia pięć sztuk srebra za głowę Marunta – wskazał na przywódcę – i piętnaście sztuk za Herbusa – tu pokazał leżącego we własnej posoce olbrzyma. Mistrz uśmiechnął się i powiedział jakby pod nosem:


-Wyśmienicie – po czym wyciągnął duży, płócienny wór cały pokryty rdzawymi plamami. Po chwili kontemplacji rzucił go sparaliżowanemu strachem chłopakowi. – Zapakuj tu Herbusa – i bez dalszego gadania wyszarpnął zdobyczną siekierę z ziemi i ruszył w kierunku charczącego jeszcze wodza. Sprawnym ruchem wyrwał z wijącego się z bólu zbója ostrze krótkiego miecza którym zgruchotał mu bark. Przerażone oczy przywódcy błagały o litość. Krak zapewnił mu ją ostrzem starej siekiery i kopnął głowę do pod nogi chłopaka. – To też spakuj – Młodzik wykonywał rozkazy bez słowa. Mistrz mieczy podszedł do kobiety. Jego nieruchome oczy zdawały się odzyskać na chwilę iskrę życia, wyzbyć się mechanicznych odruchów… a może to tylko poblask wyłaniającego się jeszcze zza chmur słońca, które starało się błysnąć jak topielec stara się jeszcze złapać ostatni oddech mimo iż śmierć już blisko?


-Czy nic ci nie jest pani? – kobieta niepewnie kiwnęła głową. Była nawet ładna, choć dla mistrza mieczy nie miało to żadnego znaczenia. –Jeśli zechcesz, mogę Cię zabrać do Złotej Woli.


Kobieta znów niepewnie kiwnęła głową. Chłopak podał mu worek z jego posępnym łupem. Szybko przymocował go do siodła jak setki razy wcześniej, tymi samymi wyuczonymi ruchami.


-Masz szczęście że nie zabijam dzieci… - rzucił Krak młodzikowi chcąc już tylko jak najszybciej opuścić to miejsce. Gdyby teraz młokos skinął głową, gdyby nic nie powiedział, mógłby później latami całymi opowiadać że stał po naostrzonej stronie miecza Kraka Czarnego i przeżył to spotkanie. Ale nie usłuchał głosu rozsądku. Młodzieńcza buta wzięła nad nim górę.


-Nie jestem dzieckiem! – warknął chłopak. Błysnęła klinga. Już nigdy nie stał się mężczyzną.



***



Krak wstał od ostatniego trupa. Nie mieli przy sobie nic interesującego. Parę miedziaków, pordzewiałe noże. Wsiadł na konia. Pierwsza kropla deszczu spadła mu na twarz i spłynęła po policzku. Później kolejna. I jeszcze kilka.


-Zaczyna padać. – Krak popatrzył na pobojowisko dając kobiecie kilka chwil na decyzję. Gdy nie zareagowała, dodał. – Musimy jechać. – wyciągnął rękę do dziewczyny, ta nie licząc lekkiego drżenia spowodowanego chłodem i deszczem odbierającym ostatnie cząstki ciepła, siedziała bez ruchu patrząc pustymi oczyma w kierunku lasu. Spadające krople przeszły z oddziałów w chorągwie, z chorągwi w legiony z legionów w kohorty. W jednej chwili miliardy kropli poleciały ze stalowych chmur jak z pękniętej cembrowiny. Mistrz nienawidził deszczu.


-Jeśli chcemy dotrzeć do Złotej Woli jeszcze przed zmrokiem, musimy ruszać. – znów odpowiedziała mu cisza… i dzwonienie deszczu o stal mieczy. – Wiem, że to co się stało jest dla Ciebie szokiem ale jeśli dłużej tu zostaniemy, rozpada

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
kasia11091996 Linia koment
Dodany:2010-07-11 12:26:59, Ocena: 3.5
Najmocniej przepraszam:( chciałam dac 6, bo bardzo mi się podobało. Uj...
Alis17 Linia koment
Dodany:2010-12-26 18:41:30, Ocena: 3.5
bardzo fajne opowiadanie
Alis17 Linia koment
Dodany:2010-12-26 18:41:50, Ocena: 3.5
calutka część jest rewelacyjna, poproszę o więcej takich opowiadań, pozdrawiam, alis
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów