Projekt "Love Forever"
opowiadania >



14.02.2023
Godzina. 22.23

Stoję na dachu wieżowca. Spoglądam w dół.
- Dobre 60 metrów – mówię sam do siebie.
Sam środek betonowej dżungli. Łagodny wiatr mierzwi mi włosy. Po ciele przechodzi dreszcz. Czternasty luty. Walentynki… Święto zakochanych i chorych na padaczkę. Wybucham histerycznym śmiechem. Ten dzień powinien nazywać się Walę Drinki. Święto odrzuconych facetów zatapiających smutki w kieliszku. Jeden. Drugi. Trzeci. Gleba.
Nawet przed najważniejszą decyzją w swoim życiu mysle o czymś zupełnie innym. Bujam w obłokach. Dosłownie. Wydaje mi się że to prawda że przed śmiercią przemyka ludziom całe życie. Zamykam oczy i widzę swoje piąte urodziny. Śmiech już dawno nieżyjącego dziadka. Pierwszą próbę zdobycia władzy nad rowerkiem na czterech kółkach.
Stoję na szczycie świata. Osamotniony. Odrzucony. Obdarty ze swej godności. Jak ona mogła mi to zrobić?
- A to suka jaka ! – krzyczę z całych sił, i lekko się uśmiecham.
Przez głowę przechodzi mi myśl że nie powinienem tak mówić. Przecież nie można źle mówic o zmarłych.

***************************************************************************
Siedem godzin wcześniej

- Stary, a co jak ona się nie zgodzi? – mówię biorąc sporego bucha. Moje płuca wypełnia tetrahydrokanabinol. Zielona zawartość blanta wydaje się kończyć. Wypuszczam gęstą chmurę dymu. Po trzecim skręcie pokój Dawida przypomina jedną wielką hasz komorę.
- Nie pierdol. Będzie dobrze, i pal zanim się kurwa skończy bo nie mamy więcej hajsu. – odpowiada Dawid.
W pokoju czuć ciężki, słodki zapach marihuany. Relaksuję się każdym kolejnym buchem. Nagle mój telefon zaczyna dzwonić. Tak, to ona. Pewnie już na mnie czeka. Po krótkim namyśle odbieram telefon.
- Yoooo !
- Ja już czekam pod Żeromem, więc z łaski swojej rusz dupę – odpowiada Ania.
- Czil, skończę blanta i schodzę. Baju - mówię naciskając czerwoną słuchawkę. Wstaję i podnoszę z ziemi bukiet z trzech czerwonych róż.
- Życz mi powodzenia, man. Bo jak się okaże że wydałem pięć dyszek i chuj z tego wyjdzie to się wkurwię. – mówię
- Pozdro and powo stary – mówi Dawid klepiąc mnie po plecach.
Słyszę tylko trzask zamykanych drzwi. W windzie poprawiam włosy. Wychodzę. Widze ją po drugiej stronie ulicy. Jest niesamowicie piękna. Widzę jej krótką spódniczkę ukazującą długie, kształtne nogi. Górną część jej ciała okala czarny płaszcz udekorowany kokardkami. Nawet w płaszczu jej biust wyglądał zniewalająco. Na ramiona opadały jej długie proste czarne włosy. Niebieskoszare oczy dziewczyny ruszały się. W lewo, w prawo. Jakby czegoś, kogoś szukała. Zwróciłem uwagę na jej pełne usta pomalowane krwistoczerwoną szminką. Co jakiś czas nerwowo przystępowała z nogi na nogę. Podchodzę do niej szczerząc się.
- Cześć piękna. Wiesz jaki jest dziś dzień ? – pytam z uśmiechem.
- Hm… a czy jest to jakiś wyjątkowy dzień ? – odpowiada mi Ania uśmiechając się ironicznie.
- Walentyki ! Dziś są, kurwa, walentynki ! – krzyczę i zza pleców wyciągam bukiet złożony z trzech krwistoczerwonych róż za pięćdziesiąt złotych.
- Kochany jesteś, nie trzeba było – mówi Ania z wielkim uśmiechem na ustach i czerwonym rumieńcem na policzkach.
Po czym przykłada swoje wargi do moich. Czyli te pięć dyszek nie poszło na marne. Jej usta są najlepsze na świecie. Nic więcej się nie liczy. Mojej głowie i sercu budzi się demon. Pieprzony diabeł na dnie mego serca które pęka niczym głaz rozbijany kilofem.
- Niechcesz jej! Ona cię zrani! – Szepce mój wewnętrzny demon
- Spierdalaj! Kocham ją i wiem że ona mnie nie zrani. Nie jest taka, więc zamknij KURWA ryj! – krzyczę w myślach.
Ania odrywa swoje wargi od moich.
- Kocham cię – szepcę do jej ucha. – Kocham za twój charakter, optymizm. Za twój piekny uśmiech. Za to że czasem jesteś straszną suką. Za oczy, usta, włosy. Za wszystko. Kocham cię ponad życie. – mówię a moje policzki kolorem przypominają dojrzałego buraka.
- Co ty pierdolisz chłopcze? Żartujesz sobie? To był pocałunek i nic więcej. Zrobiłam to żeby nie było ci głupio. Nie chcę się wiązać, A tym bardziej z tobą! - Krzyczy moją ukochana po czym zaczyna biec w stronę przystanku.
- Nie goń jej. Mówiłem że cię zrani! Suka. Każda taka sama. Kokietuje. Całuje. Daje pierdoloną nadzieję. A potem rzuca jak worek bezwartościowego gówna. – odzywa się mój demon.
- Kurwa, jak ja ją kochałem! A ona wyszła z życia mojego jak z jakiegoś kibla. Masz rację. Wszystkie one to kurwy. Niewarte zachodu. Fuck that. Fuck that, man. Idę kupić jakiś weed. Zaraz kurwa nie wytrzymam. – mówię sam do siebię. Do mojego wyimaginowanego przyjaciela. Do demona broniącego mojego serca niczym Cerber wrót Hadesu.
Powinienem go zwolnić. Pozwolił mi się zakochać. Pojadę mu po pensji. Wchodzę do najbliższego Coffee Shopu. Żeby kupić trochę palenia. Ojciec opowiadał mi, że jak był w moim wieku to trawa była nielegalna. Paranoja.
Czemu konopia miała być nielegalna? To tak jakby zdelegalizować alkohol lub fajki. Tragedia. Wchodzę do sklepu, za ladą jak zawsze stoi Rysiek taksówkarz. Facet po czterdziestce. Lekko łysawy. Ubrany w beżową koszulę wyglądającą jakby była w jego rodzinie od czasów średniowiecza. Kiedy prawdopodobnie jego potomek był chłopem pańszczyźnianym.
- Siema Rysiu. Zapakuj mi dwa gieta - mówię z uśmiechem
- Cześć. Skręcić czy do torebeczki? - Spytał sprzedawca.
- A co ja, kurwa, jakiś bury miś? Że niby sam nie umiem sobie skręcić jointa? Syp do torebki. – odpowiadam. Rysio taksówkarz odmierza dwa gramy najlepszego holenderskiego zioła, po czym wsypuje je do torebki.
- Pięć dyszek się należy kolego. – stwierdza bez wyrazu Ryszard.
- Stary, doniosę ci hajs jutro. Jestem kompletnie spłukany. – odpowiadam lekko zawstydzony.
- Nie ma hajsu, nie ma bakania. Dla ciebie mogę zrobić wyjątek. Tylko jutro chce widzieć pieniążki na ladzie. Muszę zapłacić podatek od grassu.
- Spoczi. Dziękówa, man! Do jutra – odpowiadam i wychodzę ze sklepu, po czym wsiadam do swojego czarnego połyskującego w świetle Audi. Do potylicy podpinam aksencjometr. Genialny wynalazek. Sterowanie samochodem i radiem za pomocą myśli. Przekręcam kluczyk. Słychać tylko wycie silnika. Odjeżdżam. Zostawiam za sobą tą jebaną rzeczywistość.

*****************************
Dwie godziny poźniej.

- Kill her. She must die. Tue cette fille. Elle doit
- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów