Las Bożych Cedrów, cz.1
opowiadania >



I



― Jeszcze raz to samo.


― Artur już masz dosyć, chodź ― złapał go za ramię próbując wyprowadzić z lokalu ― chodź, to i tak nie pomoże, słyszysz?


― Artur on ma rację, wezwiemy taksówkę i do domu, już pora na nas ― powtórzyła dziewczyna.


Dochodziła pierwsza i lokal zaczynał tętnić życiem. Zdawało się, że drzwi się nie zamykają i co chwile napływały nowe twarze do baru. Niektórzy chcieli się zabawić jak przystało na studentów, którzy dowiedzieli się o zdanym egzaminie, bądź o szykującej się poprawce. Inni przyszli by nie pić w samotności, a grupa młodych mężczyzn pod ścianą zdaje się narzekała na szefa wykorzystującego kryzys jako pretekst do zwolnienia pracowników i nawet dwoje spośród zgromadzonych nie wiedziało, że jutro otrzymają wypowiedzenie w trybie natychmiastowym i to nie z powodu krachu w Stanach, a trywialnie przez żmiję przy ich stoliku, tzw. kabel.


Pub studencki. Najbardziej oblegany w czwartki i soboty. Wieszaki porozstawiane po kątach jakby za karę, nie były w stanie już udźwignąć kurtek. Piwo lało się nie tylko barmanom do kufli, ale i chłopakom na stoliki, deski, a jeden nawet oblał swoją dziewczynę, co nie umknęło uwadze zgromadzonym, gdyż poszkodowana waląc w jego zakuty łeb, krzyczała zagłuszając Czarnulkę śpiewającą „Niebieską sukienkę”. Był czwartek, a więc i karaoke.


Artur przechylił szklankę i spostrzegł znów puste dno, które zażyczył sobie napełnić ponownie. Nie obchodziła go ani wódka, ani wrzawa. Chciał zapomnieć, tak jak kiedyś ktoś inny tego pragnął.


― Człowieku wstawaj, idziemy ― tym razem brunet nie prosił. Z tonu jego głosu wywnioskować można było, że nie odpuści i żaden sprzeciw nie pomoże. Artur spojrzał na niego bezczelnie opróżniając szklankę. Wcale nie miał zamiaru opuszczać lokalu.


― Czy ja ci braciszku mówię, kiedy masz przestać pić? ― spytał wrogo.
― Artur daj spokój, my wychodzimy. Chcesz to zostań ― wtrąciła dziewczyna kurczowo trzymając za rękę Łukasza.


― Z Bogiem ― odpowiedział chłopak i zamówił kolejną wódkę ze spritem. Od trzech miesięcy pił drinki tak jak ona. Pił i nadal nie rozumiał. Patrzył przed siebie.


― Misiek daj mu spokój, zostaw go.


― Nie, to ja wam dam spokój i po raz ostatni kurwa grzecznie proszę, odpierdolcie się wszyscy ode mnie.


Wyszedł. Na postoju nie było taksówek i nie miał przy sobie komórki, żeby zadzwonić. Teraz nie bierze jej jak gdzieś wychodzi, bo nie czeka na żadną wiadomość, na żaden telefon. I tak nie napisze. Nie zadzwoni. Pewnie nie pamięta jego numeru już, a zresztą po co i by miała go pamiętać, jest szczęśliwa bez niego. Jak ma pamiętać, skoro nigdy nie nauczyła się go na pamięć. Nie, nie była leniwa.


Nie miał ochoty wracać do domu. Szum był przyjemny. I tak szumiało mu już od ponad trzech miesięcy. Szedł przed siebie. Spojrzał na ulicę wyłożoną brukiem.


― Dobrze, że nie noszę szpilek ― pomyślał. Ona też ich nie nosiła, mówiła na nie obcasy. Jak ją poznał miała na sobie białe pantofelki. Zażartował, że prawie jak białe kozaczki. Obraziła się, lecz tylko na chwilę.


Uszedł kilkaset metrów. Minął powykrzywiany znak stopu. Jeszcze nie zdążyli go wymienić od wczoraj. Wandale zdemolowali uliczki odchodzące od Starego Rynku. Bilans: trzy wybite szyby, dwa powyginane znaki i poturbowane kosze na śmieci. Na pierwszych stronach lokalnych gazet, władze miasta wyraziły ”swoje stanowcze NIE wobec przemocy” i grozili młodocianym zagniewanym. Był też apel do mieszkańców, by nie byli obojętni i reagowali na akty wandalizmu. By współpracowali z policją i strażą miejską. Przez moment nawet zastanawiał się czy się nie przyznać, ale kto by mu uwierzył. Że on sam jeden, bez pomocy innych… Poszukiwali bandy zwyrodnialców, a nie popijającego od jakiegoś okresu szkieletora, przecież on nie dałby rady w tak krótkim czasie zrobić takiego pogromu.


Błąd. Dał radę. I co dobrze się przy tym bawił. Wybornie jakby to ona powiedziała. Kopał, wyzywał, bił, walił pięściami. Tylko one tak stały i wcale się nie broniły, nie wołały o pomoc. Irytowały go tą swoją bierną postawą, zatem uderzał mocniej. Były cichuteńko. Denerwowały go coraz bardziej. Walił, trafiał, walił. Noga już zaczynała boleć. Nie poddał się. Nie sposób było zrozumieć tego bełkotu płynącego z jego ust. Pluł, przeklinał i znów pluł. Był w transie. Dopiero Gruby z Kubą złapali go i wrzucili do bagażnika. Kilka minut później ludzie w mundurach robili zdjęcia i wypytywali tych z łapanki. Nikt niczego nie widział. Z Igą było podobnie. Nikt niczego nie widział. Nikt.


Koło starego młyna biegła dróżka, a przy niej aleja ławek. Wybrał tę, na której dała się mu pocałować. Siedział cichuteńko i nasłuchiwał stukania. Nieregularnego, niepewnego kroku. Tak śmiesznie chodziła jak była pijana. Mówiła wtedy, że nie jest pijana, a lekko znieczulona. Lubił jej znieczulenie. Była wówczas jak dziecko. Chore dziecko. Marudna, namolna i zadawała mnóstwo trudnych pytań. Jak nie było go w pobliżu pisała namiętnie. Że kocha. Że urodzi mu dzieci. Że będzie dla niego. Później się dowiedział, że kłamała jak wypiła. Kłamała dla niego. By było mu miło i by go odzyskać. Nie przychodziła.
Nie chciał z nikim rozmawiać. Obcy spytał tylko litościwie:


― Dziewczyna?


― Widać? ― odpowiedział nie patrząc na siedzącego tuż obok mężczyznę. Nawet nie wiedział, kiedy się do niego dosiadł, a może to on zajął miejsce przy nim. Nieważne.


― Może tak, może nie. Jak nie ta, to będzie kolejna ― nieznajomy starał się być przekonujący ― tego kwiatu jest pół światu ― dodał.


― Po chuj mi one? Po chuj, skoro jej nie ma?
― Trudno życie, życie… ― odparł rozmówca wzruszając ramionami bezsilnie. Artur zamarł. Gwałtownie odwrócił się w stronę obcego. Przenikliwie wpatrywał się w jego twarz starając się jak najwięcej z niej wyczytać.


Był to człowiek około czterdziestki. Miał czarną czapkę z bykiem nad czołem, spod której wystawały ciemne, kręcone włosy. Nad ustami, lekko pokryte zdawać by się mogło szronem lub siwizną wąsy. Spokojnie otwierał jakąś puszkę. Dopiero teraz zauważył, że jego rzeczy nie wiedziały nic o istnieniu pralki. Był kulturalny.


― Czy kolega nie chce spróbować przysmaku komendanta? ― spytał.


Od czasu do czasu spoglądał na chłopaka i myślał głośno:
― Nie ma tego złego,

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów