Mag z mglistej góry

Autor: Johnny_Grotesque

   –Morris, po jaką cholerę tu się pałętasz. Nie mogę już na ciebie patrzeć. Zmarnowałeś swe życie, a kiedy dostałeś ode mnie drugą szanse, też się nie wykazałeś. Jesteś chodzącą beznadzieją. Jednak wysłucham słów obrony, jeśli jesteś w stanie takowe z siebie wykrzesać.

   – Nie mam nic na swą obronę panie czarodzieju – powiedział z pijackim uśmieszkiem Morris.

– Zmień się zatem w… BUTLKĘ! – Na stole, nieopodal dzbana z resztką ognistego trunku pojawiła się pusta, szklana butelka. Jeremiasz, na ten obraz przełknął ze strachem ślinę i próbował ułożyć w głowie mowę obronną.

      Jeremiaszu, jedyny, któremu nic wcześniej nie zrobiłem – mówił dalej Mag. – Nie jesteś człowiekiem prawym. Inicjujesz różne bzdury, jak choćby tą dzisiejszej nocy, zamiast zająć się poważną pokutą. Moja moc nie jest tak silna, żeby móc sprawdzić, co cię tu przywiodło, ale za to wiem jaki jesteś i na czym ci naprawdę zależy. Zmień się…

   – Czekaj! – zaszlochał Jeremiasz.

   – MILCZ! ZMIEŃ SIĘ W…

   – Oszczędź mnie, skoro jesteś taki dobry.

   –Hę? Kto powiedział, że jestem dobry? Zresztą… jestem poza tymi kategoriami i nie mąć mi w głowie. Pozwól, przejdę do czarów... – Mag uniósł rękę znacząco, ale nie wypowiadając żadnego zaklęcia z powrotem ją opuścił.  – Do kroćset! Nie mogę wymyślić, żadnej rzeczy w którą mógłbym cię zamienić. Jesteś taki bezpłciowy. Hm, hm –zastanawiał się mozolnie, a Jeremiasz pewien rychłej zguby, zrezygnowany czekał na wyrok. Nagle Mag, rzekł zadowolony:

– Brakuje mi jednego kotła. Wszystkie zajęte przez mikstury – tłumaczył się. Uniósł ponownie rękę do góry. Teraz wyglądał pewnie, a jego mina była stanowcza.

   –ZMIEŃ SIĘ…

   –Czekaj! – darł się znowu Jeremiasz.

   –W KOCIOŁ! – padło zaklęcie i pustelnik zniknął.

   – A ty – zwrócił się do rudego – wpadnij jutro, albo kiedyś tam. Pogadamy o budowie pustelni, bo słyszałem, że twoja mówiąc ładnie odfrunęła. Mówiłem ci, że tak będzie. Znam się na tym. Teraz możesz pomieszkać trochę w tej norze, bo Jeremiasza i tak zabieram – rzekł podnosząc kocioł. Owca w tym czasie wydawała okropne dźwięki, jakby zaczynała się dusić. – W każdym razie – ciągnął – zapraszam na herbatkę. I jeszcze jedno; ostrzyż tą owcę, lub zjedz. Musisz coś z nią zrobić, bo wygląda okropnie. Do zobaczenia! – zawołał.

    Ciemna, masywna postać, z wielkim kotłem pod pachą i milczącym kotem na ramieniu, przeszła przez izbę i wyszła na zewnątrz trzaskając drzwiami. Nastała dziwaczna cisza, przerywana spazmatycznym charczeniem wycieńczonej już owcy. Człowiek z brodą w kolorze wiewiórki, poruszył się pierwszy raz od godziny. Dobrze wiedział kim jest, ale nie pamiętał co sprowadziło go do tej chaty. Przenosząc zdziwiony wzrok z  zaklinowanej owcy, spojrzał na stojącą w blasku świecy pustą butelkę. – Moc ognistego trunku jest nieoceniona– stwierdził. 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy