Od Autora,
Jest to moje pierwsze opowiadanie, które zdecydowałem się w jakikolwiek sposób opublikować. Nie podejrzewam się o kunszt, wybitną grę słów – nic z tych rzeczy. Czasami jednak przychodzą mi do głowy pomysły, które potrafię z lepszym bądź gorszym skutkiem przelać na papier, tudzież jego elektroniczny odpowiednik. Przedstawiona przed Państwem twórczość, nieco wulgarna w zapisie, aczkolwiek tej wulgarności nie sposób pominąć pisząc w tej tematyce, jest zbiorem pewnych przemyśleń – co do siebie, otoczenia, moralności i naszej kultury. Liczę na to, że nie zostanie odebrana jako prostacka. Jeżeli udało mi się popełnić jakieś dobre fragmenty, proszę, wskażcie je. Jeżeli będą to fragmenty złe – tym bardziej proszę o ich wskazanie, jak również o konstruktywną krytykę.
Ostrzegam również na wstępie, że opowiadanie jest mocno wulgarne - wprawdzie nie jestem zwolennikiem takiej formy, ale uznałem, że chcę napisać coś co będzie wkraczało w obraz naturalistyczny, a bądź co bądź - tak wyglądają nasze realia. Jeżeli ktoś nie lubi treści wulgarnych, cóż... mimo wszystko zachęcam do lektury, jednocześnie chcąc podkreślić, że osobiście nie jestem typem "podblokowego mafioza"
Makabreska
Kiedy człowiek nie ma nic do zrobienia ze sobą, jego umysł zaczynają nachodzić idiotyczne myśli... kiedy budzisz się ze świadomością bezsensu własnej egzystencji, czujesz wewnętrzną pustkę i nawet rzeczy, które dotąd dawały Ci radość, stają się niewystarczające, czujesz jak z każdym dniem coraz mniej masz ochotę podnosić się z łóżka i nawet pozorne sukcesy – tak osobiste jak i zawodowe, są dla Ciebie niczym... jesteś jak ja. Jestem jak każdy z Was, którzy teraz to czytacie. Zwykły, przeciętny człowiek, który ani nie miał za bardzo z górki, ale też nie narzekał na trudności w życiu – być może za wyjątkiem tych, których sam był przyczyną. Nagle, gdy spojrzałem wstecz na swoje życie zrozumiałem jedną rzecz: nie dokonałem niczego. Absolutnie niczego. Wszystko czego dotykam obraca się w ruinę. Ludzie, którzy są mi bliscy zazwyczaj kończą skrzywdzeni i złamani. Najgorszy jest brak jakiejkolwiek woli poprawy tego stanu – nie potrafię się za nic wziąć tak, aby doprowadzić to do szczęśliwego końca – zawsze mam wrażenie, że to co robię, nie ważne czy nagrywam muzykę, czy piszę scenariusz/opowiadanie, czy reżyseruję, czy robię cokolwiek twórczego, zawsze towarzyszy temu początkowy zapał, a następnie stopniowe zrozumienie dla jednego, ale niezwykle ważnego faktu. Nie ważne co robię – zawsze będzie ktoś kto potrafiłby to zrobić lepiej, lub co gorsza już to zrobił. Zawsze... I znów siedzę w swoim ciasnym mieszkaniu i piszę żale do całego świata – jak jakaś mała, biedna dziewczynka co to sobie z życiem nie potrafi
poradzić. Z drugiej strony, może to jest właśnie to co jeszcze trzyma mnie choć odrobinę przy zmysłach.
- Dwa lane! – zadeklarował Suchy do młodej, ufarbowanej na modną ostatnio czerń, barmanki – Oby te nie były takie chrzczone jak poprzednim razem, bo słowo daję, ryj obiję Rufusowi, zdziercy jebanemu! Mówię Ci złotko – ceny coraz wyższe, a kranówy coraz więcej! – młoda podała piwo od niechcenia przytakując zalanemu już zdrowo jegomościowi. Zdecydowanie lepszym zajęciem niż kłótnia ze starym objimordą jakim był Suchy, była partyjka szachów ze Studentem.
Oto właśnie „Podziemie” – najlepsza knajpa w tej części Miasta. Nie znajdziesz lepszego miejsca na porządną, męską rozmowę przy kuflu piwa. Zazwyczaj jest tu tłoczno, ale teraz gdy zbliża się koniec miesiąca, cała studencka gówniarzeria na garnuszku rodziców obżera drzewa z resztek kory i ani im w głowie wydawać ostatnich groszy na piwo. Wyjątkiem jest wspomniany Student – gość, który swoją karierę naukową na wyższej uczelni zaczyna już chyba czwarty raz z rzędu.
- Dobra, to co bierzemy do picia? – otrząsnął mnie z zamyślenia głos Tichego – No co
chcesz? Ja dziś stawiam. – ponaglił.
- Nie wiem... cokolwiek... byle nie tego całego „Juhasa”. To świństwo smakuje gorzej niż szczyny.
- Nigdy nie próbowałem. Ani tego, ani tego, ale ty jak widzę jesteś doświadczony. – zaśmiał się
Tichy.
- Spadaj po piwo i nie denerwuj... – popatrzył na mnie krzywo i polazł. Z nim to zawsze tak.
Człowiek zdycha wewnętrznie, że nawet zupełnie obcy by się zorientował, że coś nie tak, a ten buc
chodzący nic a nic wyczucia. Pewnie dlatego żadna z nim nie wytrzymuje dłużej niż kilka miesięcy.
- No. Piwko jest, to teraz możemy zacząć gadać. Co ci po łbie lata?
Chwila zastanowienia: zwierzyć się Tichemu i prawdopodobnie znów później żałować zdradzonych
sekretów, które wyżej wymieniony pewnie rozpapla lub kiedyś obróci przeciw mnie, jak robią wszyscy
których kiedyś kochałem i którym ufałem (no – z małymi wyjątkami, ale wyjątki potwierdzają regułę),
czy może wymyślić teraz na poczekaniu jakąś bzdurę? I tak po szóstym piwie nie będzie to miało
znaczenia.
Opcja trzecia – najpierw na szybko sklecone problemy, potem do sedna. Jestem zbyt ufny.
- Kobiety, brak weny, depresja, problemy rodzinne... do wyboru do koloru.
- Ooo! Stary! Chyba aż tak źle być nie może? Kobiety? Przecież masz tą swoją jedną i jedyną, nie?
Nie wie tylko, że „jedna i jedyna” to może ona jest dla mnie, ale już w drugą stronę tak ładnie to nie działa. Nie będę go na razie wyprowadzał z błędu.
- Dalej... brak weny? Ale pieprzysz – to temporalne, kiedyś się skończy. Depresja... no to
już brzmi poważnie, ale jakoś mi nie wyglądasz na kogoś w dep-
- Tichy, psycholog z ciebie do bani, dobrze o tym wiesz. Potrafiłbyś dosiąść się do wraku
człowieka na skraju zdrowia psychicznego i rozpocząć rozmowę od omówienia wyższości szybkiego
powieszenia się nad powolnym wykrwawianiem po podcięciu sobie nadgarstków.
- Nie przesadzaj. Skoro ze mnie taka dupa w tych sprawach to z ciebie jeszcze większa, bo sam do mnie przylazłeś. – nie da się ukryć, że rację w tym miał – Zostają jeszcze problemy rodzinne, ale na to jako „psycholog do bani” już nie mam ochoty.
- No daj spokój, nie chciałem cię obrazić... tak jakoś wyszło. Stawiam następne piwo na zgodę.
-