|
|
My wszyscy, zmartwychwstali...Od autora: Podczas pisania towarzyszyły mi najczęściej utwory Douga Applinga (a.k.a. Emancipator): „Siren” oraz „Bury Them Bones”. Muzyki była cała masa, ale przy tych kawałkach pisało mi się najlepiej, więc być może i lektura przy nich będzie najprzyjemniejsza.
My wszyscy, zmartwychwstali…
„I ujrzałem umarłych - wielkich i małych - stojących przed tronem, [Obj] 20:12
Od paru dni coś wisiało w powietrzu, jakaś niesamowita groza, która nie pozwalała zasnąć. Nie wszystko da się określić, nie zawsze istnieje przepis na spójny opis jakiegoś zjawiska, a wówczas człowiek staje się szczególnie niespokojny – ludzie nie lubią sytuacji, w których nie potrafią nazwać własnych odczuć, niepokojów, stanów emocjonalnych. Każdy znajduje własny sposób na rozwianie wszelkich niuansów związanych z tzw. bólem istnienia – jednym z takich sposobów jest alkohol. Mariusz siedział właśnie w Podziemiu nad trzecim piwem i starał się zbyt wiele nie myśleć. Nie miał ochoty na powrót do domu, do żony i dzieci – wszystko to zaczęło go już od pewnego czasu męczyć. Wolał więc po pracy zaglądać do knajp i przepuszczać ciężko zarobione pieniądze na papierosy i alkohol, ryzykując jednocześnie złapanie opinii alkoholika, bądź menela. Nikt normalny przecież nie przesiaduje sam w pubie – czym innym jest alkoholizować się ze znajomymi, a czym innym upijać się w samotności. Tym bardziej, gdy ma się rodzinę, do której należałoby kiedyś jednak wrócić. Ale być może rzeczywiście stawał się alkoholikiem. Wprawdzie jak dotąd rozdzielał picie i pracę, lecz coraz częściej myślał, że mógłby sobie zrobić „dzień wolny”. To co jednak najbardziej go w tym wszystkim przerażało, to fakt iż nie miał zupełnie pojęcia co nim powoduje. Żaden kryzys wieku średniego, żona nie jest upierdliwa, dzieci w miarę jak na dzisiejsze czasy normalne, nawet praca go nie wkurwia. A mimo wszystko coś w głębi jego pokiereszowanego umysłu siedziało i podszeptywało najgorsze myśli. Może to chęć ich zgłuszenia powodowała jego obecny stan? Kto wie. - Jeszcze jedno… - Mariusz, masz już dość. Do domu. - Jagoda, weź mnie nawet nie wkurwiaj… - Nie. Przychodzisz tu co dzień od dwóch tygodni. Zawsze wychodzisz zalany – ile już kasy przepiłeś?! Nie każdego powstrzymuję przed taką głupotą, więc już możesz być pewien, że masz specjalne względy. - Nie chrzań… dorosły jestem, mogę robić z moimi pieniędzmi co mi się tylko do piczki mać podoba. - Kawał z ciebie głupiego sukinsyna, wiesz? Masz i udław się. Ale to ostatnie. Więcej tu nawet nie podchodź. - Ja ciebie też kocham Jagódka. - Spierdalaj… Całkowicie ją rozumiał. Była przyjaciółką jego żony jeszcze z okresu studiów, a w tej chwili sprzedając mu kolejne piwo, tak jakby walnie przyczyniała się do nieszczęścia bardzo bliskiej jej niegdyś osoby. Niemniej zupełnie olewał w tej chwili moralne problemy Jagody, wolał się skupić na sobie. Nagle dźwięk dzwoniącego telefonu rozproszył pierwsze nietrzeźwe rozmyślania. Dzwonili do niego z biura, choć wiedzieli w jaki sposób spędza ostatnio wolny czas, i że dzwonienie o tej porze, może się lekko mijać z celem. A jednak dzwonili, czyli musiało się stać coś ważnego. - Mariusz, słucham. - Hej, tu Robert. Słuchaj, przyjdź koniecznie. - Teraz?! Pogięło cię? Nie mam ochoty. Jesteście już duzi poradzicie sobie. - Mariusz. Dzieje się coś… no cholera musisz przyjść i sam zobaczyć. - No, ale o co w ogóle chodzi? Po jaką cholerę mam się teraz wlec na drugi koniec miasta? - Stary… ja nawet nie wiem jak ci to przekazać. Jest tu twoja żona. - Cholera! Chyba jej nie powiedziałeś gdzie teraz jestem?! Powiedz jej, że gdzieś wyjechałem czy coś! - Nie! Nie rozumiesz: jest tu twoja była żona. - Na razie… - i rozłączył rozmowę, a następnie wyłączył telefon.
Zabrał marynarkę, wrzucił napiwek do słoika i wyszedł z Podziemia wprost na puste ulice Miasta. Dochodziła już druga i zupełnie nie rozumiał co Robert mógł jeszcze robić w biurze. W tej chwili myślał przede wszystkim nad ostatnimi wieściami. Oczywistym jest, że w robocie lubili sobie zrobić od czasu do czasu jakiś żart, ale zazwyczaj te żarty były śmieszne. Poza tym znał Roberta na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nic tak szczeniacko głupiego nie wpadłoby mu do głowy, z drugiej strony Robert znał jego byłą żonę, wiedział jak wygląda – ktokolwiek tam teraz siedzi musi być naprawdę uderzająco podobny. Ktoś tu ewidentnie robi sobie jaja i to w bardzo gówniarskim stylu. Decyzję już podjął – wezwał taksówkę. Szybka trasa, Jamiroquai w tle nocnego miejskiego pejzażu, niegadatliwy taksówkarz. Tak dobre zestawienie rzadko kiedy się zdarza. Po piętnastu minutach stał już przed biurowcem – stał i nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Całkowity paraliż kończyn i mózgu. - A jeśli to ona? – pomyślał – Co ja mam jej w ogóle powiedzieć?! Cześć? Witaj? Kopę lat? Absurd, do kurwy nędzy, absurd! W ogóle o czym ja myślę?! Przecież to się nie dzieje! Stałby tak jeszcze i drugie piętnaście minut, gdyby nie cichy głos dobiegający ze słabo oświetlonego wejścia do budynku. - Zmieniłeś się – zabrzmiał delikatny, kobiecy głos. Tak cholernie dobrze znał ten głos. - Ty za to ani trochę… co tu robisz? - Po prostu jestem. Odwiedziłam nasze mieszkanie, ale zastałam jakiegoś obcego człowieka. Stał jak kompletny głupiec nie potrafiąc wykrzesać z pustego łba nic co nadawałoby się do wyartykułowania. - Zdziwiony? – spytała uśmiechając się delikatnie. Taka mała delikatna szelma – miała w oczach tę iskrę, która niegdyś sprawiła, że po raz pierwszy zwrócił na nią uwagę. - Jak mogę nie być zdziwiony… – zawahał się w obawie, że rozwieje pewien nierzeczywisty stan, jednak wiedział, że musi to powiedzieć – przecież od siedmiu lat nie żyjesz. - |
POLECAMY |
|
Linki reklamowe: prawnik kraków apteka internetowa restauracja Kraków podręczniki szkolne biuro nieruchomości Kraków Tanie ciuchy Pozycjonowanie stron Kraków | osób online: |
| Regulamin |Redakcja/Kontakt | www.granice.pl 1999-2011 Właściciel: W&W |