Myszka



Mickey miał w swoim krótkim życiu wiele kobiet. Pomimo swojego zniewieściałego, dziecinnego i nie budzącego szacunku imienia potrafił jednać sobie osoby płci pięknej,


o których przeciętni goście mogli tylko pomarzyć. Były to kobiety znające siebie, potrafiące wykorzystywać swoją urodę, nie bojące się swojej seksualności, piękne, pewne. Kobiety. Inteligentne i oczekujące od życia czegoś więcej niż ciepłe kapcie, kosmetyki i papiloty na głowie. Były nieprzeciętne. Typy pustych lalek, kur domowych czy grzecznych cnotek były całkowicie przez niego ignorowane. Miał ich wiele. Bywały miesiące kiedy to w każdy weekend udawało mu się znaleźć w łóżku nową nieznajomą. Cztery, czasami sześć kobiet miesięcznie. Każda odmienna, a zarazem połączona z innymi cechą, której Mickey nigdy nie potrafił wyróżnić. Zaledwie ją wyczuwał.


Zaczynało się zawsze tak samo. Samotne picie przy barze. Drink za drinkiem, aż świat przestawał się wydawać taki obskurny, a ludzie stawali się jeszcze bardziej odrażający . Zaczynały się przemyślenia. Żal do wszystkich i o wszystko. W głowie huczała jedna wielka paranoja szukająca ujścia w jakikolwiek krzywdzący innych sposób. Zazwyczaj w tym momencie pojawiała się ona. Zasiadała przy barze jakby nigdy nic. Mówiąc do barmana rozkazującym tonem, aby nalał jej coś mocnego. Ciało zawsze wydawało się piękne. Twarz miała napiętą i smukłą. Usta, w których za chwile miał pojawić się żarzący papieros były zaciśnięte. Zapach jej włosów rozprzestrzeniał się intensywnie po całym lokalu. Na sobie czarna bądź czerwona sukienka, spod której można było wyczuć rozgrzane, pełne kobiecości ciało. Uwidocznione, pełne piersi kipiały pod warstwą materiału. Mickey kochał kobiece piersi. Były dla niego czymś idealnym, czymś w czym mężczyzna mógł znaleźć pasje, a zarazem odprężenie, ulgę, pit-stop. Po dawce alkoholu całokształt przysiadających się kobiet olśniewał perfekcją, seksem, namiętnością. Zarazem ich zachowanie przywoływało uczucia niepewności i intrygi. Było to niesamowicie podniecające dla Mickeya. Nie potrafił się oprzeć. Nawet nie próbował. Barman nalał drinka. Kiedy nieznajoma przychyliła pierwszy łyk na jej policzkach pojawiały się różowe, lekkie rumieńce. Sprawiały, że pokusa stawała się nie do zniesienia.



- Zapłacę za to. tak zaczynał. - I nie jest to tani, plebejski gest. Nie robie tego za darmo.


- Poradzę sobie sama, nie potrzebuję łaski pierwszego lepszego prostaka – kwitowała.


- Powiedziałem… nie jestem prostakiem i nie robie tego za darmo – odpowiadał spokojnie Mickey – Potrzebuje tylko wyświadczenia drobnej przysługi z twojej strony. Zrobiłaś na mnie niesamowite wrażenie pojawiając się w kącie mojego oka. Dalej było coraz lepiej. Masz swój styl i elegancje. Bije od ciebie niesamowita pogarda dla świata. Jesteś piękna i niebezpieczna. Pijesz dobry i mocny alkohol, a sposób w jaki palisz papierosa może powalić nie jedną łajzę na kolana. Poza tymi wszystkimi drobnostkami jesteś całkowitym przeciwieństwem tych cichych, czystych dziewcząt w kraciastych sukniach z bawełny... Jeżeli się mylę możesz odejść strzepując popiół z papierosa na moje jaja, ale jeżeli mam racje zostań i napij się ze mną kolejnego drinka – skwitował.


W tym momencie wzrok Mickey’a ze szklanki leżącej na barze przeniosły się na bladoróżową, zdrętwiałą twarz kobiety, którą przysłaniały smugi papierosowego dymu. Od ust, przez czubek nosa, prosto w niebieskie, kryształowe oczy.



- No cwaniaczku…Ciekawy z ciebie typ wiesz? Siedzisz przy barze i rozpracowujesz zasiadające obok kobiety. Byłoby to dla mnie całkowicie pomylone gdyby nie fakt, że ja również zastanawiałam się nad gościem siedzącym samotnie przy barze, rozmyślającym przy piciu następnych kolejek. Pozwolę Ci postawić mi kolejnego drinka, a w czasie kiedy będę się słodko upijała ty opowiesz mi kim do cholery jesteś – odparła, gasząc papierosa na barze.


- Czego się napijesz? – zapytał


- Podwójny gin z tonikiem o wyrocznio.


- Wiesz, że gin to napój awanturników? – Mickey kiwnął do barmana - Ale z tego co wnioskuje, nie jesteś chyba maniakalną, psychopatyczną osobą moja droga? Jak masz na imię?


- Lisey. Jak tania podmiejska żarówka... A na Ciebie jak mam wołać? Wróż Tod?


- Żarówka…Tod to zbyt męskie imię jak dla mnie. Mickey.


- Z tym zarostem i zapałem do picia nie powinieneś mieć na imię jak ta tryskająca homoseksualizmem, disnejowska mysz.


- Nienawiść świata do mojej osoby wyraziła się w ten sposób już u moich rodziców. Nic nie poradzę. – prychnął - Kwestia przyzwyczajenia.


- Kapitalnie. Nikt mi nie uwierzy, że upijam się z gościem o bajkowym imieniu – Lisey uśmiechnęła się szyderczo pod nosem – Zresztą nie mam nawet komu o tym opowiedzieć.


- Czym się zajmujesz Lisey?


- Nie chciałbyś tego wiedzieć.


- Co prawda nie muszę, może i nawet nie chce. Wszystko leży w twojej gestii.


- Skoro nie jestem wariatką, psychopatyczną morderczynią, narkomanką, zwykłą prostytutką mogę być tylko jednym. Kolejną wkurzoną osoba na tym porąbanym świecie.


- Widzę, że się przyciągamy.


- Nie rozumiem?


- Pochwale się, Hehe… - Nastała chwila milczenia. - Jestem pisarzem. Przez zrezygnowanie


i brak litości dla tego świata przestałem pisać, a jedynie maczam usta w alkoholach rozmyślając, czy jest jeszcze sens utrzymywać z kimkolwiek, jakiekolwiek relacje. Ludzie to chłam Lisey, a my jesteśmy najprostszym przykładem, że tak nie powinno być. Przychodząc tu z pustką i brakiem jakiegokolwiek współczucia myślałem, czy warto jeszcze cokolwiek robić dla własnego życia, własnego i cudzego szczęścia. I wiesz co? Już miałem podjąć decyzje nad upiciem się i rozwaleniem głowy jakiemuś troglodycie, któremu wydaje się, że posiada jakąkolwiek wartość gdy pojawiłaś się ty. Stałaś się w jednej chwili moją chwałą. Moją inspiracją. Armagedonem nihilizmu społeczeństwa. Ha! I wiesz co jeszcze? Przez te rumieńce na twojej twarzy mam niesamowitą ochotę cię przelecieć.


- I to miałaby być ta przysługa – zapytała zdziwiona.


- Nie Lisey…przysługę wyświadczyłaś mi już wtedy, gdy popiół z twojego papierosa nie znalazł się na moich spodniach.



Wyszli chwiejnym krokiem. Mickey podtrzymywał Lisey, której tyłek bujał się nęcąco. Zniknęli gdzieś pośród świateł latarni. Oboje kompletnie zalani.


Po otwarciu oczu Mickey wiedział, że jest u siebie. Popełnił kolejny raz błąd przyprowadzając nieznajomą kobietę pod swój adres. Śmierdział kacem. Fetor trawionego alkoholu rozprzestrzeniał się na cały pokój. Podniósł głowę czując przeszywający czaszkę ból i usiadł na krawędzi łóżka przyglądając się swoim stopom. Naciągał mięśnie

«poprzednia str
Wybierz stronę: 1 2
Reklama linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
Menu autora

Avantar - bhikku

Autor:bhikku
O sobie samym:
Ostatnio widziany:2012-02-10

 
Obecna ocena:
Brak oceny
POLECAMY
Granice na Facebooku
Linki reklamowe:
prawnik kraków   apteka internetowa   restauracja Kraków   podręczniki szkolne   biuro nieruchomości Kraków   Tanie ciuchy   Pozycjonowanie stron Kraków | osób online: