Maszyna
opowiadania >



I



W doskonale czarnej przestrzeni – coś powoli odzyskiwało świadomość. Odzyskiwało, albo raczej tworzyło ją od samych podstaw. Świetlista kropka, która pojawiła się nagle i bez ostrzeżenia – zaczęła się błyskawicznie powiększać. Ale nie była to eksplozja, tylko raczej rosnąca jaskrawo-niebieska bańka z jakąś ziarnistą, wewnętrzną strukturą. Następowało gwałtowne przyśpieszenie molekularnych strumieni. Wytryskiwały z pulsującego centrum we wszystkich kierunkach, niczym wijące się, meandrujące w całkowitej ciszy macki. Stawały się coraz dłuższe, aby w końcu zagłębić się w nieskończoności. Coś dziwnego, coś, co przypominało pulsujący, unerwiony organizm, najwyraźniej zmieniało stan materialnego skupienia nie tylko w sobie, ale i wszędzie. Wirowało wokół własnej osi. Zmieniało natężenie światła. Ulegało ciągłej metamorfozie. Tworzyło się samoistnie z nicości. Przybywało z innych wymiarów albo samo było tymi wymiarami. Coś, co było takie obce, niedorzeczne, groteskowe…



Przerwa w procesie trwała bardzo krótko albo całą wieczność. Nie można było tego stwierdzić, ponieważ czas był dziwnie zapętlony. Coś, co wydawało się, że jest, nagle znikło. Wszędzie wokół drgały jedynie mikroskopijne ziarna, jakby były rozsypane na doskonale czarnej membranie. Migotały. Zmieniały swoje położenie. Były bardzo daleko i były blisko. A kiedy zderzały się ze sobą, to rozpryskiwały się na wiele mniejszych o coraz to innych kolorach, innym kształcie i innej luminescencji.



Początkowa rzecz rozrosła się na, tyle, że nie miała już granic albo je miała, tylko poza zasięgiem jakiegokolwiek postrzegania. Wszystko było zespolone, jakby jakąś neuronalną pajęczyną. Coś wewnątrz oddychało, pulsowało rytmicznie. Wytwarzało enigmatyczne obrazy, jakby we śnie, i czuło. Coś się wyraźnie szykowało do wybudzenia. Nabierało sił do dalszego działania, pomimo ciągłej niemożności wszelkiej identyfikacji. Pomimo ciągłych, nieudanych wciąż prób zrozumienia. Jednakże strumień świadomości ponownie nabierał coraz większego rozpędu. Uruchamiały się poszczególne obszary. Zapalały się, jakby ktoś włączał w nich systematycznie prąd. Jednostajne, niskie brzęczenie przechodziło w gwizd, który osiągał stopniowo coraz wyższe rejestry, aby przekroczyć w końcu granice słyszalności. Zgrzytnęło gdzieś w dali, roznosząc się w echem, jakby coś metalicznego zawadziło o metal. Doszły do tego wyraźne wibracje. Czuć je było w niemal każdym zakamarku nieskończonej struktury. Rozpalały się na czerwono nitki połączeń. Rozjarzały się coraz bardziej, podnosząc zdecydowanie temperaturę otoczenia. Naraz – po cichym pstryknięciu – wszystko zgasło.



II



Coś – nagle przejrzało i przemieściło się po krótkiej chwili namysłu. W neuronalnych zwojach dokonywały się jeszcze ostatnie obliczenia. Coś analizowało przestrzeń i białą substancję, w której było zagrzebane niemal do połowy. Posuwało się jednak mozolnie naprzód. Wokół rozciągała się nieskończona, śnieżna równina. Niebo miało stalowy kolor. Świstał lodowaty wiatr. Od czasu do czasu spadały pod kątem, skrzące się w pięćdziesięciostopniowym mrozie, mikroskopijne kryształki lodu. Coś wyłapywało je i dokonywało skomplikowanych, fizykochemicznych pomiarów, przystając, co jakiś czas. Giętkie wypustki zanurzały się w głębokim śniegu, wydając przy tym ciche brzęczenie. Coś – spojrzało nagle w bok. Z północnego-wschodu zbliżał się szybko czerwony punkt. Ów punkt okazał się włączonym reflektorem-szperaczem lecącego nisko wojskowego śmigłowca, który przeczesywał nim równomiernie zaśnieżoną równinę, jakby czegoś szukał. Kiedy śmigłowiec znajdował się w odległości około kilometra, to wtedy, coś – uniosło się momentalnie na kilka metrów. Zawisło bez ruchu, by po chwili rozpłynąć się znienacka w powietrzu, w oślepiającym, niebieskawym potoku światła, przypominającym błysk ogromnego flesza.



Po niespełna minucie śmigłowiec dotarł nad miejsce, w którym jeszcze niedawno znajdowało się coś, wzniecając przy tym śnieżne tumany pracującymi łopatami wirnika. Nie znajdując jednak niczego w czerwonym świetle reflektora, poleciał dalej. W kłębiący się nad horyzontem sino-szary mrok.


- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Pazuzu Linia koment
Dodany:2016-08-29 00:29:35, Ocena: 6.0
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów