Bona fides - opowieść SF, część pierwsza
opowiadania >



To była największa rewolucja. Lekarstwo na raka, na wszystkie choroby o ciężkim i długotrwałym przebiegu o ile nie na wszystkie bez wyjątku. Wyniki badań były fantastyczne, badania przeprowadzane na humanoidach przyniosły wyśmienite efekty a efekty przyniosły coś innego – ogrom dotacji.


Badaniami zainteresowały się największe firmy i korporacje nanofarmaceutyczne. Armia sojuszu podglądała od dawna wyniki ale nikt o tym nie wiedział.


Plan był taki, że z powodu braku funduszy, braku nieprzyjaciół, terrorystów i obcych z planami ekspansji czy nawet totalnej eksterminacji ras humanoidalnych i humanoidalno-podobnych, wyniki, skład i wszelkie niezbędne informacje - takie jak technologia, działania uboczne, skład biochemiczny i nanotechnologiczny itd. - należy wykraść i sprzedać z ogromnym zyskiem. Nim to doszło do skutku pojawiła się oferta nie do odrzucenia.


Działań ubocznych nie było. Nie skorzystano też z rozpowszechnionej i dalece rozwiniętej technologii nano. Niewielu wiedziało jak to naprawdę działa, co można osiągnąć i jak to się robi.


On był pewien sukcesu. Nie zależało mu na pieniądzach bo tego dnia był już pewien, że będzie najbogatszym człowiekiem w dwudziestu najbliższych konstelacjach.


Tak, był człowiekiem. Przedstawiał młodą choć przez wielu uważaną już za starożytną rasę, na skraju wyginięcia. Jego organizm nie był skażony i wykazywał się dużą odpornością. Choć nie znał takiego jak on, to cieszył się, że oparł się działaniu „Metamorfozy”, przemian zwanych inaczej „Ewolucją 22”.


Powody ewolucji znał każdy małoletni i uczył się o nich już na początku edukacji. Mieszane klasy się jednak nie sprawdziły. Każda z powstałych ras rozwijała się i żyła z inną, szczególną dla każdej prędkością. Okazało się także, że skóry, skorupy i błony młodocianych w okresie rozwoju produkują substancje szkodliwe dla innych.


On był właśnie w takiej mieszanej klasie przez siedem lat. Nic na niego nie działało. Nie miał nigdy nawet przeziębienia, bólu głowy czy choćby chrypki. Dlatego mógł pracować dla swojego pracodawcy. Dlatego dostał tą pracę.


Wojsko było finansowane nie tylko z pieniędzy sojuszu. Niektóre korporacje także wkładały weń pieniądze. Zależało im na świetnie zorganizowanej siatce szpiegowskiej oraz bazach na wszystkich odkrytych i zamieszkanych planetach. Akcje, w razie wykrycia, wojsko oficjalnie przyjmowało na swoje konto. Takie usługi nie były tanie ale zadowalały obie strony.


Umowa była prosta. Oni przez dwa lata przeprowadzają na nim badania w zamian dając staż i możliwość rozwoju. Poddawali jego krew przeróżnym czynnikom i chorobom ale wyniki były niezadowalające. Krew, pozbawiona wątłej otoczki jego ciała, mutowała. Wszystkie badania wskazywały na to, że już dawno powinien zasilić szeregi jednej z ośmiu nowych, głównych ras.


Gdy zorientowali się co to oznacza, złożono mu kolejną propozycję. Trzy lata spędził w izolowanym środowisku poddawany wszystkiemu co tylko udało im się stworzyć czy znaleźć. Był niezniszczalny dlatego rozwinęli swoje działania próbując z premedytacją pozbawić go życia. Oparł się także wszystkim zabójczym wirusom, a na końcu jego organizm oparł się komórkom rakowym.


„Bona fides” - przypominał sobie nieraz po ciężkim dniu pracy, gdy był totalnie wyczerpany i nie miał na nic sił. To zawsze dodawało mu otuchy.


Podzielono planetę, kontynenty a także i inne planety w dalekich konstelacjach. Bez tego ludzkość, a raczej ewoluowane z niej stworzenia ponosiłaby ogromne straty spowodowane tylko współistnieniem.


Druga umowa gwarantowała mu dożywotnie zatrudnienie o ile przeżyje badania. Te trzy lata spędził przed ekranem. Był on chłodny i pusty gdy nie przechodził przezeń impuls, zupełnie jak nowe rasy. Tak przynajmniej wtedy myślał. Błąd, tak myślał do dziś.


Ekran jednak się przydawał. Nie miał implantów – komunikacyjnych, drogowych, ogólnorozwojowych, życiowych i innych, tak bardzo rozpowszechnionych. Jego twardy i niezniszczalny organizm wszystkie odrzucał. Utrudniało mu to zwykłe, codzienne życie – oczywiście przed i po izolacji.


Na ekranie pojawiały się twarze nowych nauczycieli i wykładowców. Zmodernizowana szkoła i tak przeniosła się do sieci. Zdobył dwa tytuły naukowe. Jeden pierwszego a drugi trzeciego stopnia. To pozwoliło mu później zrobić karierę w tej korporacji.


Dziś był na wyżynach, już po kilku świetnych osiągnięciach. Dziś jednak wszystko miało się skończyć.


„Bona fides” - usłyszał przez papierowy telefon, który dawno został zastąpiony implantem ocznym. Wojsko jednak polegało na tym przestarzałym sprzęcie, ponieważ nikt już nie potrafił namierzać takich rozmów. Nikt nie podejrzewał, że przestarzała technologia, która dawno już została zakopana w księgach traktujących o postępach cywilizacyjnych, będzie używana jeszcze kiedykolwiek przez służby czy przez kogokolwiek innego. Ten ruch był najbłyskotliwszym ruchem generałów, którzy w ten sposób osiągnęli stu procentową skuteczność w konspiracji skierowanej przeciw podziemnym czasopismom i magazynom. Nikt inny przecież nie interesował się tą archaiczną i nikomu nie potrzebną instytucją jaką stało się wojsko. Używała ich także siatka szpiegowska, a mu pozwolono na używanie tego sprzętu po kilkukrotnych i nieudanych próbach wdrożenia uaktualnień do jego organizmu i życia.


Wyszedł z gabinetu. Usiadł na jednym z antygrawitacyjnych foteli czekających na korytarzu. Był to jego fotel, specjalnie przygotowany do sterowania za pomocą klawiatury. Z listy na małym ekranie wybrał: „wyjście”.


Zszedł z fotela. Brak implantów zmuszał go do skanowania linii papilarnych i testu głosowego. Wcześniej wprowadzony wirus tylko na to czekał. Położył rękę na skaner i rzekł jakby od niechcenia, nie wiedząc cóż mógłby dzisiaj powiedzieć:


- Bona fides – swym prostym i nie wzbudzającym podejrzeń głosem.




Pojechał prosto na pas startowy. Wirus zrobił swoje. Wszystkie dane zostały przekazane kupcowi. On czekał już z niecierpliwością na lot. Na niego, w najbliższej galaktyce, czekała zapłata, ale nie tylko.


Długo oczekiwał tego spotkania. Człowiek, płci przeciwnej zgodził się spędzić z nim resztę życia. Miał pierwszy raz spotkać przedstawiciela własnej rasy. Miał z nim spędzić dużo czasu i przepuścić dużo pieniędzy.


Przed wylotem pomyślał tylko: „Bona fides”.


Silnik grawitacyjny zrobił swoje, a wojskowy pilot nie zawiódł.




- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów