Para rękawiczek (zmieniony tytuł) część 1 - 13 sierpnia c.d.

Autor: minona

„Dobra, może być” pomyślała szybko, żeby czasem nie dostrzeć rażących różnic. Położyła go z powrotem na blacie stołu i zabrała się do kolorowania. To było o wiele łatwiejsze i ciekwsze zajęcie. Po półtorej godzinie zmagań z ołówkiem i kredkami, arcydzieło było gotowe. „Wow, nigdy tak szybko nie zrobiłam żadnego rysunku. Brawo, Iwona, jestem z ciebie dumna” pomyślała. „Kupię w chińczyku ramkę, oprawię i powieszę nad łóżkiem. Rodzicom narysuję coś innego kiedy indziej”. Poszła do pokoju i włożyła dzieło do teczki, a kredki do piórnika. Weszła do łazienki, żeby umyć ręce. Na lustrze zobaczyła karteczkę z wiadomością: „Pojechaliśmy do miasta na zakupy. Wrócimy na kolację”, podpisane „Agata i Olka”. Czemu pojechały bez niej? Babsztyle jedne, niewdzięczne.

Do kolacji jeszcze trochę czasu zostało. Iść do lasu? Czemu nie, może uda jej się w końcu wtopić w drzewa i złapać na zdjęciu dzięcioła. Przejrzała szafę w poszukiwaniu brązowo-zielonych ubrań. Ciemnozielony T-shirt i brązowo-zielone bojówki. Może być. Przebrała się, wzięła lustrzankę i poszła. W domku nie było oprócz niej nikogo, więc zamknęła drzwi na klucz, który potem schowała pod blat stołu, tak, jak się umawiały z Agatą w razie, gdyby jej i nikogo innego z lokatorów nie było.

Usiadła przy drzewie na skraju polany, gdzie wczoraj tańczyły. Zamknęła oczy i słuchała. Sam świergot. Kukułki ani dzięcioła nie usłyszała. Musi się bardziej skupić. Gdzieś tu na pewno są. Nasłuchiwała dziesięć minut i nic.

„Chyba pójdę na drugą stronę”. Iwona szła między drzewami, aż znalazła się z drugiej strony polany. Usiadła jak poprzednio, opierając plecy o pień sosny. Musiała uzbroić się w cierpliwość. Siedziała tak z zamkniętymi oczami i czekała. Pięć, dziesięć, piętnaście minut... w końcu usłyszała stukanie. Dzięcioł. Wyteżyła słuch, żeby dowiedzieć się, skąd dochodzi dźwięk. Gdy go mniej więcej zlokalizowała, wstała i poszła w określonym kierunku. Próbowała się zakraść najciszej jak tylko mogła, przedzierając się przez chaszcze, deptając połamane gałązki, odsuwając gałęzie z liśćmi, które wciąż niespodziewanie pojawiały się jej tuż przed nosem.

 Stanęła i rozejrzała się po koronach drzew. Analizowała wzrokiem każdy pień z góry do dołu, obchodząc ze wszystkich stron. I zobaczyła. Jakieś osiem metrów nad jej głową, na grubym dębie. Iwona zrobiła kilka kroków w tył. Ostrożnie, żeby nie było jej słychać, wyjęła aparat z torby, cały czas zerkając czy ptak się nie spłoszył. Wymieniła standardowy obiektyw na tele. Po co go w ogóle zmieniała po przejażdżce? Zmianiła ustawienia ekspozycji i przykucnęła. Nacisnęła spust migawki i od razu sprawdziła efekt. Za ciemne. Zakręciła pokrętłem przesłony, żeby była całkowicie otwarta i znów nacisnęła. Już lepiej, ale może być jeszcze jaśniejsze. Wydłużyła czas o połowę. Teraz powinno być dobrze. Zrobiła dwa zdjęcia i sprawdziła. Przesunęła się lekko w lewo i zrobiła serię potem jeszcze większe zbliżenie na główkę z czerwonym paskiem. Samczyk. Na koniec Iwona przejrzała wszystkie fotografie. „Urocza ptaszyna” stwierdziła.

Schowała sprzęt i spojrzała na zegar w telefonie. Za pół godziny kolacja! Już nie cackając się z ostrożnością, wstała, aż jej w kolanach strzeliło. Chciała iść przyśpieszonym krokiem, ale doszła do wniosku, że jednak lepszy będzie bieg. Sprintu nie lubiła, ale trucht jej nie zaszkodzi. Dojście na miejsce, gdzie był dzięcioł zajęło jej w sumie jakieś pół godziny. Tak podpowiadał jej zegar w głowie, bo na prawdziwy nie patrzyła.

Trucht skrócił jej czas powrotnej drogi o połowę. Była cała zdyszana. Ostatnio biegała na w-f-ie ponad rok temu. Jak mogła dopuścić do takiego zaniedbania? Masakra. Kondycję miała do bani. Chciała usiąść i trochę odpocząć na tarasie przed ich chatką, a potem dopiero iść do stołówki. Ma jeszcze piętnaście minut w zapasie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy