Psychodeloman
opowiadania >



Więc... częstuj się mój bracie - otworzyłem walizkę.


Zostawiłem go skwaszonego, pływającego w muzyce, a sam ruszyłem do kuchni. Gdy otworzyłem lodówkę, dopadła mnie jeszcze większa gastrofaza. Czemu moją lodówka tak nie wygląda? Może dlatego, że została wyprodukowana za komuny i ma wieczny deficyt towarów.


Oblizując usta, sięgnąłem po serek pleśniowy i oliwki, lecz ręka zatrzymała się w powietrzu gdy usłyszałem szloch. Zostawiając lodówkę otwartą, szybko ruszyłem do pokoju.


- Stary, co ci? - Prosty siedział na podłodze, zasłaniając twarz rękoma.


- Hej, hej! - Dałem mu dwukrotnie lekko z liścia – Otrząśnij się! - podniosłem go z podłogi i posadziłem na kanapie. Prosty w jednej chwili ochłonął. Wyglądał jakby doznał oświecenia.


- Ubieraj się, szybko - zerwał się z kanapy.


- Ale dokąd...?


- Jak dalej jesteś głodny, to weź coś z lodówki. Ba! Możesz wziąć wszystko. Zaczekaj tu na mnie.


- Mam nadzieję, że wiesz co robisz - powiedziałem patrząc podejrzliwym wzrokiem, gdy wrócił z plecakiem i gitarą.


- Człowieku! Nigdy nie byłem bardziej pewny - zaśmiał się wręcz dziecięcym śmiechem.


- Patrząc na kurz na twojej gitarze, dedukuje że nie była ostatnio używana.


- To prawda, nie miałem dla niej czasu ostatnio... lecz stara miłość nie rdzewieje.


- Powiesz mi co planujesz?


- Po prostu jedź w swoją stronę, wytłumaczę ci wszystko w samochodzie - po tym jak wrzucił gitarę i plecak do samochodu, wszedł do swojego ogrodu i roztrzaskał wszystkie krasnale ogrodowe o chodnik. W przeciwieństwie do jego sąsiadów, oglądałem tą scenę z rozbawieniem.


- Nigdy ich nie lubiłem – wyjaśnił, kiedy wsiadł do samochodu.


Jechaliśmy w milczeniu prawie godzinę, a ja cierpliwie czekałem, aż Prosty podzieli się tym co siedzi w jego głowie.


- Zatrzymaj się tutaj - rzekł w końcu. - Między byciem nieszczęśliwym, a nie byciu szczęśliwym jest różnica. Ja zaś nie jestem szczęśliwy. Praca w firmie, despotyczna żonka, spotkania z jej nudnymi przyjaciółmi, domek z białym płotkiem i pieprzone krasnale w ogródku, nie czynią mnie to szczęśliwym. Czuje się... następną cegiełką w murze.


- Więc co zamierzasz robić?


- Nie wiem. I to właśnie jest najlepsze- roześmiał się.


Psychodeloman nie próbował go zatrzymać, a Prosty nie oglądał się za siebie, kiedy on odjeżdżał.



Howgh!



W górę i w dół, w górę i w dół. A raczej było to w gó-gó-gó-góre i w dóóóóóóóół. Za każdym razem, wjeżdżając pod górkę bałem się, że mój psychodelomobil nie da rady i zjedzie z powrotem. Wydawał też niewróżący nic dobrego, odgłos burczącego brzucha, który przeszkadzał mi w podziwianiu widoków. Wjeżdżając do miejscowości Czarna, ogarnąłem, że to nie był samochód tylko właśnie mój brzuch.


Nie spodziewałem się zbyt wielu bieszczadoturystów, jako że jest to koniec września, a nie lato. Niemniej jednak, miłośników cudownych jesiennobieszczadzkich widoczków nie brakowało. Widać było też wielu psyloturystów, zwabionych legendami łysiczkowych pastwisk. Psylocybinowe El Dorado.


Zatrzymałem się pod barem o pięknej nazwie "Smocza jama". Szczerze mówiąc, ten bar nawet wyglądał na smoczą jamę. Drzwi otwarły się szybko, a przez nie wybiegł facet, po to żeby zaraz podziwiać swój obiad w pozycji wypiętej pochylonej. Schabowy, ziemniaki z koperkiem, buraczki i piwo Leżajsk.


Bar wyglądał sympatycznie na mój gust, a kłęby dymu uciekające przez otwarte drzwi dodawały klimatu. Przed wejściem słyszałem z środka gwarne rozmowy i głośne śmiechy. Po przekroczeniu progu tego minus pięciogwiazdkowego lokalu, uderzyła mnie grobowa cisza. Gdy przyjrzałem się obecnym, dostrzegłem różnice między nimi, a mną i haftującym kolesiem. To był bar tubylców. Brodate rumcajsy badały mnie wzrokiem od stóp do głów. Mimo tego, że miałem założone ciemne okulary, czułem, że oni widzą moje rozszerzone źrenice. Rozsądny człowiek natychmiast by wyszedł i poszukałby jakiegoś bardziej turystoprzyjaznego baru. Ale ja nie byłem rozsądny. Pierwszy krok. Drugi, trzeci, czwarty. Jakiś chłopodąb stanął, zagradzając mi drogę. Chwila badania się nawzajem, niczym w westernach. Sprawdzian wytrzymałości psychicznej. Proszę przepuść mnie, zanim zmiękną mi nogi. Proszę przepuść mnie zanim zmiękną mi nogi. Proszeprzepuśćmniezanimzmięknąminogikurwamać.


- Masz coś na swoje usprawiedliwienie? - spytał.


- Ymm... - Dym przylepiał mi się do mokrej od potu twarzy. - Nie jestem z Warszawy - wybąknąłem i ominąłem go. Idąc w stronę lady, czułem spojrzenia wbijające się w moje plecy, jak ostrza sztyletów w plecy Juliusza Cezara.


- Piwo.


- Nie ma.


- I ty barmanie przeciwko mnie? To wódkę. Wódka chyba jest?


- Nie ma.


- A co jest?


- To - postawił na ladzie butelkę bez etykietki, wypełnioną czymś mętnym.


- Lej pan - rzekłem z determinacją.


Żrąca ciecz płynęła gwałcąc moje gardło, przełyk i żołądek. Ale za gówniarza, za punkowych czasów piło się to i owo.


Tubylcy spodziewali się innej reakcji, gdyż zamiast wyrzygać wszystkie organy wewnętrzne, wziąłem butelkę i nalałem sobie następną kolejkę. W jednej chwili tubylcy zaczęli ze sobą rozmawiać i nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Zrobiło się gwarno. Kilku tubylców wróciło do zabawy jaką było rzucanie nożami w plakat z Panem Premierem.


- To jakie piwo podać? - zapytał barman.


Spojrzałem na półkę, na której był... Leżajsk Pełne, Leżajsk Pszeniczne, Leżajsk Mocne oraz Leżajsk Niepasteryzowane.


- Niepasteryzowane.


- Widać, że naprawdę nie jesteś z Warszawy - rzekł barman nalewając płynne złoto do kufla. - Nie to co ten, co wybiegł przed chwilą. Panowie z wielkiego miasta mają za delikatne gardła i żołądki na dobry ukraiński bimberek


- A graniczni się nie czepiają? - zapytałem dyskretnie, puszczając oko.


- Weź jeszcze łyczek to ci powiem.


Pociągnąłem łyk bieszczadzkiej wody ognistej bezpośrednio z butelki, po czym barman podjął temat.


- Nie musimy przemycać przez granice, bo mamy tu swojego Ukraińca. Pędzi ten bimberek według jakiejś swojej tajnej receptury. I robi to dobrze, a my go nie ruszamy. Choć czasem drażni tym, że wydaje mu się że jest bardziej tutejszy od nas. Jeśli wiesz co mam na myśli.


- Tubylec-tubylec-wysiedleniec-partyzantzUPA, który wrócił w

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów