rozdział I
opowiadania >



Biały punkt utopiony w zieleni.
Przynajmniej tak to wyglądało z lotu ptaka, bo z perspektywy mężczyzny zjeżdżającego samochodem z głównej drogi wyglądało to odrobinę inaczej. Jego pojazd zaczął sunąć powoli po wąskiej, usypanej żwirem ścieżce, która zaczęła chrzęścić pod oponami. Droga kręciła się między pniami wysokich i starych drzew, aż doprowadziła gościa do muzealnego budynku, odrestaurowanego i dostosowanego na potrzeby XX wieku. Był to zwykły biały wiktoriański pałacyk otoczony starymi dębami i klonami oraz soczyście zieloną trawą. Białe coś utopione w zieleni.
Z bliska, ogromny budynek, dawał się podzielić optycznie na mniejsze szczegóły. Przestrzenne okna zaspokajały ciekawość ludzi stojących na zewnątrz, którzy mogli zaglądać do środka i obserwować ludzi krzątających się po szerokich korytarzach. Szybkim krokiem przemieszczali się tylko nieliczni, większość spacerowała, bądź siedziała w oknach i spoglądała wyczekująco na zewnątrz. Brak krat w oknach, otwarte na oścież drzwi, cisza i spokój. Pałacyk wcale nie przypominał szpitala psychiatrycznego a jednak nim był.
Pielęgniarzy i pacjentów nie odróżniało nic, bo wszyscy byli ubrani na biało. Kiedy na gościńcu zaparkował obcy samochód, jedna z białych postaci oderwała się od grupy i pojawiła w drzwiach budynku. Był to mężczyzna potężnej postury ale o miłym uśmiechu i wrażliwych oczach. Wyciągnął ogromną, ale miękką w dotyku dłoń i podał ją człowiekowi, który wygramolił się z pojazdu i pewny siebie wszedł po schodach prowadzących pod atrium.
Pielęgniarz zaprosił go do środka, poprowadził korytarzem do drugiego skrzydła, weszli szerokimi schodami na piętro aż dotarli do drzwi niczym nie wyróżniających się od innych znajdujących się na sterylnym korytarzu o lśniącej posadzce. Prowadzący otworzył i wpuścił do środka jedynego człowieka nie ubranego w tym miejscu na biało, sam pozostał na zewnątrz, odwrócił się i pogwizdując wesoło ruszył z powrotem, dzwoniąc przy każdym kroku pękiem kluczy wiszącymi na pasku ukrytym pod długim fartuchem.
Obcy, nie będący ani pracownikiem szpitala ani jego przyszłym pacjentem z ciekawością rozejrzał się po gabinecie, bardzo skromnym jak na biuro jednego z najlepszych specjalistów w dziedzinie psychologii i psychoterapii. Pomieszczenie z pustymi ścianami, z wyjątkiem jednego prostego obrazu przedstawiającego martwą naturę, bez dyplomów w formie dekoracji chwalących zasługi właściciela. Wymieniony siedział za ogromnym biurkiem nad stosem, równo poukładanych dokumentów. Zerknął na gościa, przerwał wypełnianie notatek, uśmiechnął się jakby była to wizytówka pracowników szpitala i z trudem dźwignął się z fotela walcząc z nadwagą aby kulturalnie wyciągnąć rękę na przywitanie i poczekać aż gość zajmie wskazane na przeciwko miejsce. Oklapł na siedzenie nadzwyczaj lekko i zaplótł palce na brzuchu kręcąc kółka kciukami jakby uruchomił w łokciach mały silniczek. Wyglądał jak dziadek, który zaczął bujać się w fotelu i zbierał się do opowiadania bajki ale zamiast tego czekał aż po standardowej wymianie grzeczności to gość zacznie właściwą rozmowę.
- Na początku to muszę panu podziękować, że zgodził się pan w ogóle mnie przyjąć, panie doktorze. Nie miałem wielkiej nadziei pisząc maila. Lekarza obowiązuje przecież tajemnica zawodowa na temat zdrowia pacjentów. Więc zdziwiłem się kiedy dostałem wiadomość, że mogę odwiedzić pański szpital.
- Ma pan rację. Dotrzymuję tajemnicy pacjenta ale tak się składa, że człowiek o którego pan pytał nie jest właściwie moim pacjentem.
- Jak to? To znaczy już nim nie jest? Opuścił to miejsce?
- Jest naszym gościem a nie pacjentem. Przebywa tutaj na własne życzenie.
- Nie rozumiem. Przecież to szpital. A z tego co wiem ten człowiek ma poważne zaburzenia psychiczne...
- To jest opinia innych lekarzy. Nie moja. Większość psychologów u każdego odnalazłaby coś nie mieszczącego się w ogólnie przyjętej normie. Ja mam szersze pasmo granicy horyzontu jeżeli wie pan co mam na myśli.
- Niech mi pan wybaczy. Rozumiem, jeżeli jest pan bardziej doświadczony i ma pan odrębne zdanie od większości kolegów po fachu ale nadal nie rozumiem jak można przebywać dobrowolnie w szpitalu?
- Proszę pana! Jako dziennikarz ceni pan fakty więc wyjaśnię panu oczywistość, która nie jest jasna dla ogółu. To ''miejsce'' jak pan to słusznie nazwał to jest luksusowy pensjonat gdzie bogaci ludzie leczą swoje słabości, rodzice zostawiają swe dzieci, których wstydzą się przed światem a dzieci zostawiają rodziców, którym nie mogą wybaczyć wychowawczych błędów. Powinien pan wiedzieć, że rzeczywistość jest inna dla każdego ale prawda jest tylko jedna i ciężką ją odddzielić od kłamstw i pozorów. Osoba, która pana interesuje korzysta z naszych usług hotelowych a nie medycznych. Pozwalam na to, bo mam taką możliwość. Czy jest normalny? Nie. Ale jak już mówiłem, każdemu można by coś przyczepić do duszy a większość ludzi nie przyznaje się do swych słabości a to jest podstawa terapii. Moim zdaniem on potrzebuje przyjaciela a nie lekarza. Dlatego zgodziłem się na pana przyjazd.
- SŁUCHAM? - mężczyzna z niedowierzaniem potarł skronie, wiercił się w fotelu jakby chciał już wstać i wyjść.
- Czytałem pańskie artykuły - doktor zignorował pytanie zszokowanego rozmówcy i ciesząc się wywołanym zdziwieniem zaczął bawić się werbalną cierpliwością przeciwnika - I muszę przyznać jest pan bardzo interesującym człowiekiem. Byłby pan świetnym psychologiem. Analityczny umysł, chęć dążenia do prawdy, bezstronniczość. Dziennikarz doskonały ale myślę, że marnuje sie pan w prasie. Ludzi prawda nie interesuje, kupują gazety ze względu na prowokacyjną okładkę, szukają sensacji a nie ukrytego znaczenia, które na ogół jest bardzo proste ale trudne do zaakceptowania. Raczej nie odkrywam w ten sposób niczego nowego. Zgodzi się pan?
- Przyjaciela? - szczupły blondyn z przepracowaną twarzą i pogniecionej koszuli wydał się jeszcze bardziej zagubiony z miną, która mówiła: o co tu do kurwy nędzy chodzi?
Doktor sięgnął do interkomu i wcisnął jeden z przycisków, równocześnie uśmiechnął się do gościa dobrotliwie, ciesząc się ze swej wyższości ale nie cynicznie jak robią to osoby na wysokim stanowisku, tylko jak ojciec śmiejący się z naiwności swego syna popełniającego prosty błąd. A wystarczy tylko trochę doświadczenia, cierpliwości, spojrzenia z dystansu i całość wydaje się prosta i oczywista.
- Niech pan z nim porozmawia. Może się panu uda go otworzyć. On wie, że jest chory ale nie chce wyjść z tego stanu, więc ja mam w ten sposób związane ręce.
- Czyli chce mnie pan użyć jak skalpela?

- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Pilar Linia koment
Dodany:2012-09-30 21:15:01, Ocena: 6.0
No! Porównując poprzednie opowiadanie to znacznie wychodzi na prowadzenie techniczne:) Kawał dobrej literatury. Miejscami interpunkcja kuleje i w dialogach tez miejscami kropka przed dopowiedzeniem jest zbędna. Ale co tam, jest o niebo lepiej. Pisz, pisz bo już mam apetyt na drugi rozdział:)

Ocenił/a na: 6
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów