Fallout - Rozdział 1: Świat zewnętrzny, część 2
opowiadania >



Na szczęście szczur nie należał do miłośników kąpieli błotnych. Na drugie szczęście, głos w głowie Blaine umilkł, a na trzecie, on sam zaczął oswajać się z wolna z okrutną bezwzględnością promieni naszej jedynej gwiazdy i pozwalając sobie na niewielkie uchylenie powiek, uchylił je akurat w momencie, kiedy odpasiony, wyjący jak przednia szarża Mongołów szczur przebiegł obok niego.


Nie miał połowy nosa. Zamiast niego wystawała mu jakaś groteskowa papka. Prawe oko wypłynęło na wierzch i dyndało na masywnym nerwie wzrokowym. Większa część sierści zwierzęcia była tam, gdzie reszta zamordowanych gryzoni: we wnętrzu groty i jak gdyby na domykający ten ogólny obraz nędzy i rozpaczy deser, jakiś inny szczur odgryzł naszemu ogon.


Długi, szkarłatny ślad z broczącego krwią kikuta ciągnął się w głąb ciemności.


Na wpół ślepy szczur nawet nie zauważył zwiniętego w kłębek, równie na wpół oślepionego Blaine’a. Przeleciał obok niego z prędkością piłeczki do ping-ponga i pognał gdzieś, hen daleko, ku czyhającej na wszystko, co żyje, pustce świata zewnętrznego, by ta połknęła go niechybnie sprowadzając śmierć.


Blaine Kelly odczekał jeszcze kilka ładnych minut. Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do panującej na zewnątrz jasności, uniósł się i raz jeszcze otrzepał kolana na swoich – zatracających z wolna czystą, błękitną barwę – spodniach obywateli Krypty 13.


Spojrzał na leżące tuż pod północną ścianą kości. Nie były to kości człowieka i ich właściciel z całą pewnością nie miał na imię Ed (technik-konserwator). Przypominały raczej resztki rogatego kangura.


Blaine nie przypominał sobie, by gdziekolwiek na świecie żyły rogate kangury. Kangury, australijskie zwierzęta, które w symbolice narodowej podporządkowanego Wielkiej Brytanii kraju, można było przed wojną znaleźć praktycznie wszędzie, z całą pewnością nie stanowiły naturalnego elementu lokalnej fauny zachodniej Kalifornii, znajdującej się przecież na zupełnie innym kontynencie.


Tak jak zmutowane, wielkie jak skurwysyny szczury jaskiniowe.


Blaine wziął głęboki oddech i zbierając się w sobie dokonał małego kroku. Małego kroku dla siebie… a zresztą, wszyscy to znają.


Po prostu wyszedł z jaskini. Po raz pierwszy w swoim życiu patrzył na świat zewnętrzny.


Również po raz pierwszy w swoim życiu poczuł się załamany do tego stopnia, że przez głowę przemknęła mu myśl by wczołgać się z powrotem do pieczary, a potem po omacku odnaleźć gródź Krypty 13 i wydrapać w niej dziurę choćby własnymi paznokciami. Byle tylko dostać się do środka.


- Jak ja mam tu cokolwiek znaleźć? – warknął oburzony i zdesperowany zarazem.


Miał ku temu solidne podstawy.


Świat zewnętrzny przypominał jałową powierzchnie znajdującej się zbyt blisko słońca planety. Planety, która o życiu bądź perspektywie wytworzenia samych tylko warunków sprzyjających powstaniu życia wiedziała tyle, co Blaine o zwyczajach godowych żyjących w Oceanie Indyjskim Sześcioszparów Piłoogonowych.


Gorąc. Lejący się z nieba skwar. Blaine nigdy by nawet nie przypuszczał, że może być coś gorszego niż podkręcenie o kilka stopni panującej we wnętrzu Krypty temperatury pokojowej. Na Boga Miłościwego, tutaj musiało być… ze sto dziesięć Farenheitów (oczywiście mocno przesadził. Panująca w post-apokaliptycznej, suchej i jałowej Kalifornii zachodniej temperatura nie przekraczała z reguły setki). Do tego światło zewnętrzne wciąż go oślepiało (na bank złapię tę pustynną ślepotę, pomyślał rozjuszony coraz bardziej), a pusta przestrzeń przytłaczała bezkresem i przerażała niczym niekończące się pustynne wydmy. Czym prędzej pragnął powrócić do zamkniętych przestrzeni. Nie czuł się jednak na siłach, by raz jeszcze przedzierać się przez żywą, szczurzą masę tylko po to, by ponownie przekonać się, że ten stary, spierdzielały sukinsyn siedzący teraz najpewniej w swoim wygodnym kosmicznym fotelu i popijający PINACOLADĘ zablokował mu kod dostępu, przez co nie jest w stanie odprawić rytuału wejścia i…


Spojrzał na swojego PipBoy’a 2000. Delikatny, ciepły wiatr (który był chyba jedynym delikatnym zjawiskiem w tym świecie) smagał jego wciąż młodzieńczą i dobrze zachowaną przez dwadzieścia osiem lat spokojnego życia we wnętrzu schronu twarz. Dla odmiany promienie słońca były bezlitosne, a Blaine zaczął z wolna odczuwać pieczenie na czole, policzkach i nosie.


Tak właściwie to miał już całkiem czerwoną skórę.


PipBoy 2000 wskazywał kierunki. Wyjście z jaskini prowadziło na zachód. Krypta 15 była na wschodzie. Leżała dokładnie na tej samej szerokości geograficznej, co jego rodzimy schron. Oznaczało to, że wszystko, co musi teraz zrobić Blaine, to zebrać się w sobie i przez osiem dni podążać prosto na wschód.


I znajdzie Kryptę 15.


- Osiem dni… - mruczał pod nosem. – Ile to będzie kroków?


Wedle imperialnego systemu miar, jeden krok to jedna stopa. Jedna stopa natomiast to trzydzieści i osiem dziesiątych centymetra w systemie metrycznym. Przeciętny człowiek idąc na piechotę pokonuje, dajmy na to dla uproszczenia rachunku, dwie mile w ciągu godziny. Dwie mile. Załóżmy więc, iż konflikt nuklearny nie wpłynął na ruch obrotowy Ziemi wokół słońca. Z dwudziestu czterech godzin doby, Blaine będzie szedł przez szesnaście. To mu pozostawia osiem godzin wolnego. Sen zajmie sześć, dwie na odpoczynek. Przez szesnaście godzin dziennie pokona dystans równy trzydziestu dwóm

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów