Antrax i druga strona czasoprzestrzeni
opowiadania >



zaszlachtują. – usiłowałem ratować sytuację, ignorując przy tym złośliwe pytanie.


- Podjąłem decyzję. Z resztą to nawet nie jest kobieta. Kobiety nie mają skrzydeł, prawda?


- Prawda, ale… - nie dokończyłem, nie było kiedy.


Pułkownik odwrócił się na pięcie o 180 stopni i dwoma energicznymi susami, pokonał dzielącą nas odległość. Staliśmy teraz twarzą w twarz. Musiałem trochę unieść swoją, O’Brian to olbrzymi facet, sporo wyższy ode mnie. Spoglądał na mnie przez zaszklony wizjer upiornego hełmu. Nie mówiąc nic, nieruchomo wpatrywał mi się w twarz.



- Gdzie jest pułkownik? – zapytała Alice, stojącego obok niej młodego, czarnoskórego mężczyznę, odzianego w mundur piechoty Antraxu. Antrax był jedną z kilku światowych korporacji, kontrolujących wszystko: od sprzedaży papieru toaletowego, po wysyłanie ludzi na śmierć. Państwa czy kontynenty, przestały mieć znaczenie. Liczyły się tylko korporacje. Antrax był jedną z największych, zajmował terytorium dawnych Stanów Zjednoczonych i miał w swym posiadaniu jedenaście kopuł-miast. „Wszyscy jesteśmy Antraxem” jak wbijano nam do głów w szkołach.


- Zaprzyjaźnia się, jak zwykle – czarnoskóry mężczyzna z uśmiechem rozbawienia spoglądał na wzniesienie, gdzie jego pułkownik właśnie niewerbalnie tłumaczył pewnemu naukowcowi, że nie dyskutuje się z jego rozkazami.


Sanitariuszka pokręciła z dezaprobatą głową i ruszyła w stronę dowódcy, za nią poszedł także żołnierz, z którym przed momentem rozmawiała. Polana nie była rozległa, więc szybko pokonali dzielący ich dystans do dowódcy.


- Pacjent opatrzony. Nic mu nie będzie, ale kiedy się obudzi to się dopiero dowie, co to ból głowy. – rzuciła w stronę postawnego mężczyzny.


- Bardzo dobrze, a teraz…


- Bezpośredni kontakt! Powtarzam, mamy bezpośredni kontakt! – rozległo się wołanie w słuchawce, którą Nod miał zamocowaną w hełmie. – Zaraz tam będziemy! – padła odpowiedź dowódcy.


- Nod, Alice zostajecie tutaj. – rozkazał pułkownik, rzucił jeszcze spojrzenie zamknięte w hełmie, w moją stronę, po czym pośpiesznie oddalił się.


- Taaaa jessss, sir! – nad polanę uniósł się chóralny głos dwójki pozostałych na miejscu żołnierzy. Nod, a w zasadzie Billy Nod, był tym młodym czarnoskórym kapitanem. Alice sanitariuszką polową. Czemu nie nazwał jej po nazwisku, jak innych żołnierzy?


Nod podniósł wyżej, swój hełm, który dotychczas trzymał w lewej ręce. Teraz wyraźnie mogliśmy słyszeć, przebieg rozmowy pozostałych marines:


- Kierunek 4-0-1, bandyta na pierwszej. – odezwał się nierozpoznany przeze mnie głos.


- DC-816 podchodzisz od południa, DC-211 od północy – odezwał się kolejny - O tak. Tu nie mam wątpliwości, to pułkownik – pomyślałem.


- Przyjąłem, zbliżam się na pozycję.


- Ja także.


Nastąpiła krótka chwila milczenia, a po niej znów głos dowódcy.


- DC-452 raport sytuacyjny.


- Wszyscy na pozycji, 816 rozpoczyna zwiad.


Kolejne sekundy w całkowitej ciszy. Nie tylko podczas akcji, my też nic nie mówiliśmy, tylko gapiąc się w hełm, wytężaliśmy słuch.


- DC-816, wysłać ci podanie ze zdjęciem, żebyś raczył przedstawić mi raport zwiadu? – ryknął O’Brian. Mógł sobie na to pozwolić, bez zagrożenie dla ich pozycji. Hełmy marines nie przepuszczają żadnych dźwięków, kiedy są zhermetyzowane z pancerzami wojskowymi. No chyba, że akurat któryś z marines chce żeby wszyscy go słyszeli. Dzięki takiemu rozwiązaniu, żołnierze mogą się swobodnie porozumiewać na polu bitwy poprzez zdalne komunikatory.


- Potrzebuje jeszcze chwile, pułkowniku.


- Nie mamy chwili, co widzisz? – O’Briana stawał się coraz bardziej zniecierpliwiony.


- Eee… To chyba… To jest chyba dziecko, panie pułkowniku. – w końcu wydukał, komandos ukrywający się pod numerem kodowym DC-816.


- Dziecko? Potwierdź 816.


-Nie mogę potwierdzić. OPZW. Ale ma na sobie czerwony płaszczyk i zarzucony kaptur na głowę. I… Chyba płacze… W każdym razie czujniki odbierają jakieś ciche kwilenie.


- Dobra osłaniajcie mnie, bez odbioru. – ostatnie polecenie pułkownika, a po nim przedłużająca się cisza.


Korzystając z chwili spokoju zapytałem stojącego obok Billy’ego:


- OPZW? Co to jest?


- Cóż to taki żargon wojskowy. „Obiekt Poza Zasięgiem Wzroku”. – odparł.


- Dużo takich skrótów używacie?


- Ciężko by je zliczyć. Jest ich masa. – cierpliwie, choć nieco lakonicznie odparował Nod.


Chciałem jeszcze o coś zapytać, kiedy z głośniczka rozległ się krzyk szefa.


- Jasna cholera co to ma być!?


Resztę jego słów zagłuszyły wystrzały z karabinków szturmowych MPM-60. Krzyki, przekleństwa i wystrzały łączyły się w jeden przerażający bitewny zew. Nie mogłem tego dłużej słuchać. Jestem cywilem! Nie jestem przyzwyczajony do czegoś takiego. Zgadza się, na ulicach Kansas nieraz słyszałem, zdarzało się też, że widziałem, krótkie strzelaniny porządkowych z anarchistami. Wtedy wydawało mi się to odrażające, a teraz po tym, co tu usłyszałem przez krótką chwilę, tamto wspomnienie wydaję mi się jakąś, niewinną dziecinną igraszką.


Wstrząśnięty wróciłem na wzgórze. Migrena jeszcze się nasiliła. Miałem wrażenie, że pół mojej głowy zaraz eksploduję. Podniosłem lornetkę do oczu i jeszcze raz zacząłem omiatać wzrokiem cały teren. Osobliwa gromadka, i skrzydlata kobieta gdzieś przepadli. Gdyby nie ciche odgłosy z hełmu kapitana, widok byłby na prawdę piękny i odprężający.



II



Dzień leniwie chylił się ku zachodowi, a dla mnie był to najwspanialszy widok, jaki widziałem w życiu. Od powrotu drużyny pułkownika z przypadkowej misji, minęła jakaś godzina. Żołnierze ochłonęli, nerwy opadły. Mówiąc żargonem wojskowym: „Żadnych strat w ludziach nie odnotowano”. Choć musze powiedzieć, że blisko było. Pułkownik nie chciał powiedzieć, co się tam wydarzyło, podobnie jego podwładni. Tylko młody chłopak, Borovsky był bardziej rozmowny. Może to przez jego wiek. Nie wiem dokładnie ile może sobie liczyć lat. Na moje oko nie więcej niż dwadzieścia. Młodzian mówił mi w wielkiej tajemnicy, że w chwili, kiedy pułkownik podszedł do istoty ubranej w czerwony kapturek, jakby z pod ziemi wyskoczył na niego jakiś dziki potwór. Z relacji Borovsky’ego wynika, że miał dobre dwa metry wysokości, ciało porośnięte sierścią, a z podłużnego pyska wystawał mu szereg ostrych jak brzytwa kłów. W momencie pierwszego strzału, na polance pojawił się kolejny osobnik. Taki sam jak ten atakujący dowódcę. Za nim kolejny i kolejny i później jeszcze jeden. Sfora otoczyła szamotającego się żołnierza. Kule świstały w powietrzu. Cele jednak nie padały. „Pułkownik w parterowej walce

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów