Antrax i druga strona czasoprzestrzeni
opowiadania >



ze zwierzęciem wyszedł na remis” - twierdził Borovsky. Sądząc po ranach szarpanych i ciętych na ciele pułkownika oraz uszkodzonym egzoszkielecie w jego pancerzu, trudno sobie wyobrazić jak mógł wyglądać zwierzak po tej konfrontacji. Walka nie trwała długo, może kilka minut. Marines zdołali wyprzeć sforę poza obręb polany. W tym czasie mała, zakapturzona postać gdzieś zniknęła.


- Zabezpieczyć teren, zakotwiczymy tu, przynajmniej na noc! – rozkazał pułkownik, pół przytomnym głosem. Alice podała mu morfinę, środek stary jak świat i tak samo jak on zepsuty, ale jedyny, który skutecznie uśmierza olbrzymi ból. Żołnierze usłużnie rozeszli się, żeby wykonać polecenie. A ja w spokoju mogłem w tym czasie zająć się badaniami.



Nie minęło dziesięć minut, jak z zadumy wyrwał mnie głos Noda.


- Panie pułkowniku, znaleźliśmy go jak kręcił się w okolicy polany. Mówi, że jest chłopem i mieszka niedaleko.


- To je prawda, ja chłop – niezgrabnie odpowiedział wychudzony człowiek w brudnej, podartej kamizelce.


- Co tutaj robisz? Czemu węszysz w okolicy naszego obozu? – stłumionym głosem zapytał dowódca.


- Ja nie, nie nic złego nie robił. Ja się martwił. Noc w lesie zła! Demony tu chadzają.


- Demony? Tia… a razem z nimi siedmiu krasnoludków?


- Co to „krasnoludków”, panie? – zaciekawieniu chłopa nie było końca.


Zrezygnowany O’Brian machnął ręką i położył głowę na prowizorycznej leżance.


- Co z nim zrobić, pułkowniku? – zagadnął w końcu Nod.


- Zabij go – parsknął szef.


- Ale… Jak to? Przecież…


- Żartowałem. Wypytaj go jeszcze. Później zdasz mi raport.


- Taaaa jesss, sir! – standardowo potwierdził Nod i odprowadził tubylca na skraj polany.


Sanitariuszka, zostawiła na moment pułkownika, kiedy ten rozmawiał z chłopem. Teraz wracała na swój posterunek, przy rannych.


- Jak to wygląda, pani doktor? – zagadałem, gdy mnie mijała


- Rany nie są głębokie. Wszystkie krwawienia zatamowałam. Nic mu nie będzie, to twardy chłop. – a mówiąc to mrugnęła jednym okiem.


- I tu masz racje. Wiem to z doświadczenia… - rzuciłem.


- Jakiego doświadczenia?


- Mówię o drobnym nieporozumieniu, zaraz po przybyciu. Mieliśmy mały problem.


- A o to chodzi. Daj spokój. To tylko taka jego gra. Nie ma się, czym martwić. – uśmiechnęła się szeroko i odeszła.


Nod perfekcyjnie wywiązał się z zadania. Rozmowa z chłopem zaowocowała wielkimi korzyściami. Tubylec zaproponował, że przenocuje nas w swojej stodole. Mieszka niedaleko i chętnie nam pomorze. Nieprawdopodobna życzliwość. W Antraxie czegoś takiego nie ma. Jak ktoś zapuka do obcych drzwi, to te nawet się nie otworzą.


Szliśmy ścieżką kilkanaście minut w milczeniu. Pułkownik podpierał się na ramieniu jednego z żołnierzy, inni na noszach wlekli nieprzytomnego Sinkiego. Ja wraz z naukowcami szliśmy w środku, a pochód zamykał Billy. Dotarliśmy w końcu do zapyziałego gospodarstwa. Gospodarz wskazał nam stodołę, gdzie mieliśmy się ulokować, a sam podszedł do innego mężczyzny, który wraz z całą rodziną wyszedł z domu. Chłopak był podobny do naszego gospodarza, tylko młodszy. Pewnie jego syn. Gospodarz szepnął coś na ucho synowi i wszyscy schowali się w domostwie. W całym tym zamieszaniu nikt nawet nie zapytał jak owy chłop ma na imię.


Rozsiedliśmy się wygodnie gdzie, kto chciał. Mieliśmy się zabierać właśnie za rację żywnościowe, kiedy drzwi wejściowe stodoły otworzyły się. Stanęła w nich zaniedbana kobieta, w ręku trzymała tacę z drewnianymi miskami. Jedliśmy łapczywie, choć nie wyglądało to jedzenie apetycznie. Byliśmy piekielnie głodni, a ciepły posiłek nie często się przecież pojawia na takich wyprawach. Na tę okazję, jakby obudzony unosząca się wonią jedzenia, ocknął się nawet Sinki. Na zewnątrz już się całkiem ściemniło. Zmęczenie, dotąd nieodczuwane, teraz zaczęło dawać o sobie znać. Nieznośny ból głowy ustąpił, w zamian przybył Morfeusz a my, jeden po drugim, wpadaliśmy w jego objęcia. Dzień jednak nie chciał się skończyć…


Ciszę w stodole nagle przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś starał się robić to bardzo powoli i bardzo cicho. Jego nieporadność spowodowała, że było wręcz odwrotnie. Kiedy wreszcie postać znalazła się wewnątrz, wszyscy, jak jeden mąż gapiliśmy się na nią. Przy drzwiach stał nasz gospodarz, a blade światło księżyca oświetlało jego zmieszaną twarz. Było w tym wyrazie twarzy coś jeszcze. Cos jak… strach?. Chłop powoli wyciągnął, chowane dotychczas za plecami, ręce. Chaotycznie wyrzucił z nich dwie małe fiolki i błyskawicznie zniknął za drzwiami. Najpierw na ubitej ziemi roztrzaskała się buteleczka z bezbarwnym płynem. Sekundę później w ślady poprzedniczki poszła kolejna. Ta miała miksturę ciemnoczerwonego koloru. Nie bardzo wiedzieliśmy co się dzieje. Sytuacja zaskoczyła nas wszystkich. Nawet O’Brian nie był w stanie wydusić słowa. Szok trwał jedynie chwile, ale na tyle długo, że obie ciecze weszły z sobą w reakcję. Nie wiem co to było. Jakiś bezwonny gaz, od którego zakręciło mi się w głowie, a później obraz zaczął się zaciemniać.



Obudziłem się następnego dnia. Słońca spiekły mi kark, głowa przypominała non stop pulsującym bólem o swoim istnieniu. „A ja myślałem, że wiem co to kac” – pomyślałem. Pierwsza próba otwarcia oczu zakończyła się fiaskiem. Stopniowe przyzwyczajanie źrenic do mocnego światła było jedynym rozwiązaniem. Kiedy doszedłem do siebie, zobaczyłem całą naszą drużynę na środku gospodarstwa. Siedzieliśmy, związani w jednej gromadzie. Część z moich kompanów obudziła się już wcześniej, Sinki dopiero otwierał oczy. Chyba nadział się na tą samą pułapkę, co ja, bo skrzywił się niemiłosiernie. W innych okolicznościach byłoby to nawet zabawne. Teraz jednak nie było mi do śmiechu. Siedzieliśmy skrępowani na środku podwórka, a wokół nas kręciły się dziesiątki małych, tęgich, brodatych osobników. Identycznych jak ci, których widziałem wczoraj przez lornetkę. Rozmawiali między sobą, chyba nawet się wyśmiewali. Dokładnie nie wiem o co im chodziło, bo ich język był zupełnie niezrozumiały.


- Co… Co się dzieje, gdzie my… - pierwsze słowa Sinkiego, po przebudzeniu okazały się bardzo bolesne. Jeden z brodaczy podszedł do naukowca i z całej siły uderzył go kolbą swojej strzelby w twarz. Takie strzelby miało większość naszych prześladowców. Dziwne urządzenia. Widziałem podobne sztucery w muzeum techniki pod kopułą

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów