Mizantropia - fragment III
opowiadania >



Często to techniki zakłamywania rzeczywistości, wypychania pewnych myśli i wspomnień lub świadomego odwracanie własnej uwagi i chociaż skutecznie mogą zmniejszyć gorycz i lęk, to jednak prowadzą w dalszym etapie do całkowitej ucieczki w nierealny świat. Niekiedy także do alkoholizmu i innych uzależnień. Przeszedłem do sypialni przez względny porządek salonu i ściągnąłem marynarkę, starannie odwieszając ją na wieszak. To samo robię z koszulą, spodnie złożyłem w kostkę i odłożyłem do szafy, sięgając przy okazji po wygodniejsze ubrania. Parsknąłem w duchu. Taka proza życia, że ja pierdolę. (to zdanie również można usunąć - dopisek autor). Ale w zamian za to pełen komfort, a jakże!


Wróciłem do salonu i popatrzyłem na zegarek. Dochodziła godzina siedemnasta. Znaczyłoby to dwie rzeczy: a) mój poranek w obcym mieszkaniu nie był wcale porankiem, lecz przynajmniej wczesnym popołudniem i b) powinienem coś zjeść. Z nadzieją udałem się do lodówki, chociaż podświadomie wiedziałem, że czeka mnie jedynie rozczarowanie. Otworzyłem drzwiczki i czym prędzej je zamknąłem zorientowawszy się, że mam do wyboru przeterminowane mleko, otworzone suszone pomidory w zalewie albo keczup. Skierowałem się się więc do szafki nad zlewem i tam czekała na mnie formuła szczęścia, zupka "PHO VIET" typu instant. Nie ociągając się, przystępuję do upośledzonej wersji gotowania czyli wrzucenia makaronu do miski, zasypania go przyprawami i wstawienia wody w czajniku. Niecałe cztery minuty później siorbałem z satysfakcją substytut prawdziwego jedzenia.


Kiedy już zaspokoiłem łaknienie, zastanowiłem się, jak zmarnować typowy sobotni wieczór. Spotkanie ze znajomymi od razu wykluczyłem, wczorajsze wyjście do ludzi wyczerpało mnie i musiałem odzyskać utraconą energię. Mógłbym obejrzeć film, naturalnie nie z telewizora, bo takiego nie posiadam, ale jakoś nie czułem dzisiaj laptopowej kinematografii, szczególnie że nie miałem pomysłu, co miałbym obejrzeć.


Książka. Książka jest zawsze dobrym pomysłem. Palcami przebierałem tytuły z biblioteczki obok kanapy, frapując się nad odpowiednim wyborem. Nagle przypomniały mi się dziewczyny z autobusu wraz z ich rozprawami na temat 50 twarzy Greya. Uśmiechnąłem się lubieżnie. Kontrą na wypociny E.L James będzie powieść wyklęta prawdziwego klasyka gatunku. Przesuwałem wzrokiem między tytułami, aż wreszcie spostrzegłem czerwony napis z boku "Sto dwadzieścia dni Sodomy - markiz de Sade".


Donatien Alphonse François de Sade. Człowiek, od którego nazwiska wzięło się określenie sadyzm. Geniusz łączący plugawy erotyzm z nikczemnością, przemocą oraz okrucieństwem, ale także z głębszymi przemyśleniami godnymi filozofa. W niedokończonym dziele opisuje trwającą miesiącami orgię przepełnioną biciem, obcinaniem kończyn, podpaleniami, zjadaniem fekaliów czy najzwyklejszymi torturami i gwałtami. Sam de Sade napisał: „Jest najbardziej nieczystą opowieścią, jaka powstała od początku świata. Podobnej nie spotka się ani u starożytnych, ani u nowożytnych. Traktuje ona o najbardziej mrocznej stronie ludzkiej natury, jaką jest pożądanie pełnej władzy nad drugim człowiekiem, chęć zadawania bólu na różne wymyślne sposoby i wola seksualnego spełnienia, dokonanego w sposób trudno wyobrażalny dla przeciętnego zjadacza chleba”. Niektórzy badacze twierdzą, że markiz opisywał własne wspomnienia i chociaż później książka robi się nieco monotonna, nadal jest to egzotyczna literatura godna przeczytania przynajmniej raz, żeby poznać libertynizm w całej jego odrażającej, hedonistycznej postaci.


Pozostało jeszcze zadecydować, czego wypada się napić do tak zacnej lektury. Barek w przeciwieństwie do lodówki był niezgorzej zaopatrzony. Pełen był urodzinowych i nie tylko prezentów, których nie zdążyłem jeszcze wypić oraz obiektów, które zdobyłem sam. Z tych byłem najbardziej dumny, ale to nie po nie wyciągnąłem rękę, odgarniając inne zakurzone butelki. Na dzisiejszy wieczór potrzebowałem czegoś specjalnego, może nieszczególnie drogiego, ale koniecznie unikatowego. Przedzierając się przez pozostałe flakony, wreszcie dotarłem do mej zdobyczy, siedmioletniego, wytrawnego, czerwonego wina od mojej byłej dziewczyny, z którą rozstałem się ponad rok temu. Wyciągnąłem butelkę i odwróciłem ją, czytając etykietkę: Bordeaux, Francja, 12%. Więcej nie potrzebowałem wiedzieć, daleko mi do sommeliera. Poza tym, ufałem osądowi byłej. Wypiliśmy razem wystarczającą ilość tego trunku, żebyśmy oboje stali się semikoneserami znającymi nawzajem swoje gusta. Zwykle nie miałem w zwyczaju pić w samotności, ale spożyty dzisiaj napój miałby wymiar prawie symboliczny, byłby podarkiem od byłej kochanki spożytym dla uczczenia nowej. Nie miałem rzecz jasna pewności, że poznana wczoraj kobieta jeszcze zechce się ze mną spotkać, ale każdy przypadkowy seks w życiu mężczyzny warty jest celebracji. Chciałem zamknąć szafkę, ale po namyśle wziąłem z niej jeszcze jedno wino, tym razem australijskie białe półsłodkie, bez żadnej wartości sentymentalnej. Wieczór, a wcześniej późne przedpołudnie, były przecież długie.


Odniosłem wina do salonu, kładąc je na stole obok książki. Cofnąłem się jeszcze po otwieracz, kieliszek, szklankę do przepłukania ust między winami i popielniczkę. Zaopatrzony w ten sposób, uwaliłem się wygodnie na fotelu, włączając lampkę do czytania. Szybkie sprawdzenie, czy papierosy i zapalniczka są w kieszeni, otwarcie wina i można zabierać się do lektury. Zanim na dobre się w niej pogrążyłem, wspominam wczorajszą noc. Jednakże po chwili wracam myślami do blondynki z teatru. Ciekawi mnie, jakie ona ma perwersje...


Otworzyłem książkę i od razu ominąłem kojarzone przeze mnie wprowadzenie bohaterów, gdzie można między innymi przeczytać o podstawach libertynizmu oraz o tym, że książę de Blangis w młodości dochodził osiemnaście razy dziennie. Kartkując niespiesznie, natrafiłem na taki oto wesoły fragmencik:


Mężczyzna [...] zaproponował nam dość osobliwą ceremonię; chodziło o przywiązanie go do trzeciego szczebla rozstawionej drabiny; do tego szczebla przywiązywało mu się stopy, powyżej tułów, a uniesione ręce wystawały nad drabinę. Mężczyzna był w tym położeniu nagi; należało go z całej siły chłostać uchwytem rózeg, gdy ich końce się zużyły. Był nagi, dotykanie go nie było konieczne, sam też się nawet nie dotknął, ale po pewnej dawce jego monstrualny instrument unosił się, widać było, jak miota się między szczeblami niczym serce dzwonu, a nieco później gwałtownie wyrzucał spermę na środek pokoju. Odwiązywano go, płacił, i to już wszystko.


Nazajutrz przysłał

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów