Odór (+18)
opowiadania >



czy innych szkodliwych substancji. Samobójstwo również zostało wykluczone. Mężczyzna był samotny, żadnej rodziny, zero znajomych, to wszystko jeszcze bardziej gmatwało sprawę. Śmierć nastąpiła niemalże błyskawicznie, jego wnętrzności były w takim stanie, jakby je ktoś chciał z niego wyciągnąć, a raczej wyssać. W ustach znaleziono pogryzione kawałki jelita cienkiego, fragmenty żołądka. Język był odgryziony. Prawdopodobnie z powodu niewyobrażalnego bólu Elbopp sam go sobie odgryzł. Lewa gałka oczna była wysunięta do połowy z oczodołu i zmiażdżona, jakby ktoś chciał ją wyjąć, ale nie zrobił tego do końca, nie wiadomo, dlaczego. Być może morderca został spłoszony? Jednak nie znaleziono żadnych śladów, żadnych odcisków palców, nic, absolutnie nic.


Kolejne zdarzenie miało miejsce w 1967 roku w Dallas. Maria Pappoluos, 50-letnia nauczycielka geografii, została znaleziona w swoim mieszkaniu niemal w takim samym stanie jak Elbopp, z tą tylko różnicą, że jej gałka oczna była wysunięta z oczodołu do końca i leżała tuż obok, trzymając się jedynie na nitce nerwu wzrokowego. Napis, który pozostawiła zamordowana, brzmiał: „On tu…”, a więc był krótszy. 1982 rok, Luis Estes, 49-letni pracownik budowlany z San Diego, sytuacja niemal identyczna, niemal, ponieważ denat nie pozostawił napisu. I wreszcie 1997 rok, San Bernardino, Ben Cavanni, kontroler ruchu kolejowego; tutaj gałki ocznej w ogóle nie znaleziono ani w pobliżu zwłok, ani w całym mieszkaniu. Pies policyjny nie wyczuł tropu. Ofiara miała również wyrwane niemal wszystkie zęby, ich również nie znaleziono na miejscu zdarzenia.


Zastanawiające jest to, że wszyscy prowadzili samotniczy, wręcz pustelniczy tryb życia i, że wszystkie te morderstwa miały miejsce w najbardziej rozgrzanym szczycie lata… – Przesilenie? – Myśli Jeffersona kłębiły się, nabierały jakiś kształtów i znowu zamieniały się w nic nieznaczącą, abstrakcyjną mozaikę. Po plecach, mimo upału, przeszedł mu nagle zimny dreszcz… W tym momencie otworzyły się drzwi do pomieszczenia detektywa i stanął w nich jego współpracownik, Mike Bellow. Bellow był młodym, 30-letnim policjantem z pięcioletnim stażem. Zdążył tylko pokiwać głową i krzyknąć do Jeffersona: Wstawaj, John! – Mamy kolejnego trupa! – Ta seria trwa nadal! Jefferson spojrzał na niego zdziwionymi oczami, a z jego ust wybrzmiało coś niewyraźnego, bełkotliwego. Po chwili jednak wykrztusił z siebie: P o 19-s t u l a t a c h? – Żartujesz, Bellow, prawda? Lecz młody Bellow nie żartował. Trzymał w rękach zupełnie nowe akta.


III


Domek, w którym mieszkał 51-letni Kevin Bennett, znajdował się niemal na odludziu. Poza nim było tu jeszcze w pobliżu składowisko opon, desek, blaszanych beczek z jakimiś cuchnącymi smarami i czort wie, czym jeszcze oraz kilku zardzewiałych samochodowych karoserii. Już z daleka to miejsce sprawiało ponure wrażenie. Widać było, że jest opuszczone, porosłe krzakami i wysoką, nieskoszoną przez całe lata trawą. Jednak domek był w miarę zadbany. Właścicielka z racji jego położenia wynajmowała go za grosze. Z jej zeznań wynikało, że ofiara mieszkała tutaj od roku. Mężczyzna nie sprawiał żadnych problemów, opłaty wnosił z góry i w terminie. Pracował jako urzędnik w firmie zajmującej się sprzedażą nieruchomości i terenami pod wynajem. W pracy też nie było na niego skarg. Tym razem było inaczej. Został znaleziony przez panią Medley o 6 rano, która, zaniepokojona, brakiem przelewu, przyszła zobaczyć, co się stało. Znalazła jego zwłoki w kałuży ekskrementów, krwi i wymiocin. Widok był doprawdy makabryczny. Detektywi, pomimo policyjnego doświadczenia, nieomal sami nie dostali skrętu kiszek, kiedy zobaczyli powykręcane dziwnie ciało i głowę bez oczu. Tak, ofiara nie miała oczu.. Znowu żadnych śladów włamania, żadnych odcisków poza tymi należącymi do ofiary, żadnych śladów plądrowania. Wszystko na swoim miejscu, tylko te zwłoki na środku pokoju z wpatrującymi w nich, czarnymi jak węgiel oczodołami i zakrzepłymi śladami posoki. Kiedy go znaleziono, to miał na sobie już ślady stężenia pośmiertnego, zatem śmierć musiała nastąpić kilkanaście godzin temu. Znowu upał, znowu samotny człowiek w okolicach pięćdziesiątki i znowu odludne miejsce. Ile jeszcze? Żeby był, chociaż jeden haczyk, jeden, najmniejszy ślad. Zaraz, zaraz? – Z dokumentów wynika, że wszyscy wychowali się w domu dziecka…i co ma z tego wynikać? – No właśnie – i co ma z tego wynikać?!


IV


Ostatnie zabójstwo również nie wniosło niczego nowego do sprawy. Kto zamordował tych ludzi? Czyżby zamordował ich sam diabeł, nie zostawiając żadnych śladów? Jefferson czuł ogromne zmęczenie. Miał tego wszystkiego dość! Rzucił papiery na biurko i wyszedł na ulicę. Jakiś radiowóz zawył tuż obok niego, przejeżdżając na pełnym gazie. Jefferson, wachlując się kapeluszem, wsiadł do swojego samochodu i włączył nawiew. Wykierował się na piątą aleję i ruszył prosto do swojego domu.


Po dwóch godzinach stania w korkach, smażenia się w upale i trąbienia na innych uczestników ruchu, o mało go nie trafił szlag. Dotarł wreszcie do siebie. Otworzył drzwi i wszedł do mieszkania. Zamknął je za sobą, a raczej zatrzasnął. Owiał go przyjemny chłód korytarza. Teczkę i kapelusz rzucił w kąt, kierując się do kuchni. Miał ogromne pragnienie. Po drodze zdejmował buty, które po całym dniu uwierały go niemiłosiernie. Stanął z ulgą w samych skarpetkach przed lodówką, otwierając jej drzwi. Wziął butelkę piwa i podważając otwieraczem kapsel doczłapał się do kanapy. Poluzował pod szyją krawat. Napił się kilka łyków. Zimna ciecz spływała błogo w jego wnętrznościach. Na jego czole wystąpiły grube krople potu. Był bardzo zmęczony. Oczy same mu się zamykały, aż wreszcie zapadł w głęboki sen.


Obudziła go burza, która przewalała się nad okolicą. Rozległ się dudniący grzmot, jakby ktoś zrzucał gdzieś ze schodów dużą, drewnianą szafę. W pokoju było niemal całkowicie ciemno, tylko, co jakiś czas rozświetlały go błyskawice. Bolała go z tyłu głowa, więc postanowił wyjąć z szuflady proszek przeciwbólowy. Ale nie zdążył, nawet wstać z kanapy, bowiem w tym właśnie momencie uderzył go w nozdrza niewyobrażalny wręcz odór popsutego mięsa, ale tak intensywny, że aż zatkało mu oddech. Miotał się przez chwilę, wstał ostatkiem sił, jednak upadł, jak długi na podłogę. Nie złamał sobie nosa, tylko, dlatego, że osłonił go przed tym gruby dywan. Zaczął się wić, jak podczas konwulsji. Nie mógł wydobyć z siebie głosu poza charczeniem. Coś mu bulgotało w gardle. Zaczął wymiotować nie tylko treścią żołądka. Zobaczył, że wypluwa z ust coś czarnego. To była krew, która przybrała taki właśnie kolor w nikłym świetle oddalających się błyskawic. Czuł w ustach, jakby kawałki mięsa. Wypluwał je,

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów