Drzewo
opowiadania >



Nogi małej dziewczynki zapierały się o ziemię, wbijając niewielkie palce w miękki grunt. Delikatnie odpychając się, wprawiła huśtawkę w ruch. Z głową spuszczoną w dół patrzyła w przestrzeń, malującą się u stóp skarpy, która urywała się tuż ku jej własnych stóp.
Wiatr otulał jej ramiona, okryte jedynie ramiączkami długiej koszuli nocnej, sięgającej jej do kolan. Wzdrygnęła się, było zimno. Jednak nie był to chłodny, jesienny wiatr.
Wychudzone rączki zeskrobywały niezdarnie zabrudzenia na koszuli, urywając przypadkowo niewielkie fragmenty białych falbanek. Dziewczynka nie jadła nic już od jakiegoś czasu, zaś ostatnie racje żywnościowe skończyły się dawno temu.
Mama czasem oddawała jej swoje jedzenie, szczególnie gdy nie było w domu taty. Tata bardzo denerwował się, gdy widział, że mama była głodna. Mama wtedy często płakała. Ale któregoś razu tata nie wrócił na noc do domu. Mama powiedziała, że tata musi na jakiś czas zostać u swoich znajomych.
Ale wszyscy wiedzieli, że poza niewielką działką, na której stoi dom, nie ma już nic.
To wtedy, gdy tata zniknął, jedzenie zaczęło tak dziwnie smakować. Jednak było go znacznie więcej, przez jakiś czas.
Mama zawsze się opiekowała swoją córką. Każdego wieczoru, po przyjściu do jej pokoju na poddaszu, czytała jej bajki o dzielnych rycerzach na białych koniach, ratujących swe księżniczki. Dziewczynka uwielbiała pogrążać się w marzeniach, patrząc w gwiazdu przez okno tuż nad jej głową.
Jednak z czasem gwiazdy zniknęły. Nie było ich widać na niebie. Potem mama zasłoniła okno na stałe, mówiąc, że słońce mogłoby zaszkodzić skórze. Ona jednak od bardzo dawna już nie widziała promieni słońca. Wszystko dookoła dworku zaczęło zachodzić brunatną poświatą, zaś samo słońce, jak i księżyc, pogrążyły się na stałe w szarej otchłani. Z czasem mama jednak przestała ją odwiedzać.
Przestała mówić. Potem przestała widzieć.
Był to okres, gdy dziewczynka ponownie nie cierpiała z głodu, jednak nie trwało to długo.
Podmuch zimnego wiatru wywołał dreszcze, robiło się co raz zimniej. Z czasem wiatr był na tyle silny, że dziewczynka nie musiała się odpychać, i na tyle zimny, by zaczęła się trząść. Jednak nie miała się gdzie skryć przed chłodem.
Skuliła się, okrywając rękoma ramiona, starając sie zachować ciepło. Wiatr zaczął porywać jej kruczoczarne włosy, do tej pory swobodnie opadające na blade, wychudzone poliki.
Drewniany dom za nią był już niemal całkowicie zniszczony. Dziury w oknach straszyły swą czernią.
Cały szkielet budynku, resztkami sił trzymający ten zlepek desek razem, był już na skraju wyczerpania.
Dom do połowy pochłoniety był przez brunatną mgłę.
Niematerialną nicość, która pożerała wszystko na swojej drodze. Mgła pięła się w górę wzgórza, na którym stoi dom, jak i samotne drzewo. Powoli i nieubłaganie.
Na przestrzeni dni poruszała się może o kilka stóp. Jednak w końcu dotarła na sam szczyt, teraz już niemal zrównując się ze poziomem skarpy.
Wiatr nie roznosił mgły.
Nie.
Poruszała się własną, nieokreśloną siłą. Brunatny obłok wypełniał całą przestrzeń dookoła wzgórza.
Pod nim, i nad nim, zaś niebo już bardzo dawno zaszło szarymi chmurami.
Dookoła niej nie istniało nic.
Ani przerażająca pustka.
Ani straszący swym wymarłym szkieletem dom.
Ani reszta cmentarza, zwanego niegdyś miastem.
Była tylko ona, i drzewo.
Wielki, prężny dąb, jako jedyny zdawał się nie poddawać próbie czasu, nadal utrzymując huśtawkę.
Zdawał się być ostatnią ostoją rasy ludzkiej, wokół rdzawego chaosu dookoła.
Ani też nie przesiąknął plugawym powietrzem.
Powietrzem, które uśmierciło ludzkość.
Nikt nie zdawał sobie z niczego sprawy, dopóki nie zaczęli umierać ludzie. Ale wtedy było już za późno.
Wtedy pojawiła się mgła.
Lecz dziewczynka nie bała się mgły.
Nie bała się, gdy jadła dziwne mięso.
Nie bała się, gdy niebo zaszło brunatnymi chmurami.
Nie bała się, gdy zaszywała matce powieki.
Nie bała się, gdy musiała się pożywić.
Nie bała się, gdy budowała swoją huśtawkę.
Huśtawkę, która oddziela ją od plugawej ziemi, strawionej przez zarazę.
Nie bała się, gdy przywiązywała matczyne ścięgna do jej kości biodrowych, na których właśnie siedzi.
Nawet teraz, gdy zeskrobuje z ubrania resztki skrzepów krwi, nie czuje lęku.
Nie czuje nic.
Zaraza strawiła wszystko, co stało jej na drodze.
Ludzie sami są sobie winni. Pycha i cynizm parszywców, kreowanych na przywódców ludu, drażniła wyższe byty od pokoleń. To oni sprowadzili na nas zagładę.
Czystkę.
Udowadniając, że ludzie nie są, ani nigdy nie byli gotowi posiąść własnej planety.
Miasta, wsie, wieżowce, lasy, rzeki. Wszystko to pogrążało się w matni. W przerażającej brunatnej mgle. Nikt nie umierał. Ludzie po prostu znikali.
Jednak nie tylko to pochłonęła owa mgła.
Pochłonęła też zaufanie, godność, współczucie.
A na sam koniec pochłaniała człowieczeństwo.
A świat umierał w ciszy.


- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów