Odór (+18)
opowiadania >



I


Bennett pchnął pomalowaną na zielono, ogrodową furtkę, która odchyliła się z lekkim oporem. Do jego uszu doszło ciche skrzypienie trących o siebie zawiasów. Muszę je wreszcie naoliwić. – Pomyślał. – Ale dopiero wtedy, kiedy wezmę urlop, teraz nie mam kompletnie na to czasu. W robocie urwanie głowy, kontrahenci siedzą na głowie…ech…to wszystko ponad moje siły. Dobrze, że chociaż dzisiaj będę miał chwilę spokoju. Zamknął furtkę i zaczął iść wąską, brukowaną alejką wiodącą wprost do drzwi jego domu. Po obu jej stronach rosły krzaki jaśminu i bzu, bez już przekwitł, natomiast jaśmin pachniał słodko pełnią swoich białych kwiatków. Było dzisiaj niezwykle parno, niemal bezwietrznie. Czuć było w kościach, że zbiera się na burzę. Coś zaszeleściło tuż obok niego w gałęziach, zafurczało w powietrzu. Gdzieś w ukryciu śpiewał w wysokich rejestrach szpak czy kos. Bennett przystanął na chwilę i nabrał powietrze do płuc. Wypuścił go powoli, nabrał jeszcze raz… – Cóż za piękny wieczór – pomyślał. Niebo rozświetlone było jeszcze pomarańczową łuną zachodzącego słońca. Podszedł do drzwi, wyjął klucz i przekręcił go z cichym zgrzytem zamka. Wszedł do środka i zamknął je, a raczej zatrzasnął za sobą.


W przedpokoju przywitał go mrok, chłód i nicość. Teczkę z dokumentami rzucił w kąt machnąwszy na nie ręką. – Później je wypełnię, teraz muszę się czegoś napić. – Powiedział półgłosem czy to do siebie, czy do kogoś nieobecnego. Poszedł do kuchni, rozwiązując po drodze sznurowadła. Do kuchni wszedł już w samych skarpetkach. Terakota przyjemnie chłodziła jego stopy. Pot ściekał mu po policzkach i karku. Odpiął krawat, pineski z mankietów. Koszula lepiła się do jego ciała. Zerwał ją z siebie i rzucił w kąt. Wyjął z lodówki butelkę piwa, podważył otwieraczem kapsel i poszedł do pokoju, rzucając się na kanapę ze męczenia. Piana ze wstrząśniętego napoju spływała po szyjce butelki i po jego palcach, ale nie zważał na to i sączył go ze spokojem, niemal z namaszczeniem. Ogarniał go nieubłagany sen. Powieki zaczęły się powoli zamykać… aż zamknęły się do samego końca…


Obudził go jakiś nieokreślony hałas. Usiadł na kanapie jeszcze nie całkiem przytomny. Opróżniona butelka leżała na podłodze, a jej zawartość utworzyła sporą plamę na drewnianym parkiecie. – Musiałem usnąć zaraz po pierwszym łyku, a wtedy wypadła mi z ręki… – Wydedukował w duchu. – Ech, szlag, by to! – Syknął przez zęby. Zaczęła go pobolewać z tyłu głowa, w ustach czuł dziwny, metaliczny smak. Serce tłukło mu się w piersiach jak oszalałe. Mimo otwartego na oścież okna nie było żadnego przewiewu, duszność była wprost nie do zniesienia. Postanowił pójść do łazienki. Marzył tylko o tym, aby wziąć zimny prysznic. Już miał właśnie wstać, kiedy znowu usłyszał ten sam dziwny odgłos, jakby jakiegoś mlaskania. Przeszło mu przez myśl coś ohydnego, coś nie do pojęcia ohydnego. Rozmyślając nad tym dziwnym odgłosem i jego źródłem, powoli wstał i wtedy uderzyła go w nozdrza fala niewyobrażalnego, trupiego odoru, jakby leżały przed nim stosy gnijącego mięsa, ale o wiele bardziej intensywnego. Poczuł się tak, jakby coś ciężkiego spadło mu na głowę. Straszliwy ból rozrywał jego czaszkę, oczy wyszły mu niemal z orbit. Niesamowite nudności sprawiały, że żołądek i jelita zaczęły mu podchodzić do gardła. Zwymiotował, tryskając daleko przed siebie treścią zmieszaną z wątrobową żółcią. Padł jak długi na podłogę, miażdżąc sobie nos. Brocząc krwią, podniósł z wielkim trudem wykrzywioną w męczarniach twarz. Wydawało mu się, że zaraz wypluje z siebie wszystkie wnętrzności. Dłonie ślizgały mu się w wymiocinach. I wtedy, jak przez mgłę, zobaczył go. Stał kilka metrów przed nim i wpatrywał się w niego, tymi swoimi wielkimi, przeogromnie smutnymi oczami. Bennett ostatkiem sił poruszył dłonią, jakby coś odpychał od siebie, jakby czegoś szukał. Zacharczał i po chwili zastygł bez ruchu, wydobywając z siebie powietrze z cichym świstem.


II


Na komisariacie był wyjątkowy ruch i tłok. Umundurowani policjanci wprowadzali i wyprowadzali skutych i wytatuowanych mężczyzn w skórzanych kurtkach, rozmaitych zbirów, alfonsów, handlarzy żywym towarem, dealerów narkotykowych itd. Przy biurku w samym kącie sali awanturowała się rudowłosa zdzira, pokazując swoje nogi w podziurawionych pończochach. Panował ogólny rwetes i z pozoru nieład. Bez przerwy rozdzwaniały się telefony, ktoś gdzieś pokrzykiwał ochrypłym głosem, płakała jakaś kobieta, zza otwartych okien z opuszczonymi do połowy białymi żaluzjami, dochodziło wycie policyjnych, samochodowych patroli. Co jakiś czas przygasało światło jarzeniówek, któraś się nie świeciła, inna z kolei nieustannie migotała.


W wydzielonym pomieszczeniu detektywa Jeffersona panował względny spokój. Na biurku pracował z cichym szmerem wentylator. Detektyw Jefferson dobiegał pięćdziesiątki. Przepracował 25 lat w wydziale zabójstw. Miał duże zakola nad czołem, po którym, mimo powiewu, spływały strużki potu. Nie miał żony ani dzieci. Był niezwykle cichym samotnikiem. Spotkania towarzyskie ograniczał tylko do tych niezbędnych, związanych z pracą. Przeglądał właśnie teczkę sprawy sprzed 70-ciu lat. Co w niej było takiego ciekawego? Oglądał uważnie czarno-białe fotografie ofiar i miejsc, w których je znaleziono. Studiował informacje, zeznania świadków, ekspertyzy biegłych sądowych itd. Była to tzw. „Sprawa Elboppa”, od nazwiska pierwszej ofiary, która zginęła w 1952 roku w Los Angeles i zaczęła tę jakże tajemniczą serię. Sprawa nie została wyjaśniona do dnia dzisiejszego, mimo że głowiły się nad nią najtęższe, śledcze umysły. Była również wielokrotnie wznawiana, gdyż wydawało się, że pojawiały się nowe fakty i okoliczności. Nic z tego. Dokonywał tego jeden sprawca, co 15 lat? – Niemożliwe. Ostatni przypadek miał miejsce w 1997 roku. Czyli mamy do czynienia z naśladowcami? – Być może. Zamordowany Joachim Elbopp, imigrant z Niemiec, przybył do USA tuż przed wybuchem II wojny światowej w wieku 48 lat. Z zawodu był aptekarzem. Nie miał żony ani dzieci, był wzorowym obywatelem. Nikt nie miał do niego żadnych zastrzeżeń. Wynajmował mały domek z dala od nerwowego i zatłoczonego centrum wielkiej aglomeracji. Żył sobie spokojnie, wykonując swój zawód. Generalnie nic ciekawego, ot zwyczajny obywatel, jakich wiele. Pewnego dnia został znaleziony martwy przez właścicielkę domku. Leżał we krwi i wymiocinach. Zanim skonał, to zdążył napisać palcem umazanym we krwi dwa słowa i trzecie, które było urwane: „On tu b…”. Przypuszczenia były takie, że pełne zdanie miało brzmieć: „On tu był”, tylko, kto taki? Najpewniej chodziło o mordercę, który był widziany przez Elboppa tuż przed śmiercią. Ekspertyzy lekarskie nie wykazały w organizmie denata żadnych znanych trucizn, narkotyków

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów