Polowanie Wigilijne
opowiadania >



medalowe. - rzekł Zbigniew.


Zbyszek jest moim bliskim kolegą. Tworzymy obaj nierozłączną parę.


Zazwyczaj wyjeżdżamy na polowania razem. Jest niskim,szczupłym,w wieku około czterdziestu pięciu lat mężczyzną. Jak na swój wiek chodzi jak motorek. Jest dobrym strzelcem i etycznym myśliwym. Ma syna,i marzeniem jego jest wprowadzić go w tajniki łowiectwa.


Szable. Mierne,takie sobie,po prostu brąz - rzekłem.


- A nie mówiłem ci,że te szable są medalowe. A ty nie wierzyłeś. ty to masz zawsze szczęście.- rzekł Zbigniew.


Faktycznie nie zdawałem sobie sprawy wtedy,trzymając szable w ręku, iż mogą by medalowe. Komisja przyznała mi brązowy medal.


Tak po prawdzie,to nie ja zasłużyłem na ten medal. To ten dzik,który życie oddał za ten brązowy krążek. Cóż znaczy ten brąz dla tego dzika. Biegi pod nim się uginają,i pada martwy,nie zdając. sobie sprawy z tego, że jest posiadaczem medalowych szabel.


Przywitałem się z innymi, i ze strażnikiem.


- Cześć Piotr. Dobrze,że jesteś. Z tobą nagonka chodzi jak trza a nie tak jak oni chcą. - rzekłem.


- Bez obaw dam sobie radę z nimi.- odpowiedział.


Strażnik w tym czasie rozdawał nagonce kamizelki sygnalizacyjne. Gdy skończył podszedł do mnie, i rzekł:


- A jak ten odyniec,którego odstrzeliłeś na siódemce.


- Brązowy medal .- rzekłem.


- To coś już znaczy.- rzekł Piotr.


Gdy już ze wszystkimi się przywitałem,kroki swe skierowałem do mocno zagłębionych w rozmowę łowczego z prezesem,.


- O czym tak zaciekle dyskutujecie.- zapytałem.


—A tak z sobą rozmawiamy.- powiedział łowczy.


Łowczy wsparłszy się na łasce powiedział:


- Opowiem ci co mi się tydzień temu wydarzyło. Wyobraź sobie stoję sobie na stanowisku,z tyłu starodrzew, z boku starodrzew,a z przodu młodnik. Słyszę strzał,potem drugi,trzeci i krzyki nagonki.


Dzik, dzik Nagle na moim polu wychodzi odyniec.


Szable z daleka bielą lśnią,a ja stoję. Skierowałem sztucer na niego.


Naprowadziłem krzyż między świece, naciskam na spust , strzał. Lecz dzik nie pada.


- Co ucieka ? - zapytałem.


- Nie,ta szafa kieruje się wprost na mnie. W ułamku sekundy zdaję sobie, sprawę,iż chce mnie staranować. Serce poczułem pod gardłem, wali jak przysłowiowy młot. Dzik coraz bliżej,i bliżej.


Szybko naprowadzam krzyż między świece. Strzelam. Dzik pada z biegów, i pada dwa metry przede mną. Oblały mnie poty. Robiło mi się raz zimno, raz gorąco. Patrzyłem na dzika, i myślałem a gdybym tak nie zdążył? Miałem i ja podobne przygody w swoim myśliwskim życiu z szarżami dzików,ale dzięki Bogu zawsze uchodziłem z życiem.


Pamiętam swojego czasu jedno polowanie. Było to bodaj, pięć lat temu. Byłem zaproszony na polowanie do kolegi w województwie Poznańskim. Mieliśmy przedostatnie pędzenie.


Rozkład był znakomity trzy dziki,cztery lisy,dwa tchórze, i dwadzieścia zajęcy.


Polowaliśmy w starym borze,który obfitował wyjątkowo w zwierzynę.


Stałem na flance ,a zaraz obok mnie stanął młody mecenas niedojrzały myśliwy.


Słońce wędrowało między konarami drzew,idąc blisko coraz bliżej ku zachodowi.


Jego złociste promienie padały na kobierzec zżółkniętych jesiennych liści.


Stałem i podziwiałem to wszystko. Nagonka ruszyła już dawno. Nagle w niespodziewanym momencie wypadł odyniec szeroki jak szafa. Stojący na nim hyb,dodawał mu grozy.


Dzik skierował się właśnie na owego mecenasa. Mecenas zmierzył, i strzelił.


Dzik nie zaznaczył strzału,choć wiedziałem,że dostał,lecz on pędził dalej fukając zajadle. Nieszczęsny nemrod strzelił drugi raz. Dzik potknął się,i padł. Po czym nagle szybko zerwał się,


i co ile sił zaszarżował. Szybko strzeliłem z przyrzutu,ale dzik był szybszy ode mnie.


Skutek był taki. Długa na 20 cm rana, z pod której wydobywały się jelita. Jęczał zaciskając zęby.


Z szarżami dzików lepiej nie żartować. Stałem wciąż z wic.prezesem, i łowczym.


Rozmawialiśmy na tematy polowań, i w ogóle o wszystkim.


Nieopodal stał stary Jastrzębski zaproszony do nagonki przez jednego z naszych kolegów z koła. Dziwnie się zachowywał,jego zachowaniem zainteresował się kolega Bogdan.


Coś mi się wydaje, że było coś pite. - rzekł.


Tamten zaśmiał się, i zachował jakby był z tego dumny. Podszedł znienacka,


i rzekł mu, coś na ucho.


- Przecież wypić można,żyje się raz. Obiecuję iż nie będę sprawiał kłopotu. Nikomu o tym proszę nie mówić.


- Zgoda - powiedział specjalnie Bogdan.


Odszedł,udając,że nic się nie stało,lecz Bogdan skierował swa kroki


do mnie,podczas gdy ja rozmawiałem z łowczym.


- Słuchajcie mamy tu jedną osobę,którą musimy wykluczyć z nagonki- powiedział Bogdan.


Łowczy zrobił taką minę, jakby nie rozumiał co do niego się mówi.


- Kto taki, i dlaczego ?-zapytał.


- Stary Jastrzębski z nagonki. -powiedział Bogdan.


Łowczy się roześmiał,i powiedział.


- A, Jastrzębski .On jak zwykle. Kiedy on nie miał wódy. Trzeba przekazać reszcie aby mieli go na oku.


- Taki już z niego człowiek,musi być na oku.- rzekłem.


Takiej osoby nie można dawać do nagonki. Alkohol na polowaniu staje się później tragedią wielkiego wymiaru. Tego można uniknąć, jeżeli wszyscy będą trzeźwi.


Nagończyk z alkoholem to jeszcze pół biedy. Ile jest takich przypadków, że myśliwy na polowaniu sobie wódeczkę pociąga.


Wystarczy wtedy,że baba będzie późnym wieczorem wracała,i takiemu człowiekowi zatruta wyobraźnia postawi nie babę,lecz dzika. Nie będzie wcale się zastanawiał strzeli natychmiast.


- Idę do tego Jastrzębskiego.- powiedział łowczy.


Jastrzębski jest odwrócony tyłem,więc nie widzi nadchodzącego znienacka łowczego. W tym czasie grzebał pod pazuchą jesionki szukając coś. Łowczy klepnął go po placach.


Co tak się Jastrzębski boisz masz kogoś na sumieniu ? - zażartował


Jastrzębski przestraszył się puścił trzymaną pod pachą jesionki ćwiartkę wódki. Zrobiło mu się głupio. Chciał coś powiedzieć ale zatkało mu w gardle. Otworzył usta,i patrzył się na leżącą butelkę wódki.


- Jastrzębski co to znaczy, popijamy ukradkiem, ale jesteście samolubni.- powiedział łowczy.


- Proszę pana,a ile mam w tej buteleczce,a tym bardziej że to jest lekarstwo.- rzekł Jastrzębski.


Łowczy się zbulwersował słysząc te słowa.


- Jakie lekarstwo już mi do chałupy,abym was dzisiaj nie oglądał.


- Ja wam wybije ta lekarstwo z głowy. Już was nie ma - krzyknął łowczy.


Jastrzębski jakby

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
kselope Linia koment
Dodany:2013-11-13 15:50:07, Ocena: 6.0
Fajnie się czyta, czekam na ciąg dalszy :)

Ocenił/a na: 6
Andrzejp Linia koment
Dodany:2015-01-31 21:15:44, Ocena: 6.0
Cudo !
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów