Mizantropia - fragment I
opowiadania >



że nie mogę odkładać wejścia do głównej sali w nieskończoność, chociażby z konieczności wydostania się z budynku. Otworzyłem zatem drzwi, przygotowując się na kontakt z najgorszym.


Pierwsze chwile wśród rozgadanego tłumu, szczególnie po krótkim wyciszeniu, można porównać do bytności dziecka z zaburzeniami sensorycznymi na pięciotysięcznym koncercie jakiejś inwazyjnej muzyki dowolnego gatunku. Zwykle neutralne bodźce zaczynają bombardować spokojnego wcześniej odbiorcę, którego organizm pada ofiarą wzmożonej wrażliwości na dotyk, dźwięk i zapachy, powodując generalne uczucie dyskomfortu. Kiedy obronny stan wycofywania się mija, następuje faza niechęci czy nawet wrogości. Spoglądałem na wystrojoną elitę ze skłonnościami do pretensjonalnych gestów, raczącą się tanim winem musującym. Tanim, bo alkohol kupiony dla trzystu osób nie może być drogi. Obserwując ich, zaczynam rozumieć, co Carl Panzram, seryjny morderca, podpalacz hobbysta oraz gwałciciel z zamiłowaniem do sodomii chciał przekazać, pisząc do stowarzyszenia próbującego odroczyć jego wyrok śmierci: "Jedyne wyrazy podziękowania, jakie wy i wam podobni kiedykolwiek otrzymacie ode mnie za swoje wysiłki, będą takie, że chciałbym, żebyście wszyscy mieli jedną szyję, na której mógłbym zacisnąć swoje palce... Nie chcę się zmieniać na lepsze. Moim jedynym życzeniem jest zmienić ludzi, którzy chcą zmienić mnie, i wierzę, że jedynym sposobem, aby zmienić ludzi na lepsze, jest zabicie ich. Moje motto to: obrabuj, zgwałć i zabij ich wszystkich!" Nie mam wprawdzie za sobą zgwałcenia przez czterech włóczęgów w wagonie pociągu towarowego po ucieczce z poprawczaka ani wychowania w dysfunkcjonalnej, patologicznej rodzinie, jak on. Nie moim udziałem była także krwawa odyseja pełna brutalnych zabójstw i homoseksualnych gwałtów, nierzadko z udziałem małoletnich, dlatego nie mogę całkowicie wczuć się w jego sytuację. Chwytam tylko ogólną ideę eksterminacji. Niezaprzeczalna logika istnieje także w sodomizowaniu ofiar, zwłaszcza mężczyzn. Carl Panzram nie był, jak się zdaje, homoseksualistą, gwałty na osobach tej samej płci miały rozładować napięcie, dać upust frustracji za doznane w życiu krzywdy oraz upokorzyć wykorzystywanych seksualnie. Nazywał to swoim prawem zadośćuczynienia. Osobiście nie odczuwam potrzeby wyładowywania się na mężczyznach w ten sposób, istnieją również bardziej wyrafinowane sposoby na upokorzenie kogoś, niemniej jednak cel Panzrama jest dla mnie klarowny, pomimo całego towarzyszącemu mu wypaczenia. Każdy czasami ma ochotę się kogoś pozbyć. On chciał się pozbyć wszystkich.


Mi zazwyczaj wystarczają zachowania pasywno-agresywne, bierny opór. Zazwyczaj. Ledwie wyszedłem z korytarza, gdy podszedł do mnie komicznie ubrany chłopak, chyba pracownik obsługi. Zarówno rękawy jego jaskrawo czerwonej marynarki jak i nogawki spodni były śmiesznie krótkie, niechybnie musiał to być najnowszy krzyk mody. Ukryty za kwadratowymi okularami z grubymi oprawkami nerwowo pocierał nieudolnie wyhodowany zarost, który sprawiał, że wyglądał jak smutne drzewo bez połowy liści.


- Proszę Pana, tu nie można palić. - zwrócił mi uwagę wątłym głosikiem, wskazując na papierosa.


Patrzyłem na niego nie odpowiadając. Młodzieniec o aparycji eunucha nie wzbudził mojego szacunku, nijak nie czułem się zobligowany do posłuchania go. Z drugiej strony, ten biedak niczym nie zasłużył sobie na złe traktowanie. Nie jego wina, że zamiast dorabiać sobie na roznoszeniu ulotek na ulicy, gdzie bez wątpienia by przepadł, wybrał ambitniejszą pracę w teatrze, gdzie przyszło mu się użerać z takimi jak ja. Kiedy rozmyślałem, w jaki sposób dobrodusznie zgaszę papierosa, spostrzegłem tkwiącą ledwie trzy kroki ode mnie elegantkę z loży. Dziwne, że najpierw ją zobaczyłem miast usłyszeć, poprzednio bowiem sprawiała wrażenie osoby sytuacyjnie głośnej. Trzymając w jednej ręce na wpół wypitą lampkę wina musującego, drugą gestykulowała żywo, chichocząc coś do męża i znajomych. Bez wahania zmniejszyłem dzielący nas dystans i z premedytacją utopiłem niedopałek w jej kieliszku. Nim zdążyła zauważyć nieprzyjazny postępek, a pracownik obsługi zareagować, znikam w gęstym tłumie, chwytając po drodze porcyjkę alkoholu.


Mój wybryk nie pozostał całkowicie niejawny. Za zuchwałe posunięcie zostałem nagrodzony uśmiechem dobrze wyglądającej, chociaż nieco demonicznie prezentującej się metalicznie rudowłosej kobiety, na oko w przedziale dwadzieścia pięć - dwadzieścia dziewięć lat, która stojąc z koleżankami przy ścianie najwyraźniej obserwowała całe zajście. Rzucił mi się w oczy jej tatuaż na przedramieniu oraz podkreślone mocnym makijażem oczy. Wydawała się zmysłowa i uwodzicielska, niemalże perwersyjna w swoim jestestwie. Zrewanżowałem się delikatnym drgnięciem ust w górę, unosząc kieliszek w geście wyimaginowanego toastu. Kobieta również podniosła swoją lampkę i wspólnie wypiliśmy odrobinę wina, nie zważając na dzielącą nas odległość. Później oboje wróciliśmy do przerwanych czynności, ona do rozmowy, ja zaś ostatecznie skierowałem swe kroki do wyjścia.


Lawirując pośród śmietanki towarzyskiej i słuchając ich gadaniny jednoznacznie stwierdzam erozję tych środowisk. Można by przypuszczać, że skoro istnieją określone kryteria warunkujące dopuszczalność do grona elit, jak na przykład inteligencja według Pareto, to niemożliwym jest, aby do notabli dołączyły losowe osoby pozbawione predyspozycji psychicznych czy innych niezbędnych przymiotów. Randomizacja jednostek przenikających do tego grona skutkuje obniżeniem jakości samej elity. Dochodzi do tego kryzys dotychczas uznawanych wartości i cnót moralnych. Dzisiejszy system aksjonormatywny jest niespójny, przez co nie wskazuje ludziom, jak mają się zachowywać i co sobą reprezentować. Wcześniej to zadanie należało do wyższych warstw społecznych. One dawały wytyczne ogółowi. Obecnie elita nawet nie potrafi określić własnej roli w społeczeństwie - czy powinna kształtować resztę czy też egzystować tylko dla siebie, odcinając się od motłochu. Zmiana pojęcia prestiżu zabiła prawdziwe autorytety, niewiele jest osób godnych naśladowania. W ich miejsce wchodzą rozmaite fałszywe wyrocznie, omnibusy jednego sezonu pogłębiając tylko ogólną degrengoladę. To te i podobne indywidua tworzą obecnie establishment. Umacnia mnie w tym przekonaniu widok obleśnego dziada, który niezupełnie dyskretnie obmacywał młodszą o bez mała dwadzieścia lat kochankę po tyłku.


Już miałem udać się do wyjścia, gdy drzwi do sali głównej otworzyły się ponownie. Wszedł On, mesjasz współczesnego teatru, symbol anarchii, wybitna osobowość twórcza, kultowo wyrazisty artysta buntownik, który z poświęcenia dla sztuki zamienił życie w performance[1], ironicznie demaskując staroświecką fasadę kultury. Momentalnie przybrano go w laur zachwytu gawiedzi nad wyreżyserowanym dziełem. Wyprostowany i dumny, niczym

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów