Historia alternatywna 2
opowiadania >




Historia alternatywna 2




Jest rok 2005 i jestem w Węgorzewie. Naprawdę tam wtedy byłam i była wiosna. Trafiłam tam do szpitala na własne życzenie. Na Węgorzewo padło, bo słyszałam, że jest tam dobre jedzenie. W momencie, kiedy zdecydowałam się na Węgorzewo nie wiedziałam, że w miasteczku jest duża jednostka wojskowa i to do tego płotem przylega do szpitala.


Mój pierwszy kontakt z Węgorzewem to było właśnie wojsko, a dokładnie kantyna w jednostce, gdzie byłam na obiedzie. Pamiętam jakąś zupę i kotlety schabowe. Wiem na pewno, że to było smaczne. I oczywiście w kantynie byli żołnierze. Pamiętam, że poszłam tam do toalety i wtedy zwróciłam uwagę na jednego żołnierza. Nie wiem, w jakiej był szarży. Oczywiście wiem, jakie są stopnie wojskowe, ale nie wiem, czy bym je wszystkie wymieniła w kolejności, a już na pewno nie znam się na belkach na mundurach.


Tego żołnierza widywałam i później, kiedy już mogłam swobodnie wychodzić ze szpitala. Zapomniałam dodać, że w szpital w Węgorzewie specjalizuje się w psychiatrii.


Przez cały czas swojego pobytu w Węgorzewie zastanawiałam się, jaki jest stosunek żołnierzy do pacjentów szpitala przecież sąsiadują ze sobą od lat. Kiedyś jedna z pacjentem mi powiedziała, że w Węgorzewie się mówi, że nie tylko pacjenci szpitala są szaleni, ale również personel, a gdzieś dalej nie wiem np. w Giżycku mówią, że szalone jest całe Węgorzewo.


Ja piszę historię alternatywną, a więc o czymś, co mogło się wydarzyć, ale wcale nie wydarzyło. Niemniej dużo z tego, co tu pisze jest prawdą i miało miejsce – zgaduj zgadula – prawda – fałsz.


W Węgorzewie przynajmniej w 2005 roku najważniejszym sklepem była Biedronka, której byłam częstą klientką. Tam przychodzili również żołnierze, ale znacznie częściej spotykałam ich na trasie między Biedronką, a szpitalem, bo innej drogi do szpitala nie było. Trzeba było przejść obok jednostki. Widywałam tam też tego, którego zobaczyłam już pierwszego dnia w kantynie, ale nie tylko tam go widywałam.


Zdarzało mi się spacerować po terenie szpitala zwłaszcza w towarzystwie jednej pani, która była chora na depresję – nic nie jadła, była chuda i całymi dniami leżała na łóżku. Nie wiem, jak, ale jakoś ze mną chodziła na te spacerki, a tuż za kuchnią szpitalną nie było żadnych szpitalnych budynków tylko płot, który graniczył z jednostką. Można było zajrzeć do nich do środka, bo tam też nie było w tym miejscu żadnego budynku i widywał go nazwijmy go Ambroży, bo to imię jakoś do niego pasuje.


Podczas tych spacerków widywałam Ambrożego coraz częściej. Widywałam go pod tym płotem jak palił papierosa. Doszło do tego, że wiedziałam, kiedy tam będzie i tak organizowałam spacerki, a ta pani wyrażała chęć spacerowania ze mną.


Któregoś dnia Ambroży zagadnął do nas ofiarowując papierosa. Obie nie paliłyśmy, ale rozmowa jakoś się rozkręciła. Potem tak się złożyło, że do mojej znajomej przyjechała rodzina z Bań Mazurskich, bo stamtąd ta pani pochodziła i poszłam na spacerek sama, a Ambroży tam był.


Powiedział, że co będziemy tak rozmawiać przez płot – może pójdziemy na miasto. Zgodziłam się i jak tak z nim szłam to doszliśmy aż pod zamek w Węgorzewie, a to spory kawałek. Jakoś tak się złożyło, że tego dnia były Dni Węgorzewa i była impreza w mieście. Było pełno różnych atrakcji dla dzieci i śpiewał jakiś zespół disco polo, a jaki? Powiedzmy Weekend.


Nie chciałam rozmawiać o tym, co mnie sprowadziło do Węgorzewa, a Ambroży nie pytał.


W Węgorzewie, co roku odbywa się wielki festiwal rockowy, tak było i tym razem, ale byłam przecież pacjentką szpitala i nie mogłam po nocy przebywać poza nim, ale muzyka była tak głośna, że było ją słychać nawet w budynku szpitalnym. Wiem, że Ambroży był na tym festiwalu, a ja zaczynałam być o niego zazdrosna, bo przecież ludzie pacjentów szpitali psychiatrycznych nazywają wariatami i jakaś dziewczyna mogła mu powiedzieć, że zadaje się z wariatką. Takie miałam myśli jak słyszałam tą muzykę.


Któregoś razu poszliśmy nad przystań w Węgorzewie. Zapytał mnie wtedy, czy wiem kim byli bracia Ejsmontowie z Węgorzewa. Nie wiedziałam. Powiedział mi że to żeglarze, którzy zginęli podczas swojego rejsu na oceanie. Ambroży powiedział żebym zwróciła uwagę na nazwę jednej z ulic w miasteczku, bo jest właśnie ich imienia.


Do Przystani przylega muzeum w Węgorzewie. Poszliśmy tam również, a Ambroży wyjął komórkę i zrobił mi zdjęcie. Powiedział, że to na pamiątkę. Pamiętam jak dziś jak stałam pod tą chatą mazurską krytą słomą, a on mnie fotografował.


W Węgorzewie jest jeszcze kościół pod wezwaniem Świętego Pawła, ale tam tylko zajrzeliśmy, bo nie można było wejść do środka, ale za to byliśmy gdzieś indziej, mianowicie w pizzerii. W tamtym okresie wybierałam sobie pizzę z krewetkami, którą tam mieli. Nigdy wcześniej, ani nigdy później takiej pizzy nie jadłam. Na zawsze będzie mi się kojarzyć z Ambrożym i Węgorzewem.


Nie tylko do mojej znajomej przyjeżdżała rodzina do mnie również, ale jakoś nie miałam odwagi im powiedzieć o Ambrożym, a on wówczas trzymał się z daleka.


Znajomość z Ambrożym skończyła się tak szybko jak się zaczęło. Wypisali mnie ze szpitala i wyjechałam.

- [1] [2] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów