Fallout, rozdział 5: Złomowo - część 1 - partia a
opowiadania >



fragmenty blaszanych, karbowanych ścian, ołowiane beczki – niektóre z ostrzegawczym radioaktywnym symbolem – opony, łańcuchy, bele drewna, stare lodówki, szafki, łóżka, meble, cegły i pustaki powiązane linami, gdzieniegdzie ułożone w niewysokie murki scalone cementem i oczywiście wszechobecne, zdezelowane, nienadające się już absolutnie do niczego poza wierną i dożywotnią służbą w roli elementów muru Złomowa wraki samochodów.


Blaine Kelly nigdy wcześniej nie widział samochodu. To znaczy, czytał o nich w bibliotece swojego domu i wiedział, że służyły niegdyś ludziom jako środki transportu. Na starych filmach robiły wrażenie, zaś teraz, cóż, Blaine żałował, że żaden z nich nie jest na chodzie. Było mu na swój sposób przykro. Gdyby tylko miał auto, mógłby objechać cały znany dziś ludziom świat w czasie śmiesznie krótkim, znaleźć hydroprocesor i po drodze do Krypty 13 zrobić sobie jeszcze krajoznawczą wycieczkę na północ nieistniejących już Stanów Zjednoczonych.


Wyśmienita dygresja, doprawdy! Koleś pilnujący tu bramy, nawet jeżeli miał kiedykolwiek zamiar wpuścić do środka, to teraz na pewno tego nie zrobi.


Oczywiście tendencje Blaine’a do niekontrolowanych i czasami nieco przydługich wtrąceń objawiały się zawsze w ten sam sposób; zatrzymywał się jak dwugłowe ciele wędrując nieobecnym wzrokiem po otaczających go elementach zewnętrznego świata, co w efekcie bardzo szybko doprowadzało do całkowitej utraty kontaktu z rzeczywistością i zagłębienia się w wizjach należących tylko i wyłącznie do niego samego.


Na szczęście świat i inni zamieszkujący go ludzie przychodzili mu w takich chwilach z pomocą i wyciągali z głębokiego transu z powrotem do świata wspólnego.


- Koleś, wchodzisz? Czy będziesz tak stał i się gapił jakbyś właśnie zobaczył ciężarówkę pełną kapsli od Nuka-Coli?


Blaine spojrzał w stronę strażnika. Wysoki, umięśniony facet o krótkich włosach, szarych oczach (ale nieco innych niż Garl, w tych nie było bowiem widać nadmiernych śladów pustki) szerokim nosie, wąskich wargach stał pod prowadzącą do pierwszej dzielnicy Złomowa bramą. Brama była niebieska, wysoka, wystawała z niej jakaś blaszana, przerdzewiała na wylot rura, a tuż obok opierała się o nią karoseria oskrobanego z lakieru samochodu. Właściwie to brama Złomowa faktycznie przypominała bramę w pełnym tego słowa znaczeniu i była nieco podobna do tunelu wyciętego w sporych rozmiarów kontenerze transportowanym przez transoceaniczne frachtowce.


Strażnik natomiast, poza tym, co już powiedzieliśmy, wyglądał na zwykłego faceta w skórzanym pancerzu z jaszczurki (takim samym jakie nosili najeźdźcy Garla). Niewątpliwie jednak nie był najeźdźcą. Na jego prawej piersi pobłyskiwała chromowana pięcioramienna gwiazda. Symbol strażników dzikiego zachodu. Kolesi, którzy swoją codzienną ciężką pracą stali na straży wszystkiego, co dobre i słuszne w każdym świecie w jakim się pojawili.


- Wchodzę – rzucił pospiesznie Blaine i już zrobił pierwszy krok, kiedy strażnik wyciągnął rękę w powstrzymującym go geście i oświadczył:


- Lepiej to schowaj – wskazał na prawą dłoń Blaine’a, w której wciąż znajdowała się MP-9-tka. – Złomowo jest przyjaznym miejscem i chcemy, aby takie pozostało.


Blaine odruchowo jak siadający pod komendą swojego pana pies, wsunął broń do kabury i zapiął skórzany zatrzask.


- Brzmi rozsądnie. Przepraszam, skołował mnie ten cały deszcz i to, co zobaczyłem tutaj na miejscu. Nigdy wcześniej nie byłem w Złomowie. Muszę przyznać, robi niezłe wrażenie!


Strażnik kiwnął głową i ewidentnie rozluźnił się, kiedy spluwa Kelly’ego znalazła się z powrotem tam, gdzie jej miejsce.


- Skąd jesteś i jak się nazywasz?


- Blaine. Blaine Kelly. Pochodzę z północy.


- Cieniste Piaski?


- Można tak powiedzieć.


- Nie dziwię się, że nigdy tu nie byłeś. Niezłe miasto, nie? W porównaniu do tego, co znajduje się tam u ciebie – machnął ręką w kierunku, z którego przybył Blaine.


Blaine nie mógł nie przyznać strażnikowi racji (swoją drogą gość nazywał się Kalnor i był naprawdę miłym facetem). Złomowo bardziej przypominało miasto. Miasto z prawdziwego zdarzenia. Otoczone solidnym murem obronnym, strzeżone przez facetów takich jak Kalnor. Zupełnie jak na dzikich zachodzie, gdzie kilku dobrze zorganizowanych strażników mogłoby bez problemu rozgromić Garla i tych jego wszystkich Chanów. Cieniste Piaski, Król Kloszardów i towarzyszący mu tamtejszy dowódca straży: Komandor Seth powinni sygnować swoimi nazwiskami i nazwą swojej wioseczki każde wydanie Podręcznika Harcerza i występować w nim za przykład typowych prowincjonalnych wieśniaków, którzy w świecie pełnym bardzo poważnych spraw i bardzo poważnych niebezpieczeństwa wciąż chcą pozostać dziećmi i bawić się w stwarzające pozory sielanki przedszkole.


- Dlaczego się śmiejesz? – spytał Kalnor z nad wyraz spokojnym wyrazem twarzy. Blaine pomyślał, że jako pilnujący głównej bramy strażnik widział już najpewniej wszystkie typy dzisiejszych wariatów.


- Nie, nic – odparł Blaine przecierając lekko załzawione oczy. – Pomyślałem o Cienistych Piaskach i o tym jak wyglądają na tle Złomowa. Nieważne – machnął ręką wciąż w bardzo dobrym humorze – Tak przy okazji, jakie jest miejscowe prawo odnośnie broni?


Kalnor skinął głową i wypiął dumnie pierś. Jak na każdego naprawdę fajnego faceta, lubił sobie trochę

Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów