Fallout, rozdział 5: Złomowo - część 1 - partia a
opowiadania >



Nie jest to dość wysoki budynek, jasne, ale facet upadł tak niefortunnie, że od razu skręcił sobie kark. Doktor Kostuch wspominał, że jedyne, co mógł w takiej sytuacji zrobić, to wpakować go w celofanowy worek i zlecić komuś wykopanie naprawdę głębokiej dziury. I niby wszystko się rozwiązało samo, ale został jeszcze ten pies przybłęda. Kiedy tylko jego poprzedni pan wyzionął ducha, przeklęte zwierzę posadziło zad na progu mojego domu i od tamtej pory nie chce się stąd ruszyć. Dziś mija piąty dzień. Mam już dosyć, bo od kiedy ten kundel tu siedzi, praktycznie codziennie pada deszcz. Jasne, mogę nocować w Noclegowni. Killian załatwił mi pokój opłacany z funduszy miejskich, ale do jasnej cholery, chcę wrócić do domu!


Kiedy Phil skończył, gdzieś nad głowami zebranych rozległ się donośny, zwiastujący zbliżającą się narowistą burzę grzmot. Blaine przez moment zastanawiał się, czy to on zdążył już zwariować po dwudziestu ośmiu dniach w świecie zewnętrznym, czy to raczej spowity żrącym atomem świat zewnętrzny dawno już utracił wszelkie zmysły.


Przedłużającą się ciszę przerwał drugi grzmot, a potem poszczekiwania bezpańskiego, nastręczającego okolicznej ludności problemów psa.


- Zrobi pan coś?


- Phil będzie bardzo wdzięczny za pozbycie się jego psiego problemu – wtrąciła strażniczka, a potem puściła zalotnie oko falując delikatnie ramionami. – Mi też byłoby to bardzo na rękę. Pięć dni tu sterczę i nic…


- Hau, hau!


- Na Boga, czego on chce?! – Phil odwrócił się w stronę psa i spoglądając nerwowo w kierunku nieba, raz jeszcze spróbował szczęścia zbliżając się do drzwi.


Naturalnie jak zawsze dotychczas i teraz rozległo się groźne powarkiwanie i biedny rolnik wymachując rękami rzucił się do odwrotu przypominając nieco zlęknionego szopa pracza, czym prędzej czmychającego na tylnych łapach.


- Dobra – stwierdził Blaine. – Trzeba coś zrobić. Mam kilka spraw do załatwienia, a tego tutaj ewidentnie nie można tak zostawić – puścił przepełnione premedytacją oko wymierzone w stronę powabnej policjantki. Ta jak gdyby delikatnie pokraśniała na twarzy i spuściła niewinnie oczy. – Nie można go po prostu ustrzelić?


- Kilian zabronił – odpowiedział Phil z automatu.


- No tak, a próbowaliście go czymś przekupić?


- Przekupić?


- Jakimś smakołykiem. Czymś dobrym. Wszystkie psy to łapczywe, przekupne żarłoki. Skoro waruje tu piąty dzień, to musi umierać z głodu.


- Może jadł, kiedy wszyscy spali? – zauważyła, słusznie zresztą, odziana w skórę z jaszczurki policjantka.


- Mam pewien pomysł – oświadczył Blaine po czym ruszył w kierunku psa.


Ku zdziwieniu wszystkich zebranych, zwierzak nie zaatakował Blaine’a. Nie ofukał go nawet, ani nie owarczał. Siedział w tej samej pozycji, co przy rozpoczęciu rozmowy i niuchał tylko namiętnie swoim czarnym, psim nosem.


Nagle jak wystrzelona z procy zielona, niedojrzała szyszka, rzucił się w stronę Kelly’ego. Phil wydał z siebie piskliwy krzyk przerażenia, zaś strażniczka Złomowa zakryła usta dłońmi i również zaczęła cienko popiskiwać.


Jak zgnieciona w serowej pułapce polna mysz.


Lecz mimo to pies nie zamierzał zrobić krzywdy Blaine’owi. Zamiast tego zdawał się wręcz niezdrowo zainteresowany zawartością jego plecaka. Raz po raz szturchał „tornister” nosem, błyskając przy tym podnieconymi oczami i oznajmiając donośnymi szczęknięciami wszem i wobec, że nie odpuści, dopóki nie dostanie tego, co znajduje się gdzieś w jego mrocznych odmętach.


- Co cię tak zainteresowało, co? Wywąchałeś coś dobrego?


Blaine przyklęknął na jednym kolanie i zsunął plecak z ramion. Kiedy rozwiązał rzemienie i zajrzał do środka, pies niemalże oszalał. Skakał, merdał ogonem i strzygł uszami jakby był jedną z tych podekscytowanych widokiem Blaine’a dwugłowych krów.


Blaine sięgnął do środka. Macał, wymacywał i przetrząsał zawartość tobołka, aż w końcu natrafił na coś, co zdawało się spoczywać na samym dnie. To coś było zawinięte w parcianą szmatę umorusaną w tłuszczu i bynajmniej nie było zbyt przyjemne w dotyku.


Chłopak skrzywił się pod wpływem obrzydliwego uczucia. Kiedy wyciągał lekko już prześmiardnięte zawiniątko na zewnątrz, jego twarz przeszył upiorny grymas. Odsunął głowę i przez moment trzymał wysuniętą rękę jak najdalej od siebie.


Pies natomiast sprawiał wrażenie, jakby lada moment miał eksplodować ze szczęścia. Siedział teraz tuż obok Blaine’a, cały napięty i gotowy do przechwycenia smakowitego kęsa, kiedy tylko nadarzy się ku temu sposobność. Pysk miał zamknięty, spojrzenie czujne, zaś z kącika ust zdawała mu się ciec malutka strużka śliskiej śliny.


- Naprawdę masz na to ochotę?


- Hau, hau, hau! – pies zaszczekał i zakręcił się trzykrotnie wokół własnej osi. Jego długi, przypominający lisią kitę ogon prężył się w podekscytowaniu.



Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów