Historie pogrzebane żywcem,Kamień
opowiadania >



Takie zwierzę widziałem po raz pierwszy w życiu albo strach wypaczył to, co oglądałem. Bestia z pyska toczyła pianę, cicho warczała. Zimny pot oblał mi plecy. „Zaatakuję” – pomyślałem. Wpatrując się w niego, jednocześnie powoli wycofywałem się w stronę chłopca.


- Spokojnie, synku! Nie ruszaj się! Wszystko będzie dobrze! - uspokajałem go.


Cofając się w jego kierunku, wypatrywałem czegoś do obrony. Znalazłem! Kamień! Powoli schyliłem się po niego. Mieścił się w sam raz w dłoni. Poczułem jego uspokajającą, twardą gładkość. „Będzie dobrze” - dodawałem sam sobie otuchy. Potem wszystko potoczyło się w ułamku sekundy.


Pies ruszył. Odwiodłem rękę z kamieniem do tyłu. Rzuciłem. W tym momencie kątem oka dostrzegłem, że Dominik wyrwał się do przodu.


- Nie! – krzyknąłem.


Nagle chłopiec znalazł się na linii pomiędzy psem a mną. Nie wiem może chciał mnie zasłonić, może chciał być blisko mnie, czułby się bezpieczniej? Zobaczyłem jak Dominik upada. Miałem wrażenie jakbym grał w filmie, który ktoś puszcza w zwolnionym tempie, a jednocześnie wszystko działo się tak szybko. Pies rzuca się na mnie, przewraca mnie. Jego zęby znalazły się tuż przy moim gardle. Wtedy pomyślałem, że jeśli chcę uratować swoje dziecko, to muszę najpierw uratować samego siebie. W ostatnim momencie złapałem go jedną ręką za obrożę, druga znalazła się w zębach bestii. Jego ślina kapała na moją twarz. Poczułem ból w ręce, a równocześnie wściekłość i… wtedy przypomniałem sobie film przyrodniczy w którym zebra broniąca się u wodopoju przed atakującym ją krokodylem, zębami chwyta go za oczy, ratując się w ten prosty i skuteczny sposób. Udało mi się wyrwać rękę z paszczy psa i wbiłem dwa palce w oczy potwora. Cicho zaskomlał. Atak stracił na intensywności. Natychmiast wolną dłonią opasałem szyję psa, ścisnąłem i przekręciłem rękę w prawo, jednocześnie nogami oplotłem jego brzuch i przekręciłem się całym ciałem w lewo. Atak psa ustał, ciało rozluźniło się. Odrzuciłem go od siebie. Zerwałem się na nogi. Chwyciłem za kamień i zacząłem nim walić w jego głowę, aż poczułem, że ją rozbiłem; byłem pewny, że nie żyje. Po czym odwróciłem głowę w stronę leżącego synka. „Moje dziecko” – zawyłem – „moje dziecko”. Podbiegłem do niego.


Dominik leżał na plecach. „ Co robić” – zadałem sobie pytanie. Przytknąłem głowę do piersi syna – wyczułem lekkie bicie serca. Żyję – szepnąłem. Palcami sprawdziłem na tętnicy szyjnej puls – jest. Z głowy spływała strużka krwi. Podarłem białą podkoszulkę i obwiązałem jego głowę. – Synku – szeptałem. – Synku – krzyknąłem głośniej. Bez odpowiedzi. Przykryłem go swetrem.


Wziąłem głęboki wdech. Wyjąłem telefon komórkowy. Wykręciłem numer ratownictwa medycznego – sto dwanaście, bo oczywiście pogotowia u nas nie było. Oszczędności. Kapitalizm. Po co?


Odezwał się głos dyspozytora:


- Słucham? Co się stało?


- Wypadek… Atak psa… Mój syn, Dominik… leży – wymówiłem te słowa z trudem..


- Proszę się uspokoić – znów odezwał się głos dyspozytora. – Pies ugryzł pańskiego syna.


- Nie! Chciałem go przed nim obronić… rzuciłem kamieniem… Dominik, to jest mój synek – znowu wziąłem głęboki wdech – znalazł się na linii…


- Jeśli dobrze zrozumiałem, pański syn został uderzony kamieniem?


- Tak!


Gdzie? – zadał pytanie.


- W głowę – odrzekłem.


- Proszę powiedzieć: gdzie pan się teraz znajduję? Proszę podać numer pańskiego telefonu?


- Jesteśmy… byliśmy na wycieczce rowerowej {tu opisałem miejsce, jak do niego dojechać}. Podałem numer telefonu.


- Dobrze. Już wysyłam zespół, ale proszę się jeszcze nie rozłączać. – Czy pański syn jest przytomny? Czy rusza się? reaguje na ból? dotyk? wezwanie? Ile ma lat?


- Nie reaguję, chyba jest nieprzytomny. Ma siedem lat.


Kolejne pytania:


- Czy oddycha, rusza mu się klatka piersiowa, brzuch?


- Tak – odpowiedziałem z nadzieją. Dzięki Bogu! Oddycha!


- Czy wyczuwalny jest puls?


- Tak! – Znów ulga.


Miałem dość już tych pytań. „Kiedy do cholery przyjadą? – zrzędziłem w duszy - Kiedy?” Starałem się jednak odpowiadać spokojnie. Wiedziałem, że krzykiem nic nie zdziałam.


- Proszę podać jeszcze tylko swoje imię i nazwisko, syna, adres domowy – ponownie odezwał się znajomy głos w słuchawce. - Ambulans już jedzie – uspokajał mnie.


Dziwne, chociaż byłem wściekły na głos w słuchawce, to jednak działał na mnie kojąco, dodawał mi otuchy, uspokajał, a jednocześnie wiedziałem, że mój syn zdany jest nie tylko na mnie, ale i fachowców. Byłem mu wdzięczny. Podałem dane o które zostałem poproszony.


- Dziękuję – odezwał się dyspozytor. – Jak już powiedziałem wcześniej ambulans jest w drodze. Rozłączył się.


- Dziękuję – powiedziałem na głos, w pustą słuchawkę.


Spojrzałem na syna. „Boże! Niech już przyjadą!” – myślałem.


Poprawiłem sweter na Dominiku. Oczy miał nadal zamknięte, ale widać było wciąż jak rusza się jego brzuch, klatka piersiowa. „Będzie dobrze – uspokajałem się. - Musi”. Co miałem jeszcze zrobić? Nie wiem. Pocałowałem jego czoło; było rozpalone. – Synku, synku – wciąż szeptałem. I wtedy przypomniałem sobie jeden szczegół: pies przecież miał obrożę. Gdzie, do cholery, jest właściciel psa? Poczułem wściekłość: Na właściciela, na Policję, polityków, którzy ustalają prawo, sądy, straż miejską, na obrońców praw zwierząt, głupotę i bezmyślność ludzi: „Mój pies nie gryzie” – często się słyszy. Byłem wreszcie zły na samego siebie.


W tym momencie z oddali doszedł mnie głos syreny ambulansu. – „Nareszcie” – odetchnąłem. Sygnał przybliżał się coraz bardziej, był głośniejszy. Wstałem i dałem im znak ręką. Wreszcie stanęli przy nas.


Wysiadło dwóch młodych ratowników.


- Gdzie poszkodowany? – zapytał jeden z nich.


- Tu! – wskazałem.


- Proszę się odsunąć i nie przeszkadzać – zakomenderowali.


Zrobiłem tak jak kazali. W końcu znali się lepiej ode mnie na udzielaniu pierwszej pomocy. Po co miałem przeszkadzać? Liczyła się przecież każda sekunda.


Odsunąłem się i stanąłem z boku. Przypomniałem sobie wreszcie tego psa. Pilnował tu razem z innym jakiejś firmy. Nie była ogrodzona, ale on i ten drugi nigdy nie opuszczali terenu, którego pilnowali. Zawsze tylko wałęsali się po obrzeżach firmy i tylko obserwowali intruzów, czy nie wchodzą na ich posesję. Kiedyś pomyślałem, że jakiś grzybiarz nie wiedząc o psach, a firma częściowo znajdowała się w lesie, nie dostrzeże tablic: teren prywatny i natknie się na psy.


Międzyczasie dochodziły mnie tylko strzępki rozmów ratowników, czasami pojedyncze słowa: masaż, sztuczne oddychanie, defibrylator…


- Spojrzałem w ich stronę. Jeden z nich wstał i podszedł w moją stronę. Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem i powiedział:


- Przykro mi.


- Co?


- Przykro mi. Pański syn nie żyję – powtórzył

- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
bobx46 Linia koment
Dodany:2013-07-23 21:44:00, Ocena: 6.0
Dziękuję za opinię.
bobx46 Linia koment
Dodany:2013-07-23 21:44:59, Ocena: 6.0
Dziękuję za opinię.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów