"Jak zostałem mężczyzną"
opowiadania >



ciągle oniemiały z wrażenia i radości na sprzęgłowym pręcie.


- Wiedziałem, że sobie poradzi ! - zakończył rodzinną dyskusję dziadek trzymając się pod boki, a ja poczułem się bardzo dumny ze swego wyczynu. Poczułem, że sobie poradzę z kolejnymi męskimi wyzwaniami. Mimo wielkich lęków i niepewności. Mimo tego, że radził sobie będę sam. Samiutki. Walcząc ze sobą i swoimi strachami.





Później już było lepiej. Wydawało mi się, że lepiej. Traktor zmienił się na nowoczesny model Ursusa C-330, do którego sprytny wujek dorobił wypasioną, oszkloną kabinę. Jako przyszły uczeń ostatniej klasy podstawówki moje umiejętności prowadzenia rolniczej maszyny zostały na tyle udoskonalone, że mogłem jeździć traktorem podczas wakacyjnych żniw.



Prace na wsi są najróżniejsze. Te najbardziej żmudne i znienawidzone przeze mnie to pielenie grządek, zbieranie truskawek, obieranie zeszłorocznych ziemniaków z młodych pędów i oczywiście ta najbardziej przykra śmierdząca robota ... Naprawdę śmierdząca. Zbieranie krowich kup z łąki, aby jak mówiła babcia, miejsce na świeżą trawę się nie marnowało.


Gdyby biedaczka wtedy wiedziała, że te wszystkie soczysto-zielone i ziejące ferią kolorów łąki zamienią się za kilkanaście lat w zielonkawo-szarą bezładną masę ugorów, pewnie załamałaby ręce i rozpłakała się wycierając kąciki oczu końcówkami zawiązanej pod brodą chustki. Chustki, która przypominała łąkę tuż przed wiosennym koszeniem. Chustkę z zielonym obrąbkiem, w piękne różnokolorowe kwiaty. Chustkę widoczna z daleka, ale zupełnie niepotrzebną, bo nie pozwalała ujrzeć w pełnej krasie jej pięknych, długich, kruczoczarnych włosów.


Wtedy tego nie wiedziała i z wrodzoną sobie pieczołowitością uczyła mnie wyskrobywać motyką z murawy krowie placki, które następnie przy pomocy szerokiej łopaty ładowaliśmy do taczek i wysypywali na podwórkowy gnojnik. Odbywało się to w towarzystwie głośno bzyczących i zezłoszczonych zielonkawych, błyszczących much, które z dezaprobatą przeszkadzały nam w pracy, starając się uniemożliwić kradzież ich tygodniowych zapasów pożywienia. Krowie placki bywały różne. Te dłużej leżące były najłatwiejsze do zebrania. Ich wysuszona struktura pozwalała na łatwe umieszczenie ich w taczkach. Z tymi, które niedawno opuściły swoje nosicielki było znacznie trudniej. Ich rzadka konsystencja powodowała, iż niewprawionemu zbieraczowi często rozlewały się na boki łopaty, opadając z głośnym plaśnięciem na trawę. Powodowało to konieczność zbierania ciemnobrązowej substancji jeszcze raz i jeszcze raz. Wszystko to przy głośnym akompaniamencie stad skrzydlatych owadów i charakterystycznym naturalno-swojskim aromacie.


Były też i prace, na które czekałem z niecierpliwością i które przynosiły mi niemałą frajdę.



Traktorowe żniwa !


Różniły się bardzo od żniw, które pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Żniw tradycyjnych. Żniw do których potrzebny był kosiarz, kosa, odbieraczka, dużo samozaparcia i oczywiście mały pomocnik do robienia powróseł. Zaczynało się często niewinnie.



- Pojedziemy do dnia we dwoje z babką i raz, dwa poodkaszamy, żeby potem łatwo było od boków wjechać traktorem - zaczynał w sierpniowy wieczór plany na kolejny dzień dziadek.


- Ja z wami pojadę ! Powrósła będę robił - krzyczałem rozentuzjazmowany już widząc perspektywę sprawdzenia się w nowej roli.


- Dasz se rade ? Nie tak prosto zrobić dobre powrósło, żeby snopek się nie rozwalił … - powątpiewał Jan Mazur, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że tym bardziej nakręca młodego napaleńca.


- Już robiłem, w zeszłym roku ! - nie dawałem za wygraną, już widząc oczami wyobraźni jutrzejszą wyprawę.


- No dobrze, dobrze, ale już maszeruj do spania - skończyła dyskusję babcia Adelajda, a mnie za chwilę śniły się udzielane zeszłoroczne nauki wykonywania opasek na snopki.


Wstać trzeba było bladym świtem. Wyjazd wyglądał dość egzotycznie. Ja na rowerze typu składak marki „Wigry-3”, Adela na znacznie lepszym, bo wyposażonym w 24-calowe koła „Jubilacie”, a senior rodu to już pełny wypas. Solidna „Ukraina” , ważąca dobre 25 kilogramów na 29-calowych kołach i z szerokim, prawdziwie skórzanym siodełku musiała i robiła wrażenie w całej wsi ! Do bagażników przymocowane mieliśmy zapasy picia, jedzenia i robocze stroje. Na siebie założone natomiast stroje wyjściowe, ponieważ przejeżdżaliśmy przez całe trzy wsie. Nie do pomyślenia byłoby, aby ktoś zobaczyłby nas w brudnych ciuchach i dopiero byłby skandal ! Dziadek z cała należną temu legendarnemu narzędziu, które „żywi i broni” czcią – miał go pieczołowicie przymocowane do ramy bicykla.


Wyglądaliśmy w ten poranny, chłodny już sierpniowy poranek jak dość egzotyczna ucieczka wyścigu pokoju. Rowery jechały gęsiego w kolejności od najmniejszego do największego. Kolarze ubrani w mało aerodynamiczne stroje w postaci: dziecięcych krótkich spodenek, długiej spódnicy oraz spodni z szerokimi nogawkami spiętymi fantazyjnie klamrami do bielizny. Zamykający stawkę cyklistów Jan, na głowie miał zawadiacko założony skórzany kaszkiet z daszkiem, a w kieszeni wesoło pobrzękiwała mu umieszczona w metalowej pochwie osełka. Poranny chłód pozwalał na energiczne naciskanie na rowerowe pedały, a brzmiący niczym fanfary głośny śpiew ptaków i resztki porannej rosy dodawały żniwiarzom sporej porcji zapału do pracy.


Niestety zapał ten był odwrotnie proporcjonalny do wysokości słońca na niebie i wzrastającej z każdą godziną temperatury. Z biegiem godzin kosiarz wolniej i z większym trudem wykonywał zamachy kosą, coraz częściej robiąc przerwy na ostrzenie kosy. Odbieraczka coraz wolniej odbierała zżęte zboże umieszczając je na przygotowanych powrósłach, zaś wnuczek mimo wkładanego w pracę wysiłku, coraz częściej utrudzony przypominał :


poprzednia

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Rinoa017 Linia koment
Dodany:2016-02-23 23:07:03, Ocena: Brak oceny
Bardzo fajna opowieść mówiąca o marzeniach w nudne dni. Dziecięca fantazja nie ma granic. Pamiętam jak dzisiaj, że, gdy sprzątałam, potrafiłam sobie wyobrażać najróżniejsze rzeczy jako mała dziewczynka. A to, że dywan był "lawą" i trzeba wszystkie misie i lalki uratować przed spaleniem i takie podobne... A Ty świetnie to opisałeś. Niestety jak zwykle pojawiło się też wiele błędów, czasem utrudniających czytanie. Ale poza tym: naprawdę warto.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów