Jego ojczyzna
opowiadania >



ich pistolet pneumatyczny i metalowa rurka. Na klatce schodowej byli bezbronni, a jeden z nich był na dodatek ciężko ranny. Nie stanowili żadnego zagrożenia. Ale po to jest prokurator, który oskarża, obrońca, który broni, a sąd wymierza sprawiedliwą karę.


I dobrze. W państwie prawa każdy powinien mieć prawo do obrony.


Zasypiając Maciek cieszył się, że pracuje w instytucji wymiaru sprawiedliwości.



ODSŁONA III. Chichot losu



Wilmański siedział na fotelu przed telewizorem. Upił łyk whisky ze szklaneczki. Zimno lodu sympatycznie kontrastowało z ciepłem alkoholu. Był z siebie zadowolony. Właśnie oglądał siebie na ekranie.


- Oczywiście, że będziemy odwoływać się od wyroku. (…) Nie, panie redaktorze. Zamordowani rzeczywiście byli włamywaczami, ale to sąd powinien ich skazać za włamanie. Nikt nie ma prawa zabijać ludzi nożem. Proszę wziąć pod uwagę, że wtedy nie byli już w mieszkaniu, do którego się włamali. Byli na klatce schodowej i nie stanowili dla nikogo zagrożenia. Co więcej sami wymagali pomocy medycznej. (…) Nie mnie to oceniać. Uważam jedynie, że nie można bezkarnie zabijać ludzi nożem, jak zrobił to Hubert R.


Wilmański nagle ocknął się. Przysnąłem, pomyślał. Rozejrzał się wokół. Na stoliku obok stała pusta szklaneczka i na wpół opróżniona butelka. Pora spać, zadecydował. Jutro ciężki dzień. Musiał trochę poprawić sobie statystykę, a ta sprawa była w sam raz. I tak już osiągnął dobry wynik. Dziesięć lat dla tego faceta! Oczywiście wolałby oskarżać tych, co się do niego włamali, ale jeśli frajer był tak głupi, żeby zaszlachtować ich na klatce schodowej to jego problem. A matka tego idioty włamywacza Janusza Grzegorczyka, Luiza? Ależ ona pieprzyła głupoty!


Wilmański ziewnął i poczłapał do sypialni na piętrze.



Był kwadrans po godzinie drugiej, kiedy przeskoczyli przez płot. Wszystko mieli zaplanowane. O tej porze mieszkańcy zawsze spali. Żeby mieć pewność, że nagle się nie obudzą, najpierw wpompują do domu gaz. Po drugie zneutralizują system alarmowy. Przygotowania zajęły dużo czasu, ale ta chałupa była tego warta. Zysk zapowiadał się duży. Naprawdę duży, a oni już od dawna nie zrobili porządnego skoku.



Wilmański obudził się z potwornym bólem głowy. Dotknął skroni. Uczucie było tak nieznośne, że zbierało mu się na wymioty. Zamknął oczy, ale wtedy zrobiło mu się gorzej. Leżał więc przez chwilę gapiąc się w sufit. Przecież nie wypiłem aż tyle, zdenerwował się. Dzisiaj mieli kupę roboty w prokuraturze z tym całym Hubertem-nożownikiem-popaprańcem. Zerknął w bok. Żona jeszcze spała. Zdziwił się i spróbował sobie przypomnieć, czy mówiła mu, że dzisiaj nie idzie do pracy. Niestety jego mózg skutecznie opierał się przed współpracą.


Nagle zadzwonił telefon komórkowy. Wilmański drgnął i niechętnie sięgnął po niego dłonią, zastanawiając się, co za gnojek dzwoni w środku nocy.


- Halo – burknął.


- Dzień dobry, panie prokuratorze. Tu Maciek.


Czego on chce po nocy, idiota?, pomyślał Wilmański.


- Przepraszam, że dzwonię – kontynuował tymczasem Maciek – ale niepokoiłem się już o pana… Cóż, spodziewaliśmy się tu pana już godzinę temu.


Wilmański gwałtownie oderwał telefon od ucha i zerknął na jego wyświetlacz. Powinien wstać już dwie i pół godziny temu. Cholera, pewnie zapomniałem ustawić budzik!, zdenerwował się. Powinienem być na czele walki o sprawiedliwość, co mam mu powiedzieć?


- Słuchaj, właśnie miałem do ciebie dzwonić – skłamał. – Pracujcie spokojnie, będę za godzinę. Żona trochę kiepsko się czuje, musiałem się nią zająć.


- Dobrze, panie prokuratorze. Proszę dzwonić, gdyby potrzebował pan pomocy.


- Jasne, dziękuję – powiedział Wilmański i zakończył połączenie. Ale dałem dupy! Przez chwilę leżał w bezruchu. Po chwili żona drgnęła i powiedziała coś przez sen, więc Wilmański postanowił wstać. Podniósł się, rozejrzał wokół i zamarł. Było to tak zaskakujące, że…


- Skurwiele! – krzyknął nadal nie wierząc w to co widzi. – Ja pier… - Odrzucił kołdrę i wstał z łóżka, pomimo łupania w czaszce.


Wszystkie szafki w sypialni były pootwierane. Szuflady leżały na podłodze, a obok nich prawie cała zawartość mebli. Okradli nas, skurwiele!, wściekł się. W przeszłości miał do czynienia z takimi sprawami, więc nie miał żadnych wątpliwości.


Szedł powoli, bo szumiało mu w głowie. Uśpili nas jakimś pieprzonym gazem. Na pewno tak było. Uśpili i okradli, stąd ten ból głowy – wszystko docierało do niego powoli. Wyszedł na korytarz. W pokoju obok zastał taki sam burdel.


- Skurwiele! – wrzasnął. Wściekłość go rozbudziła. Co za bezczelność! Okradać mnie? Mnie?! Prokuratora?! – Ja wam pokażę, gnoje – mamrotał chodząc z pokoju do pokoju. Wszędzie to samo. – Jak by nie ten gaz, to bym was na miejscu pozabijał, sukinsyny zawszone. Tak bym was tu urządził, że matki by was nie poznały, obesrańcy.


Podszedł do szafy pancernej. Na szczęście była zamknięta. Miał w niej pistolet. Gdyby nie ten cholerny gaz, to chętnie by te mendy powystrzelał na miejscu.


- Kraj bezprawia, kurwa!



ODSŁONA IV. Ofiary i oprawcy



Półtora roku wcześniej. Noc włamania do mieszkania Agaty i Huberta R.



Włamali się do ich mieszkania i zagrozili jego rodzinie. Właśnie ich przegonił, obronił rodzinę, powinien się cieszyć, może nawet czuć dumę, a jednak w tej chwili nic nie było pewne. W tej chwili czuł tylko ból i strach, bo nie mógł być pewien, czy obronił rodzinę.


Hubert chciał się podźwignąć z kuchennej podłogi. Co oni mi zrobili, że nie mogę się ruszyć? Musiał wstać. Co z Emilką? Co z Agą? Nie miał pojęcia. Boże! Napastnicy uciekli z mieszkania na klatkę schodową, ale żony i córki w ogóle nie słyszał. Opanował go strach. Co z nimi? Żyją? Co z nimi?!


- Aga – wyszeptał. Był przerażony. – Aga…


Żona milczała. Odpowiedział mu tylko Janusz dudniącym echem z klatki schodowej:


- Sukinsyn jeden. Patrz co mi zrobił… Dorwę tą jego kurwę i się z nią zabawię…


Kurwę?, rozjuszył się Hubert. Kurwę?! Moją Agę?!... Jeszcze nam grozisz, skurwielu?! Ból nagle przestał się liczyć. Sycząc z bólu podparł się o blat kuchenny i podniósł się z podłogi. Dłonią trafił na nóż do krojenia mięsa. Złapał go i wybiegł z mieszkania, nie zważając nawet na szkło, które miał w nodze.


Napastnicy byli już na półpiętrze. Szli powoli. Jeden podtrzymywał drugiego.


- Cholera, ile krwi. Na chuj nam był ten włam? – mamrotał Janusz. Krwawił z ran na głowie i twarzy od ciosów potłuczoną butelką. – Zabierz mnie stąd.


Hubert w żyłach miał czystą furię. Ludzkie emocje zostawił w mieszkaniu. „Dorwę tą jego kurwę i się z nią zabawię”, huczało mu w głowie.

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów