Literacki Einstein
opowiadania >



"Na wygłoszony w lipcu 1923 roku noblowski wykład Einsteina przybyło dwa tysiące osób, ale uczony zdawał sobie sprawę, że większość z nich stawiła się raczej po to, żeby go zobaczyć, niż wysłuchać."



Z lektury wyrwał mnie głos prezentera wiadomości. Oderwałem oczy od pierwszej strony książki, za którą miałem się wziąć już dawno. Zobaczyłem żonę bezmyślnie wpatrzoną w ekran telewizora. Niebieskawa poświata, mająca źródło w odbiorniku, spowijała ją w taki sposób, że przypominała mi mieszkankę jeziora Świteź. Zraniona nimfa uznała, że wystarczającą karą będzie ostentacyjna ignorancja względem mojej osoby. Podczas obecności małżonki, czułem się jakbym był zanurzony w lodowatej wodzie baśniowego jeziora. Musiałem uważać, aby nie powiedzieć niczego, co sprowadziło by na mnie jej gniew. Miałem poczucie, iż każdy nieodpowiedni ruch może przynieść mi zgubę. Zdrada, za którą byłem skazany na istnie chrystusowe katusze, miała podłoże, że tak powiem – intelektualne. Żona czuła się zaniedbana, ponieważ poświęcałem ostatnio cały wolny czas na przygotowania do największej konferencji, w jakiej mogłem kiedykolwiek wziąć udział.


W tym momencie winien jestem wytłumaczyć się z mojego krasomówczego stylu wypowiedzi. Jestem profesorem literaturoznawstwa. Mam fioła na punkcie książek. Nie potrafię wyrażać swoich myśli inaczej, niż w zamaszystych porównaniach do lektur, które wywarły na mnie ogromne wrażenie. Umiejętność ta jest również moją przykrą przypadłością. Do każdego ważnego wydarzenia życiowego musiałem znaleźć odpowiednik na stronach moich książek. Jeżeli stawało się to niemożliwe, wystarczał mi jeden soczysty cytat. Zdarzało się jednak, że nie byłem w stanie wybrać niczego odpowiedniego. Wtedy też, nie mogąc wytrzymać naporu nieusystematyzowanych okoliczności, pierzchłem w siną dal niczym oświeceniowy awanturnik, gdy sytuacja przyjmowała nieprzyjemny obrót. Zerwałem przez to sporo ciekawych znajomości i zrezygnowałem z wielu fantastycznych wydarzeń, które mogły doprowadzić mnie do własnego Eldorado – tak pięknie opisanego zresztą w Kandydzie. Bohater tam jednak nie mógł zbytnio długo pozostać, więc i ja, idąc drogą wytyczoną przez pióra mistrzów, nie mogłem nazbyt egzystować w tym jakże idealnym miejscu.


Książki stały się dla mnie tożsame z kompleksami autonomicznymi, o których dowiedziałem się z opasłych prac Carla Gustawa Junga. Każda pozycja brała w posiadanie moje skromne ja, które, nie mogąc się wyszarpać z mocnych objęć obwoluty, spełniało jej najdziwniejsze zachcianki.


- Coś nie pasuje – zapytała moja żona wyrywając mnie z zamyślenia.


- Nie nic – odpowiedziałem, chociaż chciałem, żeby ściszyła trochę telewizor. Wolałem nie nadwyrężać jej dobrej woli, skoro już odezwała się do mnie po prawie tygodniowym milczeniu. Czułem się trochę jak Pantofel z opowiadań Ludwika Sztyrmera – wielki mózg, lecz wciąż zależny od swojej partnerki życiowej, która często korzysta z jego pierdołowatości.


W gruncie rzeczy, nie jestem totalnym życiowym nieudacznikiem. Coś tam osiągnąłem. Tytuł profesora i seminarium na najlepszej uczelni w kraju robi wrażenie na wielu ludziach. Gdyby nie mit o Syzyfie, dawno rzuciłbym wszystko w cholerę i nie stresowałbym się jutrzejszym wystąpieniem. A może to właśnie ono będzie moją największą porażką i spadnę jak kamień ze szczytu góry…


- Idę spać – powiedziałem. Żona skwitowała to milczeniem…



Noc (wbrew wcześniejszym obawom, iż będzie bezsenna) spędziłem pogrążony w mocnym śnie. Nie pamiętam treści marzenia sennego, lecz było to coś przyjemnego. Ranek przywitałem wypoczęty. Gdy wychodziłem, żona jeszcze spała. Wsiadłem do samochodu i odpaliłem silnik – ogarnęło mnie nieznośne podniecenie, jakie towarzyszyło Lepkiemu w „Przenajświętszej Rzeczpospolitej”. Wyjeżdżając z miasta, wypłynąłem na suchy przestwór oceanu. Jechałem droga pomiędzy dwoma ogromnymi połaciami pól. Potem po obu stornach pojawił się las. Oczami fantazji zobaczyłem siebie na koniu. Słyszałem szepty drzew – to Król Olch coś chciał mi przekazać. Nim jednak zdążył coś powiedzieć, las wypuścił mnie ze swoich ramion. Teren zaczął być coraz bardziej zabudowany. W końcu minąłem zieloną tabliczkę, która oznaczała wjazd do miasta. Nieprzyjemne uczucie w brzuchu zaczęło rosnąć. Musiałem zatrzymać się w pierwszym lepszym Mc Donaldzie i skorzystać z toalety. Tak – porównanie do Lepkiego było idealne.


Na sedesie spędziłem ponad 30 minut, co okazało fatalne w skutkach. Zaczęły się godziny szczytu. Ugrzęzłem w korku, gdzieś w środku miasta. Rzeczywistość zaczęła mnie przytłaczać. Wszechobecny harmider spowodowany rozmowami, klaksonami i młotami pneumatycznymi robotników wprowadził mnie w dziwny trans. Siedziałem w samochodzie pełen braku emocji, jak pielgrzym podczas „Sztormu”. Potem wszystko zaczęło się rozłazić. Znalazłem miejsce do parkowania i wysiadłem. Obce miasto przywiodło mi na myśl schulzowski labirynt. Zacząłem biec. Nie wiedziałem właściwie dokąd mam się kierować. Nogi niosły mnie same. Wiedziałem, że gdzieś w środku tego galimatiasu znajduje się jakiś sens. Mijałem ludzi, którzy wołali coś do mnie, przebiegałem po maskach stojących samochodów, potrącałem na czerwono ubranych osobników, którzy chcieli mi wepchnąć w ręce gazety i ulotki reklamowe. Brnąłem w przód pełen dziwnej manii.


W końcu straciłem oddech. Zatrzymałem się. Następnie trzymając się za serce, zgiąłem się w pół i zwymiotowałem.


- Dzień dobry panie profesorze – usłyszałem i podniosłem głowę. Stał przede mną jakiś starszy jegomość w garniturze. Uśmiechnął się i poszedł.


- Dzień dobry – odparłem i poczułem się jakby Jan Chrzciciel zanurzył mnie w toni wstydu. Rozglądnąłem się. Stałem pod budynkiem uniwersytetu. Szybko przyjąłem dostojną postawę i ruszyłem w stronę wejścia. Gdy znalazłem się w środku, zlokalizowałem łazienkę, gdzie doprowadziłem się do porządku. Stojąc przed lustrem nałożyłem gombrowiczowską maskę i postałem jeszcze chwilę, patrząc, czy przypadkiem nie odklei się ona od mojej twarzy.


Wychodząc spojrzałem na zegarek. Konferencja zaczynała się za 10 minut. Przestudiowałem plan uniwersytetu i (może to ze stresu?) miałem wrażenie jak wtapiam się w niego niczym Józio oglądający mapę ulicy Krokodyli. Tak czy inaczej, stałem już przed wejściem do auli. Popchnąłem mosiężne drzwi i przekroczyłem próg. Zobaczyłem kilka tysięcy osób z aparatami i komórkami w ręku. Poczułem się jak Einstein w 1923 roku, ponieważ miałem wrażenie, że większość z przybyłych chciała mnie bardziej zobaczyć niż posłuchać…



- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Maryjusz70 Linia koment
Dodany:2015-11-18 09:21:27, Ocena: 5.0
W porządku. Literówki np. "po maksach samochodów" .Piszę, bo wiem z jaką niecierpliwością czeka się na pierwszą opinię :).
aniaszumiec Linia koment
Dodany:2015-11-19 20:58:18, Ocena: 5.0
aniaszumiec Linia koment
Dodany:2015-11-19 21:51:52, Ocena: 5.0
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów