Projekt "Chrystus"
opowiadania >



I



Anth nagle przejrzał i zaczął się rozglądać ostrożnie na boki. Pojawił się ni stąd, ni zowąd. Miał nieodparte wrażenie, że z jakiegoś niejasnego powodu zmaterializował się pod postacią człowieka. A może przybrał jeszcze inną, choć równie obcą formę? Stał na piaszczystej ścieżce między łanami złotych zbóż, które kołysały się na boki, nawet w nikłych powiewach wiatru. Po jednej stronie majaczyły w oddali niewysokie, porośnięte trawą wzniesienia, po drugiej – ostrzyły się na skraju smukłe topole. Z początku nie wiedział, w którą stronę ma iść, jednak po błyskawicznym namyśle zdecydował, że pójdzie w kierunku wzniesień. Spojrzał na swoje zielonkawo-szare dłonie. Przyjrzał się im bliżej. Ale to nie była jego skóra, tylko obcisły, ciśnieniowy kombinezon, podobny do tych, które są wykorzystywane przez pilotów wojskowych samolotów. Przelatujące owady trącały jego twarz. Nadal nie wiedział, kim jest. W jego umyśle kłębiły się jakieś niejasne myśli, fragmenty enigmatycznych obrazów. Ruszył powoli, niepewnie, jakby bał się, że nastąpi na zagrzebaną w piasku minę. Z czasem nabrał pewności i stawiał coraz bardziej zdecydowane kroki. Chłonął dookolną przestrzeń całym sobą, dotykał palcami kłosów, które falowały jak ocean. Niebo było jeszcze błękitne, lecz zbierały się nad horyzontem niepokojące, ciemne chmury. Powietrze było ciężkie, parne. Zbierało się na burzę. Coś się miało niebawem wydarzyć. Właśnie ocierał pot z czoła, kiedy dostrzegł nadchodzącą z naprzeciwka pochyloną postać. Okazał się nią zarośnięty starzec w zwisających, podartych łachmanach i z resztką siwych włosów na głowie. Broda sięgała mu niemal do brzucha. Mimo wybojów, ciągnął za sobą rozklekotany, blaszany wózek z leżącą w nim drewnianą trumienką bez wieka. Kiedy się mijali, starzec spojrzał na niego z grymasem absolutnego obłędu i szaleństwa. Anth nie mógł tego znieść, więc ruszył szybko przed siebie. Kątem oka zdążył jeszcze dostrzec podskakujące w trumience kości i skierowane w jego stronę oczodoły małej czaszki. Było to dziwne, takie nierealne, ale musiał iść dalej, po prostu musiał… Nie oglądał się za siebie. Szedł jak w transie, równym, żołnierskim krokiem. Kierował nim jakiś nieokreślony instynkt. Z każdą chwilą zwiększała się u niego ekscytacja przed czymś nieznanym, tajemniczym. Już niedługo, już wkrótce stanie się coś cudownego! – Pomyślał. Minęła kolejna godzina, ale nie czuł zmęczenia, wręcz przeciwnie. Dotarł do pierwszego wzniesienia. Rozciągała się za nim polana, na której było zrobione prowizoryczne boisko do piłki nożnej. Kiedy je mijał, zobaczył grających na nim czterech, kilkunastoletnich chłopców. Nie wiedział, dlaczego, ale kiedy na nich patrzył to ogarniał go strach. Kopnięta piłka zatrzymała się tuż obok niego. Przestali grać, tylko bacznie mu się przyglądali. Byli pokryci jakimiś naroślami, twarze mieli niezwykle zdeformowane. Wyglądali jak potworniejące z wolna ofiary testów nuklearnych! Pomimo upału, przeszedł mu po plecach zimny dreszcz. Kim oni są, a raczej, – czym? I skąd się tutaj wzięli na tym odludziu? A, ja? – Kim jestem, u licha? Kim był ten zarośnięty starzec? I po co wlókł ze sobą te kości? Te wszystkie pytania zaczęły go męczyć. Nie! – Wrzasnął. – Jestem już blisko…tak blisko… – Wycedził dalej przez zęby I był blisko. Tuż za niewielkim, glinianym pagórkiem, ujrzał cel swojej podróży. Wysoki na około pięć metrów ceglany mur ciągnął się niemalże w nieskończoność. Nie miało żadnego znaczenia, co się za nim kryło, ani to, jak bardzo był stary. Ostatnie metry przebiegł kilkoma, wydłużonymi susami. Stanął tuż przed nim. Musiał odnaleźć znak. Więc zaczął przyglądać się z bliska cegłom, najpierw tym, położonym najniżej. Piął się w górę coraz bardziej. A kiedy wreszcie go znalazł, oparł się o niego czołem i już całkowicie uspokojony – zamknął wolno powieki.



II



Chłopcy z boiska, którzy szli za nim krok w krok, obserwowali go z ukrycia. Starali się zachowywać jak najciszej, mimo to, słyszał wyraźnie ich szepty, lecz nie zwracał na nie uwagi. Widzieli, jak podchodzi do muru i zaczyna przyglądać mu się z bliska. Cegła po cegle. Coraz wyżej i wyżej, jakby czegoś szukał, jakby obwąchiwał każdy załom i cementowe spojenia. Wykonywał przy tym dziwne, konwulsyjne ruchy. Nagle – wyprostował się, przywarł do niego twarzą, rozkładając szeroko ręce. Wyglądał jak, Chrystus, przybity do krzyża. I w tym momencie rozbłysło w absolutnej ciszy krótkie, ale niezwykle jaskrawe, białe światło, tak jakby ktoś robił zdjęcie, używając przy tym ogromnego flesza. Zakryli oczy dłońmi, ponieważ oślepli na kilka sekund. Kiedy odzyskali wzrok, spojrzeli w stronę muru. Nie było nikogo.



III



W opancerzonym bunkrze, dwieście metrów pod głównym hangarem tajnej bazy Amerykańskich Sił Powietrznych Wright-Patterson w stanie Ohio, migoczące dotychczas zielone diody na module Q – znowu stały się jednostajnie czerwone, informując, że Przejście zostało zamknięte.



- [1] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów