Rozmowa
opowiadania >



justify;">Zbliżałem się pod umówiony adres i już z daleka dostrzegłem ogrodzony czerwonym, blaszanym murem, teren Zakładów Cieplnych, gdzie miała mieścić się Agencja Reklamowa X.


Przed wejściem odwiedziłem pobliski sklep wielobranżowy. Moja rozdygotana i skostniała masa, zasypana śniegiem i cieknąca z nosa potrzebowała zakupić paczkę chusteczek i ogarnąć się przed spotkaniem z Panią Katarzyną.


W sklepie panowało kojące ciepło, ale widok kolejki zmroził mnie jak powietrze wiejące na zewnątrz. Jedna baba za kasą, cztery baby w kolejce, stary styl kupowania i ja, numer pięć, wykrzykujący w myślach serię typowych do takiej sytuacji przekleństw.


Stanąłem w kolejce i cierpliwie czekam, czas leci jak szalony, a ruch bab w sklepie jakiś taki spowolniony. Baba za kasą powoli podaje produkty, po każdy chodzi osobno i wali puste przebiegi, bo ta jedna baba z tych czterech, mówi jej pojedynczo każdą rzecz i zastanawia się i wybiera i nie jest pewna i nie chce, potem może, potem no nie wiem. Dylematy kurwa! Wykrzyknąłem w myślach, gotując się już w tym cieple. Znów zacząłem się pocić, na zegarek zerkam i wkurwiam się, bo chcę tylko paczkę chusteczek, nic więcej, nie chce bułek, jajek i serka.


Nie wytrzymałem, wepchnąłem się w kolejkę i mówię do kasjerki tonem pewnym i cwaniackim: „Pani doliczy paczkę chusteczek, ja tej pani daję pieniądz i wychodzę”, zszokowana baba zza kasy wyciągnęła spod lady chusteczki, a baba kupująca przyjęła ode mnie monetę, wszystkie inne baby się zmarszczyły, a ja dynamicznym susem i głośnym „dziękuję, dowidzenia” opuściłem sklep dając babom temat do rozmowy przez najbliższe miesiące.


Nie, nie, tak nie zrobiłem, nie mam tej pewności siebie, żeby choć poprosić o kupno bez kolejki, boję się starych bab, zaraz na mnie napadną, a przecież nie miałbym szans w pojedynkę.


Czekałem jeszcze chwilę, ale gdy zobaczyłem jak baba za kasą zaczyna wdrapywać się po jakiś proszek na górnej półce, a potem się jej to nie udaje i musi iść po drabinkę, coś we mnie pękło i wybiegłem bez żadnego „dziękuję, dowidzenia” i bez chusteczek, oczywiście.


Miałem jeszcze jakieś 10 minut więc żwawym krokiem wszedłem na teren Zakładów cieplnych. Zatrzymał mnie stróż i w tonie poważnym zapytał „Pan, do kogo?”. Wytłumaczyłem szanownemu stróżowi o minie buca, że do Agencji Reklamowej X, a gdy zaczął tłumaczyć mi drogę, pojawiła się potrzeba szybkiego dostania się do toalety, więc przerwałem delikatnie i wypytałem o jej położenie, wskazał mi to położenie palcem i wrócił do swej kanciapy, jakiś przybity jakby myślał, że go oszukałem i przybiegłem się tu tylko wysrać w najlepsze na koszt szlachetnych związków zawodowych całych Zakładów Cieplnych.


Wpadłem do zakładowej toalety.


Była tam jedna ciasna kabina, śmierdziało, a papieru, jak na złość, była resztka. Wciąż się pociłem, a z nosa lało się jak z kranu przez te zmiany temperatur. Wypróżniłem się biegunkowo z wielkim bólem promieniującym od obitej kości ogonowej zużywając resztkę papieru, z którego zostawiłem listek na wytarcie nosa, co nie przyniosło zadowalających efektów.


Było już kilka minut po czasie, gdy wybiegłem z zakładowego kibla. Próbowałem przypomnieć sobie tłumaczenia stróża i nie zabłądzić w tym industrialnym labiryncie hal i magazynów. Dojrzałem drogowskaz na Agencję Reklamową X i za chwilę stałem przed wejściem do klocowatego, szarego budynku, w którym mieściła się owa Agencja.


Nie wszedłem od razu, próbowałem uspokoić oddech i opanować stres, z cieknącym wszędzie potem i lejącą się z nosa wodą nie dało się nic zrobić. Wszedłem do środka, a tam, przywitał mnie głuchy i nieprzyjemny korytarz o pożółkłych ścianach. Na jednej z tych pożółkłych ścian, zaraz przy schodach prowadzących na wyższe piętra, wisiała tabliczka w kształcie strzałki, na której widniał prosty komunikat „Agencja Reklamowa X, 4p, pok. 413”.


Poszedłem za wskazówką, pokonywałem piętra, które tonęły w półmroku i samotności. Takie wnętrze jak z filmów grozy, opuszczony budynek robotniczy, długie, ciemne korytarze i jarzeniówki migające gdzieś na ich trupim końcu.


W końcu, wdrapałem się na czwarte piętro i znów ujrzałem drogowskaz zawieszony na ścianie, który kazał skierować się w głąb korytarza.


Doszedłem pod drzwi z numerem 413. Agencja Reklamowa X – wszystko się zgadzało, choć inaczej wyobrażałem sobie to miejsce, gdzie rozmawiać będę z Panią Katarzyną, z Panią Kasią.


Nie wszedłem od razu, musiałem złapać oddech i wytrzeć zalane potem czoło. Podyszałem tak sobie do klamki jakieś kilkadziesiąt sekund, po czym, z udawaną pewnością siebie, zapukałem i wszedłem do środka.


Po tym wszystkim, co wydarzyło się po chwili, gdy już wracałem do domu rozmyślając nad tym, co wydarzyło się przed chwilą, pragnąłem zobaczyć swą twarz w momencie przekroczenia progu Agencji X. Jej wyraz mówił bardzo wiele i choć mimika twarzy i jej grymas mogły schować prawdziwą reakcję to oczy powiedziały wszystko z nawiązką.



Agencja Reklamowa X mieściła się w jednym pokoju z jednym oknem i dwoma biurkami, za którymi siedzieli, Pan w średnim wieku przedstawiony jako główny grafik oraz Pani Katarzyna, tak zwany, prezes spółki z ograniczoną odpowiedzialnością o nazwie XX. Byłem tak zaaferowany tym całym zdarzeniem, że nie zwróciłem uwagi na ten ciekawy entourage, cieszyłem się, że jestem, że prawie na czas i że dalej mam szanse na etat, na pracę, na pieniądze, na luksusy życia.


Pani Katarzyna nie była tą z moich wyobrażeń, nawet głos, który przez telefon wydawał się tak seksowny i młody, okazał się pospolity, a nawet irytująco skrzeczący.


Po pierwsze, Pani Katarzyna nie była młoda, po drugie, nie była ładna, a po trzecie nie była seksowną przyszłą szefową w eleganckim żakiecie, zamykającą drzwi i pochylającą się nade mną zalotnie, bym doceniał krągłość jej dojrzałych piersi. Przywitała mnie dogaszając papierosa w kryształowej popielniczce, która prosiła się o opróżnienie. Machnęła kilka razy ręką, by pozbyć się dymu lecz przegoniła go tylko w inną cześć dusznego pomieszczenia przesiąkniętego tytoniowym smrodem. Wstała, podeszła do mnie szybkim krokiem, podała mi rękę i zaprosiła bym usiadł na kanapie tkwiącej przy oknie. Taki a’la kącik do przyjmowania klientów.


Ściągnąłem mokrą kurtkę i zmrożony szalik, próbowałem uspokoić oddech i skupić się na pytaniach lecących w

- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów