Stosunek do wsi
opowiadania >



logicznym układzie nienawidzę zimy, która niestety w naszym kraju trwa o wiele za długo. Najbardziej jednak cieszył mnie fakt, iż nie musiałem wchodzić w żadną niepotrzebną i krępującą interakcję z innymi podróżującymi lub - co trochę mniej nieprzyjemne, lecz nadal uciążliwe - siedzieć naprzeciw kogokolwiek, z kim musiałbym uprawiać szermierkę na unikanie spojrzeń prosto w oczy.


Na stacji *** wysiadłem tylko ja, zapewne celem podróży reszty pasażerów było miasto docelowe na końcu linii. Szczerze mówiąc ulżyło mi na widok pustej stacji, a co za tym idzie nie musiałem wchodzić w rolę „przyjezdnego” czy „nowego”, nikt nie odnotował mojego pojawienia się w *** i będzie lepiej, gdy tak pozostanie, pomyślałem - anonimowość to fundament spokoju.


Tu tak właśnie jest, idzie się drogą, wkoło cisza, domek koło domku i jedna droga przecinająca całą wieś na dwie leniwe i zaspane połówki. Nic ciekawego, jeden sklep, jeden przystanek PKS, jeden mikro dom kultury, jedna szkoła podstawowa z boiskiem i oczywiście jeden wielki kościół, rzecz najważniejsza, jak się wydaje. Chodnik położyli. Ładny z czerwonej kostki brukowej – też jeden, ciągnący się wężem wzdłuż drogi, a na nim jeden przyjezdny, czyli ja. Zero gwaru, galerii handlowych, korków i autobusów – Zero tego wszystkiego, co miejskie i co miasto w ruch wprowadza. Idealny system zerojedynkowy a ja do tego systemu chyba bardziej pasuję, niż do miejskiego chaosu.


Jak tak spojrzeć wkoło to klimat jak z bajki, śniegu dużo nasypało i sypać nie przestaje. Po drodze do domu nie spotkałem żadnego tubylca, tylko kilka psów minęło mnie z zaciekawieniem i powarkiwaniem nie rozpoznając zapewne mojego zapachu. Nic się nie zmieniło, tylko jakieś to wszystko mniejsze, jakby *** skurczyła się ze starości. To tylko takie wrażenie, tak naprawdę, to moja wyobraźnia i postrzeganie przestrzeni skurczyło się i straciło kolory wraz z wiekiem, a może to przez zimę, bo przecież *** pamiętałem tylko z letnich wakacji, kiedy natura żyła każdą swoją cząstką, puchła od nadmiaru zieleni i dynamicznego, nieprzerwanego ruchu. Nie zachwycił mnie widok tych wszystkich zakamarków odwiedzanych w dzieciństwie, wtedy były tak bajeczne a teraz po prostu je rozpoznałem bez wzruszenia – wieś jak wieś – mówi rozum – trochę dziura – dodaje.


Gdy wchodziłem na podwórze domu, robiąc przy tym nie lada rumor z powodu zepsutego zamka i hałdy śniegu blokującej furtkę, wywołałem zaciekawienie sąsiadów mieszkających w domu naprzeciwko. Firanka uchyliła się dyskretnie, a w oknie pojawiły się dwie nieśmiało zerkające głowy. Nici z konspiracji, pomyślałem i gdy już udało mi się wejść na zapuszczone podwórze, szybko i bez dawania po sobie poznać, że zostałem zdemaskowany, wszedłem do środka.


Ten dom mógłby opowiedzieć niejedną historię, został zbudowany ponad sto lat temu, przetrwał dwie wojny, mnóstwo remontów a teraz przyszedł czas by zerwać z pokoleniową tradycją i sprzedać ten budynek kolejnej szczęśliwej rodzinie. Od śmierci rodziców nikt tu nie mieszka, brat nie może mieć dzieci, a ja ze względu na orientację seksualną, też raczej nie założę rodziny składającej się z bandy słodkich smarkaczy. Jedyne, co mogłem zrobić to doprowadzić ten pokoleniowy skansen do porządku i w ten właśnie sposób oddać mu hołd w imieniu całej naszej rodziny.


Od czego by tu zacząć, zastanawiałem się wypakowując z walizki zabrane środki czystości. Dom nie jest duży, pokoje, kuchnia, łazienka i ubikacja są na dole, w planach było zaadaptowanie strychu, ale jakoś nikt do tej pory nie zajął się ta sprawą. Zapaliłem wszystkie światła, a także uruchomiłem stare radio, by poczuć się odrobinę raźniej. Zwiedziłem kilka razy wszystkie pomieszczenia, układając w głowie plan działania, wyznaczając przy tym priorytety. Układ domu jest ciekawy, można tu łazić w kółko przechodząc wszystkie pomieszczenia, wracając na końcu do pokoju, od którego zaczęło się zwiedzanie. Pamiętam jak ganiałem się tu z bratem, latając w koło tego nieskończonego układu i ile zabawy powodował fakt, że któryś z nas obrał przeciwny kierunek biegu.


Usiadłem w kącie kuchni z kubkiem gorącej herbaty, mając już w głowie gotowy plan porządkowy. Najpierw trzeba poprać zasłony firany i wszystko to, co da się upchać do pralki, potem odkurzanie z przewietrzeniem wszystkich pomieszczeń po kolei, bo jak przez dłuższy czas dom jest opuszczony, to jego wnętrze przechodzi nieprzyjemnym kwaśnym zapachem wilgoci i starości - może tak właśnie pachnie samotność? Po tym wstępie trzeba wywalić to, co zbędne, przestarzałe i zbierające tumany kurzu. Na koniec tak zwana polerka, czyli to, co lubię najbardziej; pastowanie, pucowanie i odświeżanie powietrza łagodnym zapachem wiosny w sprayu, nadające pomieszczeniu luksusu nowości.


Wraz z ostatnim łykiem herbaty i dopięciem w głowie całego planu na ostatni guzik, rozległo się pukanie do drzwi. Zdziwiłem się, ponieważ był już wieczór, a ja raczej nikogo się nie spodziewałem, bo prócz bezpańskich psów i dwóch nieśmiałych głów wyglądających z okna naprzeciw, nikt mnie nie widział, przynajmniej tak mi się zdawało.


Zdziwiony podszedłem do okna tuż obok drzwi wejściowych, odsunąłem lekko firankę i ujrzałem starszą kobietę trzymającą wypełnioną czymś reklamówkę.



- Witam sąsiada, dobry wieczór.


- Dobry wieczór – odparłem z pytaniem w głosie, dzieląc te przytulne słowa na dwa zaniepokojone szepty.


- Usłyszałam, że ktoś do Jadźkowego domu przyjechał.



Jadźka to moja, świętej pamięci, babcia.



- Dawno tu nikogo nie było. Pomyślałam – wpadnę, przywitam się po sąsiedzku i zaniosę kilka słoiczków.


- Nie trzeba było – odparłem grzecznie i zaprosiłem starszą panią do środka, powitalnym, chyba bezwarunkowym, ruchem ciała.


Twarz tej kobiety była jakby znajoma. Pewnie kilka razy przewinęła się przez nasze podwórko w celu szybkich pogaduszek z mamą, ale ja, jako młody chłopak, jeszcze dziecko, raczej nie zwracałem uwagi na starszych sąsiadów będących tłem moich zabaw czy zainteresowań. Nasz dom, wszyscy z okolicy nazywają Jadźkowym, chyba dlatego, że moja babcia za życia była osobą bardzo społeczną, a drzwi do jej domu były zawsze otwarte - i tak zostało, Jadźkowy.


Podarowane mi marynaty w słoikach postawiłem na taborecie w przedpokoju a kobietę zaprosiłem do kuchni na filiżankę herbaty.


- Ty jesteś synem Teresy



Teresa to moja, świętej pamięci, matka.



poprzednia

- [1] [2] [3] [4] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
renua Linia koment
Dodany:2013-04-04 18:41:15, Ocena: 6.0
Przeczytałam jednym tchem.Trafność spostrzeżeń w parze z fajnym budowaniem postaci- bohater jest jakiś, zaciekawia, wzbudza sympatię. Chętnie poznałabym ciąg dalszy.

Ocenił/a na: 6
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów