Dziewica potrzebna od zaraz!
opowiadania >



handlową pogawędkę. – Jaki on cudny! – zachwyciłam się podchodząc odrobinę bliżej. Mając za plecami dżina, aż tak bardzo się nie bałam. Byłam wręcz stuprocentowo pewna, że nie pozwoli, by stała mi się krzywda.


Smok mile połechtany zarówno komplementem, jak i wyraźnie widocznym zachwytem na mojej twarzy, wstał i prężąc cielsko, zaprezentował się nam w całej okazałości.


– Mamy mało czasu – ostrzegł dżin. – Co dostaniemy za usługę?


– Ależ ty jesteś nieuprzejmy – zganiłam go łagodnie, wciąż gapiąc się z podziwem na smoka.


– Jestem praktyczny!


– Amir! – wysyczałam. – Taka okazja, a ty mnie tu popędzasz!


– Właśnie. – Smok zaprezentował całą rozpiętość skrzydeł.


– To co? Może umówicie się na kawę, piwko i plotki? – zaproponował z ironią. – Czar ukrycia będzie działał jeszcze kilka godzin. Potem przylezie tu, diabli wiedzą kto i wybuchnie niewątpliwa sensacja. A jego, albo umieszczą w zoo, albo przerobią na buty…


Oboje spojrzeliśmy na niego z wyrzutem. Ale co tu dużo mówić – miał rację.


– No dobrze. To gdzie te skarby do czyszczenia? – spytałam zrezygnowana.


I właśnie w tej chwili na polankę wpadł jakiś zreumatyzowany starzec, podkasując wysoko ciemnobrązowy habit i wymachując czymś, co w zamierzchłych czasach mogło być mieczem.


Niestety młodzieńcze lata powykrzywianych kończyn miał już dawno za sobą, więc wyłożył się na pierwszej, lepszej nierówności. Pordzewiałe żelastwo wypadło mu z ręki, a on sam najzwyczajniej w świecie zarył nosem w miękkiej trawie.


– Co to niby ma być? – spytałam z powątpiewaniem podchodząc bliżej i biorąc w dłoń tę pseudo broń.


– Miecz do pokonania bestii – wychrypiał, usiłując się podnieść.


– To?! – Rzekoma broń przy upadku dziwnie się wygięła, przypominając bardziej harpun na wieloryby, niż cokolwiek innego. – Amir, bądź dżentelmenem, pomóż panu!


Dżin bez słowa, z drwiącym uśmieszkiem na twarzy, jednym energicznym ruchem postawił go na nogi. Staruszek nieoczekiwanie wrzasnął:


– Au!… Moje krzyże! Moje lumbago!


Smok przypatrywał się wszystkiemu z nieukrywaną ciekawością. Na jego miejscu też nie czułabym strachu.


– Jam jest rycerz Zakonu Świętego Jerzego – oznajmił starzec dumnym głosem, masując obolałe plecy. – Od zamierzchłych czasów zwalczamy te bestie!


– Niemożliwe! I udało się wam jakąś zabić? – spytałam z niedowierzaniem, spoglądając na pogiętą broń.


– Niejeden raz!


– Tym??? – Powątpiewanie w moim głosie było bezkresne niczym ocean.


– No… – zakłopotał się. – Kiedyś wyglądał lepiej. Troszkę przyrdzewiał, bo żadnej z tych gadzin już od wieków nie widziano.


Spoglądałam na zmianę, to na smoka, to na trzymany miecz.


– Naprawdę chciałeś z nim walczyć TYM czymś???


Staruszek miał nieco zakłopotaną minę.


– Tradycja tego wymaga. To święta broń naszego założyciela, który sam pokonał nim kilka tych potworów.


– Pewnie młodo zginął? – spytałam w zadumie.


– I słusznie jest użyć tu czasu przeszłego. – Zniecierpliwiony nagle dżin przerwał tę miłą pogawędkę. – Mamy robotę. Zostaw tego zmumifikowanego szaleńca i chodźże już!


– Wiedziesz tą nadobną dziewoję na pożarcie? – Staruszek wybałuszył oczy ze szczerym oburzeniem.


– Akurat ten smok woli pomidory i ogórki – bezczelnie oznajmił mu dżin.


– Pomi… Co?


– Z kropelką oliwy i szczyptą soli – dodał smok.


– Nazwał mnie nadobną dziewoją! – wtrąciłam uradowana. – Może i zramolały, ale zna się na kobietach.


Amir tylko prychnął.


– Zaraz, zaraz… – Staruszek rozejrzał się czujnie dookoła. – A gdzie ta podła, sparszywiała wiedźma?


Licho mnie podkusiło.


– Niestety… – rzekłam grobowym tonem, starając się uronić choć łezkę. A niech ma biedaczek, choć jednego wroga mniej.


Ale wbrew moim oczekiwaniom, starzec złapał się za wychudłą pierś, z jego ust wydobyło się przedśmiertne rzężenie, po czym zwalił się na powrót na ziemię, niczym drewniana kłoda.


– No i widzisz, co narobiłaś? – powiedział Amir z wyrzutem w głosie.


– Myślałam, że się ucieszy! – odparłam opryskliwie. Co za czasy, nawet o wdzięczność ludzką trudno.


– Pójdę ze smokiem, a ty zajmij się zwłokami.


– On jeszcze żyje.


Podeszłam bliżej z powątpiewaniem spoglądając na sztywne ciało i zieloną twarz nieszczęśliwego delikwenta.


– To go ocuć. Ja się boję wariatów, wolę smoka.


– Godzinę temu twierdziłaś coś innego?


– Zmieniłam zdanie. Pa! – Pomachałam mu na pożegnanie i podążyłam za lekko zniecierpliwioną już bestią.


Droga nie należała do najprostszych. Zanim dotarłam do ogromnej, wydrążonej spory kawał pod powierzchnią, jamy czy też pieczary, nieźle się umęczyłam.


Zasapana, przystanęłam w końcu w przeogromnym wnętrzu. Zamiast spodziewanych ciemności, panował tu miły dla oka półmrok. Po prawej stronie widać było całą stertę czegoś, co lśniło i kusiło swym blaskiem, mimowolnie przyciągając mój wzrok.


– Witaj w moich skromnych progach – usłyszałam tuż obok aksamitny męski głos. Odwróciłam się bez słowa i zamarłam. Smoka nie było, ale za to, tuż obok stał facet, wyglądem symbolizujący odwieczne, kobiece marzenia. Z dumą trzeba przyznać, że po obcowaniu z Amirem, byłam już nieco odporna na takie czary. Ale nie do końca…


Wysoki, choć bardziej smukły niż umięśniony, o połyskującej skórze, długich białych włosach i srebrzystych oczach, niczym dobrze wypolerowane tarcze. Idealny w całości, idealny w szczegółach, a przy tym tak naładowany erotyzmem, że czułam, iż niemal otacza go, delikatną, namacalną mgiełką.


Totalnie mnie zatkało.


– Yyy… – wydobyłam z siebie tylko, gdy podszedł bliżej i szarmancko ucałował moją dłoń.


– Zwą mnie Tamis.


No! Dobrze chociaż, że nie Bronek czy Kubuś… Tego chyba bym nie przeżyła!


– Będziesz stanowiła naprawdę miłą odmianę pani!


No tak. Wiedziałam, że z tymi warzywami to jakiś kant!


– Pożresz mnie? – spytałam, desperacko rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Jaka szkoda, że Amira zostawiłam na zewnątrz. Przydałby się jak nigdy dotąd!


Ale smok, znaczy się jego ludzki odpowiednik zaczął się śmiać.


– Ależ skąd! To by była niepowetowana strata. Miałem na myśli odmianę po tych wszystkich zramolałych, zalatujących stęchlizną wiedźmach.


– Hę?! – Spojrzałam na niego podejrzliwie.


– Nie wyjaśniono ci twojej roli?


– Chyba nie do końca. Miałam podobno polerować jakieś złoto i diamenty?


– Można i tak to ująć – wymruczał, przyciągając mnie do siebie. Nie zaprotestowałam, nawet wtedy, gdy jego ręce zaczęły błądzić po moim ciele.


No nie! Kolejny napalony erotoman! W duchu już zaczęłam przeklinać dżina, ale kiedy do szczupłych dłoni dołączyły usta, moje myśli stały się jakby bardziej rozmazane i zdecydowanie mniej kategoryczne.


– Do tego jest ci potrzebna dziewica? – spytałam, jednocześnie pomagając zdjąć mu moją sukienkę. – No bo wiesz, ja nie do końca…


Spojrzał na mnie bystro, a w jego oczach zamigotało niczym nietajone pożądanie.


– Nareszcie! Nareszcie po tylu stuleciach! – krzyknął najwyraźniej uradowany i z rozpędu pocałował

- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
Kochana Linia koment
Dodany:2015-01-30 15:06:16, Ocena: 6.0
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów