Zagadka smrodliwego deszczu (bizarro)
opowiadania >



drapieżców w ludzkiej skórze na dystans. Żarli się więc tylko między sobą, a wgłębi dusz liczyli, że mężczyzna padnie w końcu, wyczerpany pracą. Gdyby na miejscu Eustachego los postawił kobietę lub dziecko, zaatakowaliby bez wahania.


Kowal harował bez odpoczynku przez dwie doby, a schemat otrzymany od Wielkiego Ciapatego wrył mu się w mózg tak głęboko, że odtworzył go w najdrobniejszych nawet szczegółach. Gdy skończył, zawołał żonę oraz dzieci, by na własne oczy zobaczyli ogromną, kunsztownie wykończoną armatę. Jej lufa była tak szeroka, że bez problemu mógłby się tam zmieścić dorodny koń.


- Dzięki niej – powiedział z dumą – odbędę podróż do nieba i poznam tajemnicze siły stojące za tym cholernym kataklizmem.


Żona przytuliła się do niego, a dzieci spojrzały nań jak na bohatera z bajek, które matka nie raz czytała im na dobranoc. W ich oczach ojciec był szlachetnym rycerzem w srebrnej zbroi, dosiadającym karego rumaka, gotowym stawić czoła największym nawet niebezpieczeństwom, by tylko ocalić najbliższych, a także cały świat od niechybnej zguby.


Eustachy nabił działo prochem, po czym poinstruował małżonkę, jak ma je odpalić. Potem wgramolił się do lufy, a zanim całkowicie zniknął w jej wnętrzu, pomachał wszystkim na pożegnanie. Kobieta przyłożyła do lontu płonący patyk, a następnie zabrała dzieci i razem z nimi uciekła do chałupy.


Potężny huk wstrząsnął okolicą. Z armaty buchnął snop ognia kilkumetrowej długości, a ziemia zadrżała. Grasującym w pobliżu, zataczającym się z głodu chłopkom popękały bębenki w uszach, a wstrząs zwalił ich z nóg. Eksplozja jeszcze wewnątrz lufy rozerwała kowala na strzępy. Wyrzucony w powietrze spopielony korpus szybował długo, znacząc trasę swego przelotu deszczem krwi i wnętrzności. W końcu ta postrzępiona, mięsista pulpa spadła w bajoro ekskrementów, wprost pod nosy gaszących pragnienie kóz. Zwierzęta natychmiast zabrały się do konsumpcji. Radosnym meczeniem oznajmiły światu, że nieznany dotąd smak pieczeni niezwykle przypadł im do gustu.


Gdyby w okolicy, w której wylądowało to, co zostało z kowala znalazł się ktoś obdarzony darem widzenia duchów, z pewnością ujrzałby opuszczającą spalone truchło duszę Eustachego. Mężczyzna, ściskając w dłoniach pozłacaną lirę, trzepocząc parą śnieżnobiałych skrzydeł, frunął ku niebu.


Chmura o barwie miedzi rozstąpiła się przed nim i wleciał na gigantyczną polanę otoczoną lasem. W jej centrum ujrzał dziwną postać. Mały, krępy ludzik machał do niego zawzięcie, więc pobiegł w jego kierunku.


- Witaj Eustachy – rzekł Karzeł. – Witaj w domu.


- Eustachy? W domu? – spytał kowal niemrawo, usiłując sobie przypomnieć, co się z nim stało i kim jest.


- Tak, mój drogi. To jest teraz twój dom.


Nagle, jak grom z jasnego nieba, umysł Eustachego poraziły obrazy z poprzedniego życia. Odrzucił lirę, złapał nieznajomego za fraki i potrząsnął nim.


- Gadaj gdzie moja żona i dzieci, ty zafajdany kurduplu, albo tak obiję ci ryło, że cię rodzona matka nie pozna!


Karzeł uwolnił się sprytnym chwytem i odepchnął kowala z siłą, o jaką ten nigdy by go nie podejrzewał.


- Szlag by trafił – mruknął. – Jesteś już trzecim w tym roku, z którego wraz z duszą nie uleciały wspomnienia. Choć za mną, a wszystko zrozumiesz. O najbliższych się nie martw, niedługo do nas dołączą.


Ruszyli wąską ścieżką i weszli pomiędzy drzewa. Eustachy z zaskoczeniem stwierdził, że zamiast owoców z gałęzi zwisają małe, słodkie kociaki. Z ciekawości zerwał jednego, a zwierzak natychmiast wtulił się w jego potężny tors, mrucząc: „mi… mi…”.


Dziwy, jakie oglądał, napawały go coraz większym zdziwieniem. Przechodzili obok gigantycznych cukierni, a Eustachy spostrzegł w pewnym momencie, że na wystawach pojawiają się wszelkie słodkości o jakich tylko pomyślał. Pokonali most przerzucony nad rzeką, w której zamiast wody płynęło whiskey, a wkroczywszy na drugi brzeg, zapadli się po kostki w bagno z czekolady i ajerkoniaku. Minęli gigantycznych rozmiarów przezroczysty budynek. W jego wnętrzu wielkie, mechaniczne ramię kładło na taśmę kupki gliny, a te, przejeżdżając przez transformator materii, zmieniały się w wywijające na rurach striptizerki.


Jednak największy szok przeżył kowal, gdy ujrzał kilkanaście wulkanów zamiast lawą, tryskających najczystszym, złocistym piwem. Wokół nich stały setki tysięcy ludzi z kuflami w dłoniach, a krople alkoholu, za sprawą jakiejś sekretnej mocy, same wpadały do naczyń. Nad tymi cudownymi gejzerami lewitowała ogromnych rozmiarów istota, tak dziwna, że na jej widok dolna szczęka Eustachego opadła i grzmotnęła w ziemię.


Stwór wyglądał, jakby został stworzony z poplątanej wełny. Tuż pod osadzonymi na długich czułkach oczami, wisiały dwie brązowe kule przypominające przerośnięte królicze bobki. Na jednej z macek siedział Wielki Ciapaty, w towarzystwie stadka swoich górskich kozłów, na drugiej stary Elmo. Obaj mrugali do Eustachego porozumiewawczo.


- Oto nasz pan – rzekł uroczyście Karzeł. – Jego mackowatość, Wielki Potwór Spaghetti. A teraz – dodał, podając mężczyźnie kufel wypełniony piwem – napij się ku jego chwale.


- Wolałbym najpierw zobaczyć żonę i dzieci – mruknął Eustachy, skonsternowany widokiem proroka.


- Wszystko w swoim czasie – Karzeł uśmiechnął się przymilnie. – Najpierw toast za nowe życie.


Kowal, z nadzieją na rychłe spotkanie rodziny, opróżnił naczynie jednym haustem i tak jak ono, jego umysł w przeciągu sekundy stał się pusty, wolny od wspomnień ze świata fizycznego. Eustachy poczuł rozlewającą się po całym duchowym ciele błogość. Członki ogarnęło przyjemne mrowienie, korpus zrobił się lekki niczym piórko. Mężczyzną zawładnęły ekstaza oraz pragnienie. Wysunął przed siebie rękę z kuflem, który natychmiast wypełnił tryskający z wulkanu złoty trunek. Wychylił jeszcze raz, a potem kolejny i kolejny.


W pewnym momencie zachciało mu się szczać. Fakt, teraz był duchem, ale i duch wypełniony strawą w postaci błogosławionego piwa musiał pozbyć się nadmiaru wyskokowej ektoplazmy. Jak strzała wystrzelona z łuku pognał przed siebie, prowadzony wewnętrznym głosem Makaronowego Stwórcy.


Za najbliższym pagórek jego oczom ukazały się rzędy wychodków, ciągnące się po sam horyzont. Przed każdym z nich stał ogonek kilkudziesięciu osób. Eustachy podbiegł do najbliższego, a po odczekaniu swojego w kolejce, nareszcie oddał się niewypowiedzianej wręcz rozkoszy opróżniania pękającego w szwach pęcherza.


Kiedy skończył, nacisnął spłuczkę. Podłoga kibla opadła, a strugi moczu poleciały w dół, mieszając się ze szczynami oraz gównami innych ludzi, po czym pod postacią cuchnącej mżawki opadły na ziemię.


Gdyby Eustachy zachował chociaż resztkę dawnej świadomości, w tym momencie zrozumiałby, że rozwiązał zagadkę smrodliwego deszczu.



Koniec




- [1] [2] [3] [4] [5] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
oleczka31 Linia koment
Dodany:2015-01-09 19:03:09, Ocena: Brak oceny
Konsekwentny jesteś...twardo siedzisz w tym śmierdzącym gatunku...
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów