Vance Legit
opowiadania >



znajdzie w towarzystwie.
Spacerował bez celu po uliczkach. Smętnie zwiesił głowę.
- Hej! - usłyszał nagle. Dziewczęcy głos. Podniósl głowę.
- Hej, ty, chłopaku. Zaczekaj.
Spojrzał ku niej. Półelfka. Miała na oko 17 lat, co w przełożeniu na wiek ludzki oznacza 13-ty rok życia. Była wdzięcznie niepełnoletnia i bezczelna.
- Jesteś sam? - nie czekając na odpowiedź powiedziala szybko: - Jestem Maira, a ty?
- Vance - spojrzal zaciekawiony. Nie gustował w dziewczynach, ale ta byla naprawdę ladna. Długie, czarne kręcone kędziory otaczały jej twarz dodając jej wieku. Zielone oczy patrzyły rezolutnie. Półelfka wysokiego rodu. Tak było od zawsze: leśny lud zamieszkiwał dwa lasy księstwa, Las Topora i Srebrny Las, a w miastach i miasteczkach mieszkały elfy i półelfy wysokiego rodu.
- To jak... - dziewczyna rozejrzała się po pustej uliczce. - Przejdziemy się? Tam niedaleko jest skwerek, możemy usiąść, pogadać... - zawiesiłą znacząco glos. Uśmiechnęła się zalotnie.
"Chce się całować." - skojarzył. W slangu młodzieżowym "pogadać" znaczyło "całować się".
- Wybacz, Maira, ale chyba nic z tego nie wyjdzie. Widzisz, ja... Nie lubię dziewczyn. - Uśmiechnął się przepraszająco.
- Acha - w jej głosie słychać było rozczarowanie. Vance był przystojny. A ekwipunek łowcy tylko przydawałmu męskości. - Szkoda. Mogło być fajnie - wzruszyła ramionami. - Ale tu w Venice nie znajdziesz takich, co nie lubią dziewczyn - jeszcze raz wzruszyła ramionami. - Chyba źle trafiłeś.
- Nie szkodzi. I tak nie szukałem. Nie szukam, jeśli o to ci chodzi. Wiesz, wolę się zakochać, czy coś w tym rodzaju...
- Rozumie się - potwierdziła kiwnięciem głowy. - No to na razie, Vance. I... powodzenia - kiwnęła mu jeszcze na pożegnanie głową i zniknęła na skwerku.
Drzewa szumiały pobłażliwie.


Od jakiegoś tygodnia panowało wokół lato. Pierwszy miesiąc lata, zwany miesiącem Sadzenia. We Flanaess lato to najdłuższy okres roku - trwało pełne 6 miesięcy. Czas przygód i awantur. Czas powalającego ciepła. Vance zrzucił jeleni kaftan, zostawił sobie jedynie kamizelę. Lniana koszula drapała mu klatkę piersiową drażniąc sutki. Chyba nigdy się nie przyzwyczai. Zaklął cicho. Potarł pierś. Czas ruszać. Jeszcze kilka baronii i odwiedzi ojca. Ale do tego czasu - praca.


Gospoda zdawała się tylko czekać. Przeszedł parę kroków i skierował wzrok ku zamkowi. Na pagórek, na którym stał otoczony murami kasztel, wspinał się rycerski poczt. Powiewały płaszcze spływając ze zbroi na zady wierzchowców. Nawet stąd można było dostrzec herb na proporcach. Ciemnoczerwony lew na czarnym tle. Stojący na dwóch łapach, zwrócony w lewo. Herb Keolandii, królestwa za południową granicą, z którego łap wyrwały się wszystkie państwa Uleku. Patrzył niechętnie. Czego jak czego, ale Keolandii nie cierpiał. Był wolnym półelfem, pomyślał o tych wszystkichj jego pobratrymcach, tam na południu. Jaki ponury żywot wiedli.
Przed gospodą stał jej właściciel, zamiatający miotłą podwórze. On również patrzył w kierunku zamku.
- Widzę, że baron będzie miał gości - zagaił Vance. - To jakieś ważne osoby?
Karczmarz splunął. - Tfu! Keolandzkie psy. Nachodzą barona od lat, zsyłają fawory i dary. Snują intrygi, knują, tam za żelaznymi wrotami. O czym, tego mi nie wiedzieć. Ale nic dobrego z tego nie wyniknie. Tfu! Keolandzkie psy. Nigdy im dość, zawsze upatrują cudzego.
- To niedobrze, dobry człowieku. To zakrawa na zdradę - Vance mruknął na poły do siebie
- Ja tam nic nie wiem - ubezpieczył się nagle gospodarz. - Jakby co, nic nie mówiłem - wszedł do środka.
- No tak - wymamrotal Vance. - No tak.
Mury zamku obojętnie zamkneły się za gośćmi.

Kończył się miesiąc. Vance jak zwykle starał się odwiedzić ojca. Powoli zmierzał do Lasu Topora. Szedł pieszo, ponieważ zwiedzić wszerz czy wzdłuż księstwo można było w ciągu paru dni. A że drogi bezpieczne, nie potrzebował konia. Swoją kolczugę nosił zwinięta w plecaku, do tego prowiant na dwa dni, hubka, krzesiwo, osełka. Tyle. Osobiste drobiazgi z dzieciństwa przechowywal u matki. Resztą się nie przejmował.
Dotarł do ściany lasu. Drzewa szumiały zachęcajaco. Wszedł wgłąb. Otoczył go miły cień i przyjemny chłód.Z każdym krokiem posuwał się pewnie i zdecydowanie, nasłuchując odgłosów lasu. Znał tu każdy kąt. Po jakiejś godzinei dotarł do znajomej ścieżki. Wkrótce znalazł się w zasięgu wzroku wystawionych wart. Opowiedział się. Powitali go jak starego znajomego. Odpowiedział na kilka pytań. Leśny lud był spolegliwy i otwarty, ale tylko dla swoich.
- Idź, ojciec pewnie na ciebie czeka - dowódca warty położył mu przyjaźnie rękę na ramieniu. Vance odwdzięczył się uśmiechem.
Po paru minutach doszedł do nadrzewnej wioski. Zbudowane na drzewach chatki, przejścia położone na grubych konarach, windy, wydrążone pnie starych drzew - to wszystko budziło w nim żywe emocje. Dodajmy do tego widok zwinnych elfów w lekkich strojach przemieszczających się to tu, to tam, z drzewa na drzewo, a wzruszenie to staje się zrozumiałe. Tu był inny świat. Zupełnie inny. Tu żyły prawdziwie wolne elfy.
Pośpieszył w kierunku drzewa ojca. Wspiął się po drabince sznurowej. Wszedł na platformę i sięgnął ręką ku wejściu. Odwinął plecionkę zasłaniającą wnętrze.
- Tato, wróciłem.
Cisza. Wszedł głębiej. Salon, sypialnia, mała kuchnia. Nikogo. Szybko zszedł na dół i udał się do sąsiadki ojca.
- Maeva, czy wiesz może gdzie znajdę ojca? - zapytał od progu.
- O, nie wiedziałam, że wróciłeś - młoda, może 60-letnia elfka o miedzianorudych włosach podniosła z zaskoczeniem brwi.
- Dosłownie przed chwilą. Słuchaj, nie mogę znaleźć ojca. Wiesz może gdzie go mogę znaleźć?
- Poszukaj przy kwaterach naziemnych. Mamy gości - powiedziała tajemniczo.
Vance udał się do centrum wioski, gdzie goszczono przybywających. Spostrzegł, że wyniesiono stoły. Grupa elfów otaczała kilku, jak się zdawało, niziołków. Już z daleka dostrzegł Sharma stojącego przed rzędem szałasów gościnnych z jakąś niziołką. Podszedł bliżej. To... z zaskoczenia prawie się potknął - przed ojcem podrygiwała z podniecenia niska istotka wzrostu metr dwadzieścia o kolorowych skrzydłach, podobnych do skrzydeł motyli. Sharm zauważył syna. Skinął mu na powitanie głową.
- Witaj, Vance. Cieszę się, że wróciłeś. Poznaj - oto Myrta.
- Jestem Myrta. Cześć - pogodny uśmiech rozjaśnil twarzyczkę skrzydlatego dziewczęcia. Vance skrzywił się. "Kolejna kokietka."
- Vance. Jesteś fairie, prawda? - postanowil z miejsca atakować.
- Półfairie. Nazywanym też półbaśniowcem, a to stąd, że
- [1] [2] [3] -
Opinie
Ocena: 1 2 3 4 5 6
Musisz być zalogować by komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów