- Podsycać zainteresowanie historią. Rozmowa z Magdaleną Zarębską

Autor: slk
Okładka publicystyki dla - Podsycać zainteresowanie historią. Rozmowa z Magdaleną Zarębską z kategorii Brak kategorii

Śląsk Górny czy Dolny? I dlaczego w ogóle Śląsk?

Przez całe życie mieszkam na Śląsku - albo na Górnym, albo na Dolnym. Czuję się związana z tym regionem, wierzę też bardzo mocno w „Małą Ojczyznę”, w to że potrzebujemy szczególnego miejsca, do którego chcemy wracać. Lubię mówić o sobie "Ślązaczka", choć tak naprawdę jestem „krojcokiem”, bo tylko moja Mama pochodzi ze Śląska. 

Swoją drogą, kiedy zaczęłam pisać Projekt Breslau wydawało mi się, że piszę całkiem nową, odrębną historię, jednak szybko się okazało, że losy Górnego i Dolnego Śląska splatają się i przenikają. Również w historii mojej rodziny - mój dziadek, który brał udział w powstaniach śląskich i walczył pod Górą Świętej Anny, został ranny i trafił do szpitala w Breslau.

Gdyby miała Pani pokazać czytelnikom najbardziej „swoje” miejsca we Wrocławiu, byłoby to na pewno…

Nadodrze – dzielnica, w której mieszkam. Do niedawna zapomniana i zaniedbana, dziś zaczyna tętnić życiem. Pojawia się coraz więcej knajpek, miejsc, do których warto pójść. Jednak ja najbardziej lubię to miejsce za spójność – ciągi przedwojennych kamienic, pięknie rzeźbione bramy, stiuki na fasadach budynków. Jest tu nawet ulica, która bardzo przypomina mi zabudowę z Katowic. Chodzę tam, kiedy zaczynam tęsknić za Górnym Śląskiem. 

Kocha Pani to miasto?

Nie znam wrocławianina, który nie wyrażałby się o swoim mieście z dumą. To bardzo wzruszające, bo wszyscy je kochamy i jesteśmy z Wrocławia dumni. Najbardziej lubię to miasto za jego mieszkańców - za ich otwartość i kreatywność, za energię, którą wnoszą. Ale irytują mnie sprawy przyziemne, najbardziej korki, brak spójnej polityki transportowej i ignorowanie mieszkańców, którzy muszą codziennie dojeżdżać do pracy samochodem, bo nie mają możliwości skorzystania z transportu zbiorowego.

Nie o dzisiejszym jednak Wrocławiu opowiada Projekt Breslau, ale o mieście, które dzisiaj wygląda inaczej, którego - przynajmniej w części - chyba już nie ma…

Śladów po dawnym Breslau zostało sporo, zwłaszcza w Śródmieściu. Kiedy zaczęłam pracować nad książką, uświadomiłam sobie, że jesteśmy tu „zanurzeni” w poniemieckiej rzeczywistości. Nie da się jej uniknąć, ten duch ciągle unosi się ponad ulicami i domami. Poza tym minęło dopiero siedemdziesiąt lat, to raptem dwa pokolenia. Okazuje się też, że każdy Dolnoślązak ma w zanadrzu historię o tym, jak jego rodzina znalazła się na Śląsku. To fascynujące wspomnienia.

Pisząc tę książkę, równocześnie czytała Pani... 

Zacznijmy od tego, że zachwyciło mnie Gimnazjum numer 13, ten budynek był najsilniejszą inspiracją. Oczywiście, musiałam wspomóc się lekturami – Encyklopedią Wrocławia, Mikrokosmosem Normana Daviesa, książką Zrozumieć miasto Agnieszki Zabłockiej-Kos. Czytałam również Obce miasto Gregora Thuma i Wypędzonego Jacka Inglota. Oglądałam też wiele zdjęć i rycin, sporo ciekawych informacji znalazłam również w Internecie.

Marek Krajewski...

Przeczytałam jedną książkę pana Marka i byłam na sztuce w Teatrze Współczesnym (na podstawie Końca świata w Breslau), ale kryminały to nie jest mój ulubiony gatunek literacki. Różnorodność książek o przedwojennym Wrocławiu pokazuje jednak, że to miasto inspiruje twórców na wiele sposobów.

Wiedziała Pani z góry, jak będzie wyglądała ta książka i po prostu realizowała Pani swój plan, czy też pozwoliła Pani, by ta historia Panią uniosła?

Wiedziałam, jak się skończy, zazwyczaj wiem, w którym kierunku podążam podczas pisania książki. Jednak praca nad Projektem Breslau wymagała ogromnego skupienia. Nie mogłam sobie pozwolić na zejście z tematu, żeby nie stracić wątków. To była raczej drobiazgowa praca dziennikarza śledczego niż swobodne poddanie się wenie.

Bohaterowie Projektu Breslau znajdują pamiętnik niemieckiego chłopca z czasów wojny. Dzieli ich przepaść czasu. A co łączy ich z Hugonem? 

Wprowadziłam postać Hugona z jednego, bardzo istotnego powodu. Dzięki uprzejmości wrocławskiego Niemieckiego Towarzystwa Kulturalno-Społecznego mogłam przeczytać wspomnienia breslauerów o przedwojennym mieście. Uderzyło mnie przede wszystkim uczucie miłości i przywiązania, dokładnie tak samo żarliwe, jakie wyróżnia współczesnych wrocławian. Wszyscy byliśmy i jesteśmy zakochani we Wrocławiu (czy w Breslau). Zależało mi na tym, żebyśmy pamiętali o tych, którzy z powodów historycznych i politycznych nie mogli tu zostać, żeby zrobić dla nich przestrzeń. Hugon jest postacią fikcyjną, natomiast pojawia się w książce Edeltraut Bartsch – jej historia jest inspirowana autentycznymi wspomnieniami młodej dziewczyny, która przeżyła oblężenie Breslau.

Szkoła, do której Pani chodziła, była równie niezwykła, jak ta, opisana w Projekcie Breslau?

Ponieważ często się przeprowadzaliśmy, chodziłam do wielu różnych szkół, ale podobny klimat miała tylko jedna – szkoła podstawowa nr 1 w Trzebnicy (obecnie mieści się tam gimnazjum). Bardzo lubiłam to miejsce. Podobnie było na Akademii Ekonomicznej, która zresztą zajmuje budynki po dawnym szpitalu. Natomiast moja pierwsze miejsce pracy znajdowało się w budynku Naczelnej Organizacji Technicznej, w którym przed wojną znajdował się Sejm Prowincji Śląskiej. Jeden z piękniejszych gmachów, w jakim zdarzyło mi się pracować. 

Projekt Breslau to książka dla młodego czytelnika, choć historia nie jest raczej ulubionym szkolnym przedmiotem większości uczniów. A już historia lokalna traktowana jest z wyjątkowym lekceważeniem…

Myślę że do fascynacji historią trzeba dorosnąć. Wielka szkoda, że naukę zaczyna się od starożytności, a tak niewiele czasu poświęca się historii współczesnej. Moim zdaniem ostatnie 200 lat to okres, który naprawdę ma na nas wpływ, bo wciąż możemy w swoim otoczeniu odnaleźć ślady dawnych wydarzeń. Dlatego tak skonstruowałam fabułę, żeby współcześni czytelnicy mogli odnaleźć we Wrocławiu miejsca, o których piszę. Starałam się też, żeby moja książka była bardziej przygodowa niż historyczna – nadmiar detali może zmęczyć każdego, nawet najbardziej wytrwałego czytelnika. 

Dolnoślązacy mają ogromną potrzebę odkrywania historii na nowo, oswajania jej, odkrywania znaczenia zapomnianych miejsc. Wierzę, że to zainteresowanie trzeba podsycać, również poprzez literaturę.

Dzieci nie przepadają za historią, za to uwielbiają poszukiwanie skarbów czy niezwykłe przygody. Pani jako swoisty „wabik” postanowiła wykorzystać wątek podróży w czasie. Ale są to podróże dość specyficzne w charakterze - nie da się ich kontrolować...

Chciałam wykorzystać element zaskoczenia - tak, żeby „normalne” korzystanie z przedsionka było również możliwe. Dzięki temu, że bohaterowie nie panują nad przedsionkiem, Czytelnik jeszcze bardziej chce się dowiedzieć, co będzie dalej – i kiedy znów ktoś się przeniesie.

A jeśli miałaby Pani taką możliwość, w który okres historii Wrocławia chciałaby się Pani przenieść?

Gdybym miała wybór, chciałabym się móc przenosić na krótką chwilę - dokładnie tak, jak w mojej książce. Jest mnóstwo wydarzeń, które chciałabym zobaczyć "na żywo", poczuć ich atmosferę. Jednak to nie jest moja historia, zresztą ja się szybko nudzę – nie chciałabym żyć ze świadomością tego, że wiem, co się niebawem stanie. O wiele bardziej interesuje mnie przyszłość, której absolutnie nie mogę przewidzieć. 

Który Wrocław wydaje się Pani ciekawszy - ten miniony czy ten obecny? Czy czegoś z dawnego Breslau brakuje Pani we współczesnym obrazie tego miasta? A może odwrotnie - zachwyca Panią obecnie coś, co w dawnym Breslau byłoby nie do pomyślenia?

Przedwojenny Wrocław był pięknym, bogatym i bardzo spójnym miastem. Możemy żałować wyburzonych po wojnie budynków lub zżymać się na nietrafione inwestycje, choćby na osiedla z wielkiej płyty czy centra handlowe w środku miasta. Myślę jednak praktycznie – każde miasto z różnych powodów ulega transformacjom, nie da się ich uniknąć. We Wrocławiu była to zmiana szczególna, bo pojawili się w nim ludzie, których sentymenty i przywiązanie do miejsca pozostały gdzieś daleko za wschodnią granicą. Rozumiem ich decyzje i próby szybkiego „oswojenia” miasta. Poza tym wiele decyzji podjęto z powodów politycznych, a w polityce nie ma miejsca na sentymenty.

Do niedawna brakowało mi wykorzystania rzek (przez Wrocław przepływa ich kilka), jednak z roku na rok powstaje coraz więcej przystani, coraz więcej budynków buduje się na nabrzeżu, a widok na wodę traktowany jest jako największy atut. Jednak za największy plus uważam przywracanie świetności przedwojennym budynkom – w ostatnim czasie np. Sąd Rejonowy przy ul. Podwale odzyskał blask oraz to, że zaczynamy być dumni również z niemieckiej przeszłości miasta.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy