CA IRA o rewolucjach bez rewolucji

Autor: eleazar
Okładka publicystyki dla CA IRA o rewolucjach bez rewolucji  z kategorii Brak kategorii

5,5 mln złotych, kilkuset statystów, największa przenośna scena dostępna na polskim rynku.
Wszystko przyprawione oświetleniem sprowadzonym z Wielkiej Brytanii i armią innej maści specjalistów; od pirotechników, po akustyków.

Szał medialny, na kanwach którego eksponowano jedno nazwisko ROGER WATERS. Członek legendarnego PinkFloyd, guru muzyczne dwóch pokoleń.
No, czasem eksponowano także Józefowicza ("Metro", studio "Buffo").


Całe widowisko opowiadało o przeróżnych walkach o wolność, o samotności, śmierci, odrodzeniu. Wszystko zaś w subtelnym kontekście Poznańskiego Czerwca.


I co wyszło?
Monstrualne widowisko, z żywymi zwierzętami, sztucznymi ogniami, szałem barw, bogactwem kreacji statystów (w sensie ubioru oczywiscie :)) i... już.


Po pierwsze, nie byłem zaskoczony, że reżyserem został Józefowicz. Wszak po tym jak stworzył "Metro" - pierwszy polski musical, na stałe wpisał się w naszą kulturę jako jedyna osoba potrafiąca robić widowiska muzyczne inne niż opery i operetki. Cynizm zamierzony-
a to głównie dlatego, że jedyne co Józefoicz zaprezentował w Ca Ira to umiejętność wydawania pieniędzy. Bo że miał ich dużo to już wspomniałem.

Gdyby obrać całe widowisko z fajerwerków, koni i dźwigu budowlanego, wyszłyby nieprzeciętne ...flaki.
Przyznam, że momentami aż nieprzyjemnie było patrzeć na ogrom rozmachu tego przedsięwzięcia, bo nic poza efekciarstwem za tym nie szło.

Wszystko opierało się na śpiewnych recytatywach, a sam Waters popisał sie tylko tym, że potrafi skomponować partyturę dla calej orkiestry, tak żeby trzymała sie kupy. Średniego polotu absolwent Akademii Muzycznej potrafiłby to samo i z równie niewyszukaną linią, Boże przebacz, melodyczną...ale to ROGER WATERS... i wszystko jasne...i 12tys. biletów sprzedane.

Siłą spektaklu miała być symbolika i jak najszerszy kontekst walki o wolność, z Rewolucją Francuską jako elementem "spajającym".
Metaforyka choreografii (80% stania, 20% chodzenia po szpanerskiej scenie w szpanerskich ciuchach), oraz symbolika scenografii - była prymitywna. Zapewne chodziło o jak najłatwiejszy odbiór, bo przecież i w górach tempo marszu nadaje najsłabszy - niemniej ta "prostota" była czasem odmóżdżajaca. Trudno było wyczuć, czy chodzi o przystępne ukazanie treści, czy po prostu było to zrobione na "odwal sie".

Jedynym urzekacym momentem była scena gdy w obliczu krzywdy ludzi, łamie się ramie krzyża Chrystusa i on sam z niego spada. I to by było na tyle za 5.5 mln zł.


Prosze o wbacznie za butę i brak skromności, ale z takimi funduszami i takimi nazwiskami nawet ja mógłbym to zrobić, kto wie czy nie lepiej.
Owacja na stojąco była efektem syndromu "szat cesarza" - wypadało być zachwyconym, zwłszacza gdy bilet kosztował 500zł.



W dzisiejszych czasach nie jest żadną sztuką zrobić SHOW kolorów i przepychu, gdy ma się pieniądze.
Dlatego nazywam bezczelnością pretendowanie takiego czegoś do miana dzieła sztuki. Także oskarżam o pozerswo i wazelinę ludzi twierdzących, że "to było wspaniałe" i "taka jest przysłość opery".

Wydaje mi się, że mam odwagę nazwać kicz kiczem, i przerostem formy nad treścią.
Jeśli nie zgadzacie się - czekam na riposty.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy