Czy teatr tańca jest monotonny? XIV Międzynarodowa Konferencja Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej w Bytomiu: 7-12 dzień

Sławomir Krempa
« powrót

Publicystyka - Obrazek

XIV Międzynarodowa Konferencja Tańca Współczesnego i Festiwal Sztuki Tanecznej powoli zmierza już ku końcowi. Warto więc podsumować najciekawsze wydarzenia, jakie miały miejsce między 7 a 12 dniem festiwalu. A jest o czym pisać.



Przede wszystkim premiery Śląskiego Teatru Tańca, które miały miejsce w 7 dniu festiwalu – w sobotę, 30 czerwca. Pierwsza z nich „Zobaczyć świat w ziarnku piasku” to mocno enigmatyczna opowieść o przemijaniu, o ciągłym przekraczaniu granicy między życiem i śmiercią. To opowieść o ludzkim życiu jako ciągu nieustannych prób wzniesienia się w górę. To opowieść o tajemnicy, o czasie, który determinuje ludzki los. To historia ludzkiego losu, w którym odbija się los wszechświata. „Zobaczyć świat w ziarnku piasku” to spektakl w dorobku Łumińskiego zaskakująco spokojny. Nie ma tu zbyt wiele dynamiki, gwałtownych ruchów, a w warstwie muzycznej – dysonansów. Ilustracja muzyczna w postaci utworów Gotan Project i Pawła Szymańskiego doskonale współgra i współtworzy atmosferę przedstawienia. Jedyną scenografię tworzą ustawione pośrodku sceny drzwi. Początkowo aktorzy sprawiają wrażenie zdezorientowanych, jakby nie wiedzieli, gdzie i dlaczego znaleźli się w danym miejscu. Nie ogarniają świata. Stopniowo jednak sekwencja ruchów staje się coraz bardziej wyrazista i harmonijna. Aktorzy stają się coraz bardziej zdecydowani w podróży, w którą zabierają widownię. Sobotnie przedstawienie Śląskiego Teatru Tańca to spektakl poruszający, bardzo poetycki i najgłębiej metaforyczny.



Ale nie można powiedzieć o nim wyłącznie słów pochwały. „Zobaczyć świat w ziarnku piasku” to bowiem równocześnie spektakl bardzo niejasny. Metafor jest tak wiele, że widz zmuszony jest, by mozolnie domyślać się jego znaczenia, aktorzy nie dają mu przesłanek do jednoznacznej interpretacji. To przedstawienie, w którym uczestniczy się z przyjemnością, ale równocześnie spektakl, wobec którego sensu człowiek pozostaje bezradny.



Inaczej „Tylko chwile”. Na scenie widzimy zaimprowizowaną plażę i 4 aktorów, którzy zdają się opalać i czerpać ogromną przyjemność z krótkich chwil odpoczynku. Idyllicznego nastroju dopełnia niemiecka, stara piosenka. Wydaje się, że znaleźliśmy się w raju. Niestety, do czasu. Do czasu, kiedy w przestrzeń tę wkrada się dramat. Nagle zmienia się muzyka, zmienia się również zachowanie aktorów. Zaczynają się kłótnie, swary, bójki. Rośnie napięcie między bohaterami opowieści, równowaga między nimi okazuje się bardzo chwiejna. Inicjatywę, władzę próbują przejąć kobiety. Bezskutecznie. Na scenie rozgrywa się dramat, który można odczytać zarówno przez pryzmat feminizmu, jak i jako metaforę, ukazującą chwiejność i niepewność szczęścia ludzkiego. Radość, szczęście jest w naszym życiu tylko chwilą. Pod powierzchnią pozorów szczęścia kłębią się, pulsują dramaty i napięcia, które w każdej chwili mogą wybuchnąć. Drugi spektakl Śląskiego Teatru Tańca okazuje się sukcesem. Jego twórcom udaje się zawrzeć przekaz w czytelnych, prostych i jasnych gestach. Równocześnie nie popadają w banał. Napięcie budowane jest doskonale i utrzymuje się aż do końcowych scen przedstawienia. To teatr tańca na światowym poziomie, nie odbiegający od najlepszych prezentowanych podczas konferencji spektakli.



O drugim spektaklu Zoe Knight, który prezentowany był w Elektrociepłowni Szombierki, niewiele można napisać. Wygląda na to, że choreografka albo mocno wierzy w to, że zawsze ma do czynienia z jasno-widzem, albo też wprost kpi z widzów, wręczając im ulotki z jasną, jednoznaczną, bardzo głęboką interpretacją, a równocześnie tworząc wszystkie spektakle w podobny sposób. O ile bowiem w „Dreaming in haiku” kazała bowiem aktorkom przez 70 minut chodzić po zaimprowizowanej scenie, wykonując kompletnie nieczytelne ruchy, to w „Death in the count of 9” nakazuje im stać w miejscu i jedynie obracać się, wykonując rękoma ruchy równie enigmatycznie. Całość w założeniu ma być opowieścią o „przejściu granicy między życiem i śmiercią oraz o śladach, które ludzie pozostawiają po sobie na tym świecie”. Przedstawienie miało nawiązywać do historii mieszkańców Pompejów, zagrzebanych pod popiołami Wezuwiusza i wykorzystywać symbolikę liczby 9. Tymczasem jedynym nawiązaniem wydaje się fragment 9 symfonii Ludviga van Beethovena, ilustrujący zwieńczenie spektaklu. Fragment, który pojawia się znikąd i tak naprawdę nie wiadomo, czemu ma służyć. Atmosferę tworzy więc muzyka i sceneria bytomskiej elektrociepłowni, sam spektakl - jedynie nuży.



Niestety, równie nieudane okazały się przedstawienia sceny alternatywnej, które miały miejsce 1 lipca. Austriacko-polska grupa Maria Magdalena stworzyła spektakl wyjątkowo obrzydliwy. Miał być on opowieścią o dziewczęcej przyjaźni, okazał się jedynie ciągiem epatowania nagością drugiego gatunku. Z kolei w przypadku przedstawienia Georga Blaschke zawiodła organizacja – mimo prowadzenia zapisów na spektakl, uczestniczyło w nim zbyt wiele osób, stąd też wielu widzów nie mogło zobaczyć absolutnie nic. W tym i piszący ten tekst.



Lepiej było na scenie głównej. Przedstawienie David Dorfman Dance z początku nie zapowiadało się zbyt interesująco. W pierwszych scenach sam reżyser gorączkowo miotał się po scenie, próbując usilnie zwrócić na siebie uwagę widowni. Dopiero, gdy pojawiła się reszta zespołu, rozpoczęła się właściwa część spektaklu. Warstwa ruchowa opowiadać miała o rewolucji, o wojnie, jaką każdy z nas toczy w życiu, o gwałtownych przemianach, jakim podlega świat. O wielkich ideach i o ofiarach rewolucji. Gwałtowne, dynamiczne układy, gra świateł i doskonale dobrana muzyka doskonale uzupełniały całość. Jednak właściwy sens przedstawienia ujawniły dopiero pytania, zadawane przez aktorów i wygłaszane przez nich kwestie. „Underground” ma być więc przedstawieniem antyrewolucyjnym. Ujawnia bolesną prawdę, że żadna idea nie jest warta ofiar. Że cel nie uświęca środków. Na szczęście, choreograf uciekł od wątków politycznych i dzięki temu jego spektakl mógł zachwycać niezależnie od ideologii wyznawanej przez widza. Choć niektórzy starali się wykorzystać jego przesłanie do ataków na rządy George’a Busha lub też do snucia refleksji o „panującej w Polsce dyktaturze skrajnej prawicy”.



Z kolei Alonzo King’s Lines Ballet zaproponował powrót do baletowych korzeni teatru tańca. Amerykański zespół zaprezentował dwa przedstawienia: „Migrację” oraz „Moroccan Project”. „Migracja” mogłaby swobodnie nosić podtytuł „Sceny z życia ptaków”. To wieloznaczna, symboliczna historia opowiadająca o podobieństwach między życiem ptaków a egzystencją ludzkiej duszy. Klasyczne techniki baletowe oraz doskonała technika tancerzy wzbudziły zachwyt widowni. Tyle, że – podobnie jak w przypadku „Zobaczyć świat w ziarnku piasku” było to przedstawienie właściwie nieczytelne. Bo „Migracja” to spektakl tak wieloznaczny, że aż – wydaje się – nie posiadający jedynej zamierzonej interpretacji. Poza interpretacją najbardziej dosłowną – ilustracją migracji ptaków.



Zdecydowanie gorzej było w przypadku „Moroccan Project” Tancerze grupy postanowili tańczyć do muzyki inspirowanej tradycyjnymi melodiami z Afryki i piosenkami berberskimi z terenu gór Atlas. Ich


poprzednia
- [1] [2] -


Zobacz też:

Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów