Elegant, prawnik, poeta. Jan Brzechwa

Autor: Beata Bednarz
Okładka publicystyki dla Elegant, prawnik, poeta. Jan Brzechwa z kategorii Brak kategorii

Opierzona część strzały

 

Jan Brzechwa pochodził z rodziny, na którą narzekał, gdyż należeli do niej: Sami artyści i ani jednego lichwiarza, od którego by można pożyczyć trochę pieniędzy! Lesmanowie byli rodziną od dwóch pokoleń całkowicie spolszczoną. Ojciec poety, Aleksander Lesman, podobnie jak brat, odszedł od judaizmu i przyjął wiarę ewangelicką. Pracował jako naczelnik w carskiej kolei. W 1892 roku przyjechał do Polski, aby rozejrzeć się za nową towarzyszką życia. Poznał wtedy nauczycielkę francuskiego, Michalinę Lewicką, niemłodą już pannę, ale inteligentną i dowcipną. Zgodziła się ona zostać jego żoną i wyjechać do Imperium Rosyjskiego. Parę lat później urodziła im się córka, Halina, a w 1898 roku w Żmerynce na Podolu przychodzi na świat syn, Jan Wiktor Lesman. Rodzeństwo uwielbiało ojca, który był posiadaczem olbrzymiej biblioteki, świetnym historykiem i matematykiem, a zarazem mądrym, cierpliwym i dowcipnym człowiekiem. Matka zaś była surowa i zasadnicza. Kiedy któregoś dnia Janek obciął z palta naczelnika guzik, którego brakowało mu do jego kolekcji, matka postanowiła go ukarać i zamknąć samego w ciemnym pokoju. Nie chcąc podważać autorytetu matki, ojciec nie dyskutował z żoną, ale odsiedział razem z synem tę karę. Z racji wykonywanego przez niego zawodu, często się przeprowadzali. W 1905 roku sześcioletni Jan był w Petersburgu naocznym świadkiem dramatycznych wydarzeń, które w historii Rosji zostały zapamiętane jako „krwawa niedziela” i stały się bezpośrednią przyczyną wybuchu rewolucji. W jej wyniku ojciec stracił pracę, co zapoczątkowało trudny, naznaczony biedą okres w życiu rodzinnym. Rodzice próbowali szukać szczęścia w Kijowie, ale z marnym skutkiem. W kijowskim domu zdecydowanie im się nie przelewało. Przyszły poeta zapamięta, jak codziennie na obiad jadł kotlety mielone i marchewkę, której nienawidził. Ta awersja pozostanie mu do końca życia.

W latach 1907-1913 Jan uczył się w gimnazjum w Kijowie. Doskonale znał historię Rosji, czym wzbudził ogromny podziw u rosyjskich członków komisji egzaminacyjnej, którzy w trakcie egzaminu do kolejnej klasy pochwalili go, że tak świetnie zna historię ojczyzny. Ku ogromnemu zdziwieniu nastolatek odparł, że to nie jest historia jego ojczyzny, gdyż jest Polakiem. Taka deklaracja była wtedy odważnym aktem i mogła się dla chłopca skończyć bardzo dramatycznie.

Egzamin dojrzałości zdał nasz bohater w 1916 roku w Petersburgu, gdzie pozostawał pod opieką siostry Haliny Koreckiej i jej męża, co na początku pobytu wiązało się z zabawną sytuacją. Siostra znalazła mu bowiem nieświadomie pokoik „przy rodzinie”, który okazał się częścią... domu publicznego! Przez całą noc do gimnazjalisty dobijali się wiadomi klienci, aż musiał zabarykadować się meblami. W Petersburgu zadebiutował jako poeta. Za namową kuzyna, starszego o ponad dwadzieścia lat Bolesława Leśmiana, podpisywał je jako Jan Brzechwa. - Pomyśl - przekonywał krewniaka - jakie to piękne: opierzona część strzały.

 

Po maturze Jan przeżywał dylematy, gdyż nie bardzo wiedział jeszcze, co chce w życiu robić. Zdecydował się na studia medyczne, które rozpoczął w Kazaniu, jednak szybko z nich zrezygnował i przeniósł się na polonistykę. I ten kierunek ostatecznie porzucił, bowiem rodzice postanowili wyjechać do Warszawy, co nastąpiło w przełomowym dla Polski momencie, w 1918 roku.

 

Marnym byłem żołnierzem

W stolicy Lesman zapisze się na prawo, weźmie udział w rozbrajaniu Niemców, o czym będzie potem opowiadał z dumą, i podejmie współpracę z kabaretami, która będzie trwać przez cały okres międzywojenny. Student Jan Wiktor Lesman wstąpił ochotniczo do elitarnego 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej. Świeżo upieczeni rekruci nie mieli mundurów, a jeden z sierżantów dodatkowo naigrywał się ze studentów. Instruktorzy uczyli rozkładania i czyszczenia broni, ale strzelania już nie zdążyli nauczyć rekrutów. W wojsku Jan popełniał więc różne gafy, raz mniejszego, raz większego kalibru. Pełniąc którejś nocy wartę, zapomniał jak brzmi hasło, które mieli podawać oficerowie zmierzający do Belwederu. Był to kolejny epizod potwierdzający opinię samego Brzechwy, że nie nadawał się do służby w armii. Ze swym pułkiem brał udział w kampanii lwowskiej i kijowskiej. Podczas niej zachorował na hiszpankę i trafił do armijnego szpitala, a po wyleczeniu służył nawet jako… medyk, choć miał za sobą tylko kilka miesięcy studiów medycznych. Po awansie do stopnia sierżanta sztabowego uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej, za co w końcu lat dwudziestych został odznaczony Medalem Niepodległości. Ten żołnierski epizod pozostawił w życiu i twórczości Brzechwy niezatarty ślad w postaci fascynacji osobą Józefa Piłsudskiego, któremu przesłał debiutancki tom liryków Oblicza zmyślone, a w 1938 roku jako wyraz pośmiertnego hołdu dla Naczelnika ukazał się zbiorek tomik Imię wielkości, zawierający dziesięć wierszy o Piłsudskim. Tych utworów Brzechwa nie wyparł się nigdy, nawet w okresie stalinizmu. Wojskowe perypetie wykorzystywał jako jeden z wątków skeczy kabaretowych. Na ich kanwie stworzył cykl monologów Rozważania kaprala Piętki. W jednym z wierszy napisał jednak: marnym byłem żołnierzem.

 

Ten Brzechwa! Dyrektor, mecenas i poeta

Latem 1920 roku sierżant Brzechwa przyjechał do stolicy jako kurier. W pociągu czytał otrzymaną od Leśmiana odbitkę korektorską jego nowego tomiku Łąka. W czasie misji spotkał Tuwima, któremu pokazał ów zbiorek, po czym aż do odjazdu pociągu musiał wysłuchiwać jego zachwytów nad wierszami swojego kuzyna. Po demobilizacji podjął studia prawnicze, które były bardzo trafną decyzją, gdyż okazał się równie zdolnym prawnikiem, jak i literatem.

W tym okresie Brzechwa był już znanym autorem estradowym, piszącym pod pseudonimem Szer-Szeń (zapożyczonym od tytułu popularnej wówczas piosenki Szerszeń brytyjskiej pisarki Ethel Voynich) teksty piosenek, skeczy i rewii kabaretowych. Zamieszkał w malarskiej pracowni kuzynki Celiny Sunderland przy ulicy Marszałkowskiej. Piętro niżej mieszkała wielka miłość Bolesława Leśmiana, lekarka Teodora Lebenthal, którą poznał w 1918 roku w Iłży (przy domu w Ilży było miejsce „malinowego chruśniaka”). Brzechwa będzie więc niejako obserwatorem ich związku, a później powiernikiem kochanków i pośrednikiem w kontaktach, gdy Leśmian wyjeżdżał do Hrubieszowa, gdzie pracował jako rejent. Starsza córka Leśmiana podejrzewała, że i Brzechwa miał w latach dwudziestych romans z Dorą, a także był równocześnie kochankiem Celiny Sunderland, gdy był już zaręczony z kuzynką całej trójki Marią Sunderland!

Jako elegant, przywiązujący wagę do ubioru, Brzechwa nosił rękawiczki i laskę. Wzbudzał wśród studentek oraz tancerkach scen kabaretowych duże zainteresowanie, gdyż był wysoki i przystojny. Występująca jako piplaja w Cyruliku Warszawskim Stefania Grodzieńska zobaczyła któregoś dnia przez dziurę w kurtynie siedzącego na widowni eleganckiego mężczyznę. - Jaki piękny! - wykrzyknęła. - Muszę natychmiast się w nim zakochać! Koleżanki uświadomiły jej, że ów przystojny pan to "ten Brzechwa" i że każda chciałaby go zdobyć.

Brzechwa bywał nie tylko autorem utworów satyrycznych i współpracownikiem najlepszych teatrów kabaretowych, ale też kierownikiem scen artystycznych. Najbardziej znaną piosenką Brzechwy było tango Nietoperze, którą pewien dowódca, miłośnik rewiowych przebojów, kazał śpiewać podległym sobie żołnierzom, za co go przeklinali.

  

Mecenas Jan Lesman

W latach trzydziestych Brzechwa aktywnie działał jako prawnik, specjalizujący się w dziedzinie prawa autorskiego. Jako radcy prawny Związku Artystów i Kompozytorów Scenicznych (ZAiKS), którego poeta był współzałożycielem, występował przed sądem w wielu sprawach: błahych i poważnych, oczywistych i dyskusyjnych. Opublikował kilka prac na temat prawa autorskiego. Przełomem okazał się proces o prawo autorskie w dziedzinie filmu dźwiękowego, który Brzechwa wygrał, co było sukcesem na skalę europejską. Po wydrukowaniu relacji z tego procesu poeta został korespondentem zagranicznych czasopism prawniczych, a następnie wybrano go do Międzynarodowej Komisji Prawa Autorskiego. Najgłośniejszym procesem, w którym uczestniczył mecenas Jan Lesman, była sprawa przeciwko Tadeuszowi Piniemu, którego Zenon Przesmycki-Miriam oskarżył o bezprawną edycję wierszy Norwida. Sprawa ciągnęła się dwa lata i zakończyła się uznaniem przez Sąd Najwyższy argumentów Brzechwy, który był jednym z adwokatów reprezentujących poetę i krytyka literackiego Miriama. Mowa, jaką wtedy wygłosił, zyskała spore uznanie wśród prawników.

Brzechwa podejmował się też obrony spraw wzbudzających dużo kontrowersji, między innymi w procesie wytoczonym przez Związek Nauczycielstwa Polskiego „Ilustrowanemu Kurierowi Codziennemu” o oszczerstwo. Wydawcom tygodnika „Płomyk” zarzucano uprawianie kryptopropagandy komunistycznej, a biorąc pod uwagę, że czasopismo redagowały Wanda Wasilewska i Janina Broniewska, nie było to oskarżenie bezpodstawne, z czego musiał zdawać sobie sprawę Brzechwa. Mimo to podjął się obrony wydawcy pisma dla dzieci, w którym głoszono apoteozę bolszewizmu. W „Wiadomościach Literackich” pod rodowym nazwiskiem publikował porady prawne i artykuły na temat prawa autorskiego. Ponadto przyczynił się do rozszerzenia prawa autorskiego o instytucję droit de suite, czyli prawa ciągłości, dopiero raczkującego w państwach zachodnich.

Początki kariery prawniczej Brzechwy były imponujące. Już wtedy zyskał sobie ogromny szacunek i stał się autorytetem w dziedzinie prawa autorskiego. Przez całe życie jako adwokat odnosił wiele sukcesów na sali sądowej oraz niestrudzenie działał w różnych stowarzyszeniach na rzecz obrony praw twórców. Literatom pomagał zrozumieć zawiłości prawne. - Więc podpisaliśmy umowę, co? Mógłbym się założyć, że zrobiła to pani bez przeczytania wszystkich paragrafów, niemal z zamkniętymi powiekami. Tymi słowami Brzechwa zaczął wyjaśniać Sewerynie Szmaglewskiej prawa, jakie jej przysługują po podpisaniu z Czytelnikiem umowy. - Znam to. I co dalej? W tej chwili nie zdaje sobie pani sprawy z konsekwencji - mówił. - Po to istnieje prawo autorskie, żeby chroniło zdania, co dojrzały w wyobraźni poety, prozaika, dramaturga. Dzieło musi być otoczone troską, jak powstający żywy organizm - pouczał Brzechwa, który, jak wspominają przyjaciele, był zawsze nienagannie ubrany. Prezentował się w elegancko skrojonym garniturze i w okularach w grubych oprawkach, z markowym piórem w kieszonce i notesem przywiezionym z Francji.

 

Światłości mego życia, królewno moich marzeń, udręko mego życia…

Rok po ukończeniu studiów prawniczych (w 1926) po raz pierwszy się ożenił. Wybranką została wspomniana Maria Sunderland, wnuczka siostry jego ojca. Małżeństwo, którego owocem była córka Krystyna, nie trwało jednak długo. Niebawem poślubił Karolinę Lentową, z którą romansował, gdy trwało jeszcze formalnie jego pierwsze małżeństwo. Jak wspominała Maria Ludwika Mazurowa, Leśmian nigdy nie mógł wybaczyć krewnemu porzucenia wspólnej kuzynki, ślicznej Marysi. Niejako za karę na kilka lat zerwano z nim stosunki rodzinne, a swoją córkę zobaczył dopiero na pogrzebie Leśmiana, gdy dziewczynka miała dziesięć lat.

Po wojnie trzecią żoną Brzechwy została Janina Serocka. Okupacyjna historia ich związku obrosła legendą. Kazimierz Brandys spytał kiedyś Brzechwę, jak udało mu się przeżyć wojnę, skoro niearyjskie pochodzenie miał wypisane na twarzy. - To bardzo proste. Okupacja mnie nie dotyczyła. Byłem zakochany - odparł Brzechwa.

Janina była żoną fryzjera, który oprócz salonu prowadził jeszcze inne interesy, mniej lub bardziej legalne. Poeta poznał ją w 1940 roku i zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, ale bez wzajemności. Dwa lata później zobaczył ją w barze na Nowym Świecie. Uklęknął przed nią i… zemdlał. Janina zgodziła się na spotkanie, ale tylko po to, by ponownie oświadczyć mu, iż nie porzuci męża. Uczucie do tego stopnia Brzechwą zawładnęło, że nie zauważał okrucieństwa okupacji i zagrożeń z nią związanych. Nie mógł przestać myśleć o Janinie i gdy wszyscy Żydzi starannie się ukrywali, drżąc o swoje życie, on pisał czterdziestostronicowy list do ukochanej kobiety. Chudł w oczach, odżywiał się tylko słodyczami. Gdy kupował raz w cukierni torcik mocca, zatrzymali go Niemcy. Zabrali go na aleję Szucha i oskarżyli, że jest Żydem. Brzechwa miał odpowiedzieć, że to nieprawda, ale jeśli chcą go rozstrzelać, to niech tak zrobią, gdyż jemu i tak nie zależy już na życiu. Skonsternowani Niemcy chcieli wiedzieć dlaczego. - Kobieta, którą kocham, nie chce się ze mną połączyć, a życie bez niej nie ma dla mnie wartości - odparł. Odpowiedź była tak absurdalna, że Niemcy ryknęli śmiechem i go puścili. Przy budce wartownika przypomniał sobie, że w pokoju, gdzie był przesłuchiwany, został torcik. Wrócił, zastukał, przeprosił i zabrał ciasto. Niemcy byli tak zaskoczeni tą bezczelnością, że nie zaoponowali. Jak napisał Brandys: Ukochaną kobietę zdobył dopiero po wojnie. Romansować z innymi kobietami zaczął wkrótce po ślubie. Byli dobrym małżeństwem aż do śmierci Bajkopisarza.

 

O, matko! Mundur mi podaj

Na przewidywane zagrożenie wojenne zareagował Brzechwa wierszem Ojczyzna, który ukazał się 3 września 1939 roku na pierwszej stronie „Wiadomości Literackich”. Gdy padnie słowo „ojczyzna”,  /  Znów będzie warto żyć - napisał. We wrześniu poeta nie zdążył jednak założyć munduru, nie udało mu się uciec ani do Lwowa, ani do Wilna. Jako pisarzowi pochodzenia żydowskiego i majętnemu adwokatowi groziło mu więc śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony nie tylko Niemców, ale i szmalcowników. Schronił się najpierw w Mianocicach pod Krakowem, a potem w Opaczy pod Warszawą. W Mianocicach, w majątku Heleny Oskierko-Haller, zwrócił na niego uwagę Oskar Schindler, który miał oznajmić właścicielce: Kiedy ja tu przyjeżdżam, ten pan może bez obaw zasiadać z nami do stołu. Ale jeśli przyjdą Niemcy, lepiej niech się nie pokazuje. Po powrocie do Warszawy Brzechwa znalazł pracę w gospodarstwie rolnym, powstałym za sprawą Niemców na terenie toru wyścigów konnych na Służewcu. Został ogrodnikiem, a ponieważ gospodarstwo podlegało Towarzystwu Zachęty do Hodowli Koni zarządzanemu przez jedną z niemieckich firm, otrzymał ausweis. Dokument ten zapewniał duża szanse na przeżycie. Oprócz strzyżenia żywopłotu i kokietowania Janiny Brzechwa pisał wiersze, na dodatek, mimo wojny, adresowane do dzieci. Nowe utwory próbował sprzedawać podziemnym wydawnictwom. W czasie okupacji właśnie zaczęła się współpraca i przyjaźń Brzechwy z Janem Marcinem Szancerem. W trakcie powstania warszawskiego czynnie włączył się do walki z okupantem. W dzień wraz z innymi układał barykady, nocą zaś pełnił warty i wykonywał zadania związane z przynależnością do służby przeciwpożarowej. 

W powstańczej gazetce ukazywały się jego wiersze zagrzewające do walki. W końcu sierpnia doszło do groteskowego zdarzenia. Brzechwa został zatrzymany przez patrol powstańczej żandarmerii. Armia Krajowa omyłkowo wzięła go za jednego z groźnych Niemców, jak się domyślił poeta, o nazwisku Grundman, o którym wspominał mu kiedyś jego znajomy, mówiąc, że jest do niego bliźniaczo podobny. Polacy długo nie chcieli mu wierzyć. Dopiero gdy zobaczył go sędzia, którym okazał się przedwojenny kolega z adwokatury, pojawiła się szansa, iż zostanie wypuszczony. Tak więc na skrawku Warszawy wolnym od Niemców znalazłem się w areszcie jako Niemiec - wspominał po latach. Po klęsce powstania mieszkał Brzechwa kilka miesięcy w Zalesiu pod Piasecznem, skąd w 1945 roku wyjechał do Łodzi, gdzie po wyzwoleniu zaczął organizować się koncern prasowo-wydawniczy Czytelnik, którego radcą prawnym został Brzechwa. Pełnił funkcję prezesa łódzkich literatów i któregoś dnia wybrał się do ówczesnego ministra zdrowia Jerzego Sztachelskiego. Dzięki zacerowanej dziurce po papierosie rozpoznał, że elegancki garnitur, w jakim przyjął go komunistyczny minister, należał całkiem niedawno do poety. Jak zauważył jeden z przyjaciół Brzechwy, minister nabył garnitur najprawdopodobniej „na ciuchach” - z grabieży popowstaniowej.

 

Imię zapisane na wodzie

Po wojnie jako bajkopisarz Brzechwa cieszył się dużą popularnością wśród czytelników. Kiedy więc w jednym z łódzkich lokali pokazywał zdumionemu przyjacielowi, jak jakiś tajemniczy mężczyzna, podszywając się pod poetę, składa autografy na jego książkach, oświadczył, iż nie ma potrzeby wzywać milicji, gdyż ten facet właściwie wyświadcza mu przysługę, bo on nie lubi podpisywania książek. Przez całe jednak życie Brzechwa będzie przeżywać kompleksy z tego powodu, iż jest sławny bardziej jako autor utworów dla dzieci niż jako poważny oraz ceniony przez krytyków i recenzentów poeta. Pragnął przede wszystkim uwolnić się od cienia sławnego i genialnego kuzyna, Bolesława Leśmiana. To ciągłe porównywanie z krewniakiem mogło mu przycinać skrzydła, jak zauważa córka Brzechwy, Krystyna. Utwory dla dzieci pozwalały mu odróżnić się od Leśmiana.

Brzechwy nie opuszczała poza tym myśl, że już na zawsze przypisany mu będzie los człowieka, którego imię napisane było na wodzie. Na kilka tygodni przed śmiercią w liście do przyjaciela Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego wyznał: Z niewielu żądz, które posiadam, tylko żądza sławy jest godna artysty. Inne stanowią kulę u nogi.

A pasji Brzechwa miał wiele. Jedną z nich była gra w karty. Krytyk i eseista Jan Gondowicz, który w końcu lat pięćdziesiątych jako siedmioletni chłopak mieszkał naprzeciwko sławnego poety (przy ulicy Opoczyńskiej) i miał dzięki temu możliwość jego obserwowania, wspominał, że brydże trwały do rana. Podziwiał też przez okno ogromny, zajmujący jedną ścianę księgozbiór poety.

 

Był oportunistą, ale czy także kolaborantem, jak chcą po latach jego krytycy?

Zastanawia się nad tym w swojej najnowszej książce Brzechwa nie dla dzieci Mariusz Urbanek i odpowiada, że poeta wybrał, jak miliony ludzi, jedną z możliwych po 1945 roku politycznych dróg i jedną z możliwych ojczyzn. To była ta Polska, która gwarantowała mu najwygodniejsze i najbardziej dostatnie życie. Biograf uważa zatem, że był koniunkturalistą, ale nie kolaborantem, i że za swoje zaangażowanie w okresie stalinizmu zapłacił już ogromną cenę w wolnej Polsce. Po 1989 roku toczył się w mediach spór związany z nadawaniem szkołom lub ulicom imienia autora Akademii Pana Kleksa. Rozpalająca duże emocje dyskusja nie przyniosła rozstrzygnięcia, bo takiego być nie może. Jedni będą bowiem uparcie twierdzić, że Brzechwa był, obok Juliana Tuwima i Władysława Broniewskiego, wybitnym twórcą, który w pewnym momencie uległ po prostu komunistycznym mirażom oraz że nie zasługuje w związku z tym na wieczne potępienie i usuwanie z nazw szkół czy ulic. Drudzy natomiast - że był kolaborantem, człowiekiem wysługującym się zdrajcom ojczyzny. Ryszard Matuszewski wspominał, że Brzechwa nie był typem opozycjonisty. Wolał afirmować, niż atakować, a wiersze wspierające władzę traktował usługowo. Córka poety przypomina w rozmowie z Urbankiem, że okres, w którym jej ojciec uległ komunistycznej presji, nie trwał długo. Wielu pisarzy tworzyło w okresie stalinowskim rzeczy znacznie gorsze, a dziś są uważani za świętych. […] Absurdem jest wymaganie od artystów nieskazitelności. Jeśli chcemy, żeby to byli sami święci, wyrzućmy z muzeów i bibliotek wielu twórców. Jan Brzechwa i Bolesław Leśmian spoczywają na Powązkach wojskowych. Tuwim leży w Alei Zasłużonych (zresztą niedaleko Broniewskiego), Brzechwa zaś został pochowany trochę z boku, jakby nieco zapomniany i niedoceniany.

 

Cytaty i anegdoty pochodzą z książki Mariusza Urbanka, Brzechwa nie dla dzieci (Iskry, Warszawa 2013), która otrzymała nagrodę Czytelników w konkursie i plebiscycie "Najlepsza książka na lato 2013"!

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy