Liryczna obsesja materii czy dadaistyczny bełkot?

Autor: Mateusz Węgrzyn
Okładka publicystyki dla Liryczna obsesja materii czy dadaistyczny bełkot? z kategorii Brak kategorii

Ta oto utarta już fraza, zagrana za każdym razem w inny sposób na jakimkolwiek instrumencie dętym jest swoistym wyznacznikiem, który ułatwia a niektórym nawet umożliwia odróżnienie jazzu od wszelakich innych gatunków. Tak było do czasu, a możliwe że do naszych czasów. W środowisku istnieje utarta definicja jazzu jako grupy dźwięków, niekoniecznie wg odbiorców składnie i równo zagranych, występujących w licznym zestawieniu, od czasu do czasu da się przy nich zatańczyć. Alternatywą będzie Anna Maria Jopek. Nie chcę oczywiście generalizować ale przytoczyłem właśnie sposób myślenia dużej liczby społeczeństwa. Wśród młodszych wiekiem jazz kojarzy się z Us3 i emitowanym przez wszystkie radia utworu „cantaloop” (kawałek ma 10 lat ale niedawno przyszedł nań wielki boom w mediach) ewentualnie smooth jazzowym zaciąganiem Chrisa Botti – płyty chyba kultowej w pościelowych dyskografiach, kończąc na Norze Jones i jej ciepłym głosikiem, która zbiera wszelkie możliwe laury w pozajazzowych ankietach czy plebiscytach, a jedynym jej związkiem z jazzem jest wytwórnia Blue Note. W zadymionych klubikach jednak pojawiło się zjawisko muzyczne, które przez rzesze klasyfikowane jest do jazzu. Tylko dalej nie wiadomo, co to jest? Czy pokryje się to z nazwą acid/free/electric jazz ? Ogólnie może nu-jazz? Ewentualnie neo preogressive jazz? Tak wiele pytań można zadać. Już dawno pojawiła się bardzo wygodna nazwa „fusion”. Wygodna dla tego, że w sumie nic nie znaczy, ponieważ nie wiadomo co się pod nią kryje, oraz wygodna dla tego, że można pod nią ukryć wszelakie formy muzyczne. Pierwotnie pod tym określeniem ukrywali się muzycy tacy jak: John McLaughin, Pat Martino, Zwinul, czy Herbie Hancock (ryzykowne posunięcie wstawić tutaj Herbiego, może się to komuś nie podobać). Teraz pod nazwę fusion można wkleić np. podobny skład jak pana Indgolda: - pan Indgold - instrumenty perkusyjne o określonej wysokości brzmienia - cymbałki, - Franek Keta – instrumenty egzotyczne - piłka do metalu, - DjZygmunt – jako beatboxer – gębofon - Sonia z parteru – syntezator – fortepian turystyczny (czytaj organy komunijne Casio) Taki oto dream team może spokojnie ukrywać się pod obecną nazwą fusion. Niech sobie grają jeśli to lubią, tylko czy możemy zaklasyfikować to do jazzu? Joahim Ernst Bernardt w swojej książce „Dass Jazzbuch” pisze, że każda epoka jazzu zaczynała się i kończyła w równych odstępach co 10 lat. Ta schematyczność była zupełnie przypadkowa, jednakże miała miejsce. Autor kończy swą klasyfikację na epoce 1970 roku, później wspomina o elektrycznym jazzie kolejnych lat, ale nie posiada w pełni informacji żeby móc w ogóle mówić o jakiejkolwiek klasyfikacji, podsumowaniu. Pomiędzy XXI w, a datą ostatniego zapisku Bernardta jest luka o szerokości 20 lat. Historią najnowszą zajmiemy się następnym razem, teraz skupmy się na teraźniejszości. Pewne jest to, że muzyka jako sztuka musi być teraźniejszością, ponieważ w teraźniejszości powstaje, jest reakcją na otoczenie, jest środkiem wyrazu etc,etc,etc. Musi być aktualna, jako, że jeśli wychodzi od ludzi(muzykantów) do ludzi(publiczności) powinna spotkać się ze zrozumieniem, akceptacją(chyba). Teraz powstaje pytanie gdzie tu jest jazz i co to w ogóle jest? Definicją i argumentacją że takie coś istnieje jest 100 lat historii, ale gdzie uzupełnienie jeśli chodzi o teraźniejszość. Jedną z wytycznych będzie plastyczność tej muzyki i stały element improwizacji – to co chyba jest jednym z paradygmatów, tym co się nigdy nie zmieni. Drugim wyznacznikiem będzie jego aktualność, bo żadna inna muzyka na świecie nie była tak wrażliwa i nie opowiadała tak o otaczającym nas świecie jak robi to jazz, bo jazz jest wszystkim i wszystko jest jazzem (cóż za patos!). Przez ostatni czas dał się zauważyć bardzo drapieżny, energiczny mainstream. Sporo w nim było elektroniki, sample, loopy, mocny beat, syntetyczne dźwięki, atonalność i dodekafonia do, której świat jazzu free(60`) dążył ustawicznie a nigdy nie osiągnął. Wyraźnie można było zaobserwować wręcz niepokój i silne napięcie, maksymalna ekspresywność i „zaplątana”, pozakręcana forma. Panowie za djkami stawali na scenie z kontrabasistami i trębaczami. Wszelaki eksperyment mile widziany, wiadomo– awangarda. Taka muzyka jest potrzebna, była potrzebna i nie chodzi tutaj o emocjonalny katharsis, potrzebna jest również dla tego, żeby powstawał inny odrębny kierunek do tego, który obecnie panuje. Taka wręcz tarasowa zmiana idei estetycznych o 180 stopni jest znana od początku historii sztuki, muzyki. Obecnie następuje stopniowe odprężenie, rozluźnienie napięcia, uspokojenie, można nazwać to ucieczką od codziennego zgiełku. Mogę zaryzykować że to zjawisko na polskiej scenie zaczęło się od albumu „Suspended Night” Tomasza Stańki. Gdzie dźwięki spokojnie wybrzmiewają, dojrzewają , łączą się ze sobą. Są elementy jazzu free/acid/nu ale nie da się tego uniknąć, jest to normalna konsekwencja ewolucji. Na rynku pojawiają się tria fortepianowe jak EST – Esbjorn Svensson Trio, czy polskie mało znane RGG Trio – akustyczne składy w dobie elektronizacji spłuczki WC? A jednak, zapotrzebowanie na spokojną, przestrzenną i ciepłą muzykę wzrasta! Co najciekawsze wszelkie jazzowe formacje jak: fortepianowe tria i tym podobne zespoły akustyczne wchłania Japonia, najbardziej zindustrializowany kraj na świecie, o stolicy gdzie przypada 30 osób na metr kwadratowy gdzie jest najwyższe stężenie dwutlenku węgla i w reszcie w kraju gdzie nowy model telefonu komórkowego wypuszczany jest co parę dni. Czyżby ucieczka od hałasu, bieganiny codzienności? Nas też to czeka, niektórzy już uciekli w stronę spokoju inni się przygotowywują a jeszcze inni dalej będą słuchać Louisa Armstronga.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy