Kod Leonarda da Vinci - między fikcją a herezją

Sławomir Krempa
« powrót

Publicystyka - Obrazek

Wybiorę się do kina, aby obejrzeć film, nakręcony na podstawie powieści Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci”. Choćby tylko po to, by pokazać, że nie obchodzą mnie wypowiedzi ignorantów, którzy nie rozumieją zasad, jakimi rządzi się gatunek powieści czy kino sensacyjne.

Od samego początku historia, spisana przez Dana Browna, budziła ogromne kontrowersje. Mówiono o herezjach autora „Kodu...”, o tym, że jego powieść jest frontalnym atakiem na Kościół, wynikiem spisku masonów, Żydów na rowerach, łże elit czy postkomuny. Ukazało się wiele „naukowych” tekstów, rzekomo demaskujących „błędy” pisarza, krytykowano go za nieznajomość historii, ignorancję w kwestiach, związanych z tak subtelną materią, jaką jest sztuka. Wielokrotnie wypowiadali się na temat książki dostojnicy Kościoła, apelując, by nie pozwalać autorowi zarobić na steku tanich sensacji, albo przynajmniej – nie wierzyć bezkrytycznie w to, co Brown pisze. Po raz kolejny okazało się, że specjalistów od public relations Kościół ma kiepskich, bo – podobnie jak w przypadku apeli o bojkot książek, opowiadających o przygodach Harry’ego Pottera – Czytelnicy z jeszcze większym zainteresowaniem runęli do księgarń. Mechanizm jest prosty – ludzie kupują książki, o których się mówi, dyskutuje, a jeśli w dodatku kler tak gwałtownie potępia autora, że pewnie najchętniej spaliłby go na stosie jego powieści – znaczy: coś ukrywa i coś jest „na rzeczy”.

I pewnie „Kod...” skończyłby jako kolejny „bestseller jednego sezonu”, o którym wszyscy zapominają natychmiast po przeczytaniu, gdyby nie decyzja o ekranizacji książki. A konkretnie – gdyby nie burza, jaka nastąpiła tuż po jej podjęciu. Żaden bowiem z dostojników Kościoła nie wyciągnął wniosków z historii dyskusji o książce. Ponownie pojawiły się apele o bojkot, o objęcie filmu cenzurą, o odstąpienie od decyzji ekranizacji Wielkiej Herezji Dana Browna. Piekło trwało, a specjaliści od marketingu zacierali ręce z zadowolenia. Zapewne, gdyby nawet afera nie wybuchła, postaraliby się ją sprowokować, a tak – oszczędzono im wysiłku. I pieniędzy. Poza tym, wiadomo było, że na Audrey „Amelię” Tatou i Toma Hanksa „polecą” tłumy.

Im bliżej premiery, tym bardziej atmosfera robiła się gorąca. Książki, poświęcone powieści Browna, sprzedawały się doskonale, a prasa huczała od plotek. Okrzyki protestu rozmaitych środowisk chrześcijańskich rozbrzmiewały coraz głośniej, stając się doskonałym tłem dla promocji filmu. W końcu zabrał głos Sekretarz Kongregacji d.s. Nauki i Wiary. I kto dotąd jeszcze wątpił w sens odwiedzenia kina, ostatecznie upewnił się, że takiej okazji przepuścić nie wolno.

Tymczasem, jak przyzwoita była powieść Dana Browna, tak do kin weszła jej bardzo kiepska ekranizacja. Krytycy po premierze, miast klaskać, milczeli potępiająco, publiczność podczas trwających ponad 2 godziny seansów ziewała lub wręcz – gwizdała. Nie było napięcia, dramaturgii, a epigonizm i nieznośna konwencjonalizacja, w powieści dzięki sprawnie i szybko prowadzonej narracji nie aż tak widoczne dla niewprawnego oka, w filmie wywoływały zgrzytanie zębów. Ale – Kościół przestrzega, „show must go on”.

I tylko zastanawia czasem, co o tej całej aferze myśli Dan Brown, ów demoniczny heretyk i współczesny Antychryst? Pewnie z zadowoleniem zaciera ręce na myśl o tantiemach za wznowienia, prawa do ekranizacji, o darmowej promocji kolejnych swych książek. Sumienie ma przecież czyste – w końcu na 3. czy 4. stronie wyraźnie zaznaczył: prawdziwe są dzieła sztuki. Cała reszta to fikcja. Swą opinię podtrzymał w niejednym wywiadzie. On jest „czysty”, to tylko ludzie dali się nabrać nadgorliwym dostojnikom Kościoła.

Ja również nie przeczytałbym słabej powieści sensacyjnej, jaką jest „Kod...”, nie poszedłbym do kina, aby obejrzeć jeszcze słabszą jej ekranizację, tak, jak początkowo nie miałem zamiaru czytać ani oglądać ekranizacji powieści J. K. Rowling. Sytuacja diametralnie zmieniła się w momencie, gdy głos zabrał Kościół.

Jestem bowiem – zaznaczam to wyraźnie – głęboko wierzącym (więc i praktykującym) chrześcijaninem, katolikiem. Interesuję się biblistyką i bieżącymi sprawami Kościoła. Staram się rozumieć jego naukę i – co o wiele trudniejsze – wcielać ją w życie. O efektach (lub ich braku) rozmawiam tylko przy spowiedzi, z nich po śmierci zostanę rozliczony.

Ale nie cierpię, powtarzam: nie cierpię i nie toleruję, gdy ktoś wypowiada się na temat, o którym nie ma bladego pojęcia. Jak duchowny, teolog, biblista – o literaturze. Papirolodzy i bibliści mogą decydować o tym, czy dany tekst jest apokryfem, czy może należałoby go włączyć do Kanonu Pism Objawionych. Mogą mówić o dogmatach wiary, odtwarzać tekst dawnych pism, rozszyfrowywać znaczenia słów mistyków czy Ojców Kościoła. Ale gdy w grę wchodzi współcześnie napisana powieść, ustąpić muszą miejsca literaturoznawcom.

Nie ośmieliłbym się „odsyłać do kąta” autorytetów moralnych, nie mając podparcia w tekstach naukowych, literaturoznawczych. Tymczasem, nie trzeba czytać wielkich tomiszczy, napisanych językiem dla laika kompletnie niezrozumiałym. Wystarczy sięgnąć po małą książeczkę Umberta Eco „Sześć przechadzek po lesie fikcji”. Włoski semiolog pisze wyraźnie, że kiedy otwieramy książeczkę, opatrzoną etykietką: „powieść”, wkraczamy do lasu fikcji, do zupełnie nowego świata. Owszem, zwykle „żeruje” on, bazuje na prawach, panujących w naszym świecie, autor może garściami, tonami czerpać z rzeczywistości, wykorzystując miejsca, daty, postacie i dzieła sztuki. Ale, o ile możemy założyć, że niektóre prawa, obowiązujące w świecie rzeczywistym (prosty przykład – grawitacja) mogą funkcjonować także w „lesie fikcji”, o tyle próba odnoszenia cech, przypisywanych bohaterom literackim czy instytucjom, istniejącym na kartach powieści do bohaterów czy instytucji, spotykanych w życiu, byłaby „stawianiem świata na głowie”. Chrystus w świecie „Kodu...” mógł więc nie tylko mieć żonę i dzieci, ale nawet – sześć żon i być muzułmaninem. Nieważne, że Mahomet urodził się – przynajmniej w naszym świecie – wiele lat później, u Browna wydarzenie to mogło mieć miejsce w zupełnie innym czasie.

Oczywiście, przyjęło się, że jeśli tworzymy powieść, umiejscawiając jej akcję w świecie, zbliżonym do rzeczywistego, to staramy się o możliwie dużą wiarygodność, albo zgodność z faktami. Ale podstawowa zasada nie może zostać zmieniona – „Kod Leonardo da Vinci” może być więc naiwną bzdurą, ale nigdy – herezją.

I dlatego właśnie, gwałtownie protestując przeciwko łączeniu tzw. „życia” i literatury, decyduję się zabrać głos w tej sprawie. Dlatego, że sztuka to nie historia, a sedno, istota literatury nie leży w wiernym odzwierciedlaniu rzeczywistości. Dlatego wreszcie, że laicy nie powinni samodzielnie decydować o dogmatach wiary, a duchowni nie mogą tworzyć współczesnego indeksu ksiąg zakazanych, z


poprzednia
- [1] [2] -


Zobacz też:

Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
mg2006-05-18 01:23:20
avatar
to prawda. I dziwi mnie to również i bulwersuje, że zapomina się o istnieniu fikcji literackiej. I jeszcze jedna rzecz mnie zdumiewa, że nigdy Kościół tak radykalnie i gwałtownie nie wypowiedzial się wobec żadnego horroru, w którym występują złe moce. Przyznam, że dla mnie właśnie te filmy i książki mogą zrobić wiele szkody,a nie "Kod", który w gruncie rzeczy, mimo że świetny warsztatowo - jest zwykłym czytadłem.
odpowiedz
mh2006-05-18 01:23:20
avatar
Sławku. Twoja postawa jest taka: ktoś mówi, że to w co wierzysz to kupa - przepraszam - gówna, a Ty się uśmiechasz i zamiast dać w mordę - płacisz mu. Ja mu nie dam w mordę, ale też nie dam zarobić. Gdy ktoś atakuje coś, co jest mi bliskie - to obojętne jest, czy czyni to wprost czy też za pomocą literatury. Wykorzystanie sztuki do podważania prawd wiary kościoła katolickiego budzi we mnie jeszcze większą niechęć - bo autor chowa się pod jej parasolem. Wolę stanowisko wobec "Kodu..." wyrażone w liście arcybiskupa Dziwisza.
odpowiedz
am/pm2006-05-18 01:23:20
avatar
takie fajne stanowisko napisane z wykorzystaniem prostego chwytu retorycznego, który można określić pobieżnie, ale i obrazowo jako "urodziełm się wczoraj". Rozumiem, że Autor nie słyszał o protestach Żydów dotyczących antysemityzmu tego lub innego całkowicie fikcyjnego dzieła, nie słyszał o protestach Polaków pokazywanych jako skończeni idioci lub złodzieje (o ile dobrze pamiętam głośno było o filmie dotyczącym naszej mniejszości w Chicago, coś o weselu, a ostatnio o reklamach Mediamarktu, oczywiście całkowicie fikcyjnych). Praktycznie zawsze obraz danego zjawiska nie był kreowany w oparciu o fakty, czy wysłuchanie świadków, chętniej słuchano i słucha się legend, plotek, przekazów opierających się o stereotypy. Dochodzenie do prawdy jest mozolne i niewdzięczne. Dlatego fikcyjny obraz podalany tanią sensacją wypiera obraz prawdziwy. Po pewnym czasie nie wiadomo co było inwencją twórcy a co sfabularyzowanym dokumentem. Szczególnie teraz w okresie, jak niektórzy twierdzą "wielkiej fikcji", "wielkiej gry". Jedyne co może bronić autora posługującego się krzywdzącymi czyjeś odczucia kłamstwami, literacko wyretuszowanymi by nieobeznanego z temtem czytelnika wprowadzić w błąd, to literacka jakość dzieła. Mogę bronić "Szatańskich wersetów", na "Kod" nawet nie splunę.
odpowiedz
slk2006-05-18 01:23:20
avatar
Gdybym miał oburzać się i bojkotować każdą książkę czy film, w którym wizerunek Kościoła czy Chrystusa jest nieco zafałszowany, musiałbym odrzucić bardzo wiele spośród współczesnych dzieł filmowych, zrealizowanych na Zachodzie, a nawet sporo spośród polskich produkcji. Bo kogoś mogłoby oburzyć "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", ktoś mógłby uznać ten doskonały film za profanację. A "Ostatnie kuszenie Chrystusa"? A bardzo popularna powieść "Dzieci Graala", w której nie dość, że występują potomkowie Jezusa Chrystusa (chłopiec i dziewczynka), to jeszcze, wiedząc że są rodzeństwem, nawzajem się pieszczą, dochodząc niemal do seksu. To rzecz bardzo na Zachodzie popularna, a jakoś protestów przeciwko książce nie słyszałem. Secundo - rozdzielmy publicystykę, antysemickie teksty, publikowane na łamach prasy, oddzielmy powszechnie panujące poglądy i przekonania od literatury - nawet tak słabej, jak "Kod..." Gdyby nie setki protestów i głosów krytyki, książka Browna byłaby często czytana, ale ostatecznie pozostałaby bez większego echa, odzewu. Za pół roku wszyscy by zapomnieli, że taka książka w ogóle została napisana. A tak - czytają "toto" setki ludzi, zaś głosy krytyki ze strony Kościoła skłaniają ludzi do tego, by powieść Browna traktować poważnie. Traktować jako "dokument", a nie - literacką fikcję. Płacę za kawał dobrego kina rozrywkowego, czy książkę, doskonałą do czytania w pociągu. Literatura sensacyjna czy kryminalna nie ma ambicji zmieniania świata, moralizowania czy przedstawiania spójnej filozofii. Ma się po pierwsze - sprzedać, a po drugie - dostarczyć Czytelnikowi relaksu, pozwolić mu odpocząć. I książka, i film te warunki spełniają (film w mniejszym stopniu). Tyle. Ale za komentarze dziękuję i zapraszam do dalszej dyskusji bądź publikacji obszerniejszej polemiki ;-)
odpowiedz
am/pm2006-05-18 01:23:20
avatar
W kwestii technicznej- z przedstawionego powyżej stanowiska wnioskuję, że nick "slk" należy do autora artykułu, jeżeli nie- przepraszam, ale założę że tak jest dla przejrzystości stanowiska. W artykule nie ma mowy o fałszowaniu w stopniu "nieco", lecz o dowolności w tworzeniu (także kłamstwa i/lub sytuacji, zdarzeń, sądów itd. obraźliwych), pod jednym tylko warunkiem, że dzieło posiada etykietę np. "powieść" a nie "na faktach". Zaproponowałem, by o negatywnej ocenie danego dzieła decydowało wyważenie pomiędzy szkodą wynikającą z treści a jego artystyczną wartością. Oczywiście ta ocena będzie zawsze subiektywna i nie mówię tu o kwestii prawnej, która musi się odwoływać do sformalizowanych zasad społecznych. To ocena każdego odbiorcy; w przypadku "Kodu" nie mam wątpliwości. Z tych samych powodów przyjmuję "Ostatnie kuszenie Chrystusa" (choć raczej książkę Kazantzakisa) Po drugie w żadnym miejscu nie wspominałem o publicystyce, mówiłem o fikcji artystycznej. Lista dzieł uznawanych za antysemickie jest długa; ostatnio było głośno o "Pasji" (bo to chyba wizja artystyczna została uznana za antysemicką, a nie Ewangelie). Bawi mnie również, że ówcześnie oburzeni obecnie domawiają prawa do oburzenia się na "Kod". Po trzecie oczywiście można ignorować tego typu "sztukę", ale mam też zrozumienie dla ludzi, którzy się zdenerwowali, gdy stale nazywa się ich (fikcyjnie, oczywiście) idiotami, a wyznawane przez nich przekonania i wiara uznawane są za stek bzdur. Po czwarte o gustach się nie rozprawia, ale od literatury sensacyjnej oczekuję dobrego warsztatu w budowaniu tła, na tyle, bym uwierzył, że opowiadana historia mogłaby się zdarzyć. Jeżeli w kryminale o Sherlocku Holmesie miałby on walczyć z grupą terrorystów próbujących wysadzić Luwr znajdujący się w Londynie za pomocą ukradzionej w Związku Radzieckim bomby atomowej, to nie sądzę bym miał z czytania przyjemność. Nie lubię, gdy ktoś obraża moją inteligencję.
odpowiedz
losar 2006-05-18 01:23:20
avatar
Nie widzialam filmu ale ksiazka moim zdaniem jest swietna i ciekawa. A to co czytam to tylko i wylacznie moja sprawa i nikt za mnie nie bedzie decydowal.Jest wiele takich kontrowersyjnych pozycji i kazdy ma prawo decydowac czy przeczytac czy nie.
odpowiedz
dayna152006-05-18 01:23:20
avatar
Film świetny. Teraz czas na książkę.
odpowiedz
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów