Koniak za matematykę. Lwowska szkoła matematyczna

Adrianna Michalewska
« powrót

Publicystyka - Obrazek

Niezliczona jest ilość błędów, które popełniłem, ale skromność powstrzymuje mnie od ich wymieniania. (Hugo Steinhaus, za: Genialni. Lwowska szkoła matematyczna) Bezsprzecznie byli genialni. Grupa matematyków lwowskich, zgromadzona wokół profesora Hugona Steinhausa i jego największego ucznia – profesora Stefana Banacha, która spotykała się w lwowskiej kawiarni Szkocka przed II wojną światową, poruszyła i zrewolucjonizowała nowoczesną matematykę.  Łączyły ich pasja i przyjaźń, choć dzieliły doświadczenia i pochodzenie społeczne. Jak stwierdził jeden z nich, Stanisław Ulam, który pracował w USA przy tworzeniu bomby atomowej, nigdy i nigdzie na świecie nie było takiego ducha twórczej rywalizacji.  Walczyły o nich największe uczelnie świata. Uniwersytety w Europie, Ameryce i Rosji kusiły niewyobrażalnymi sumami. Tylko kilku zdecydowało się na opuszczenie Polski. Większość została, czasami płacąc za swój wybór życiem.  Wybuch wojny i zbrodnicza polityka faszystowskich Niemiec zakończyły istnienie Lwowskiej Szkoły Matematycznej. Fenomen ludzi, którzy ją stworzyli, przetrwał. A wraz z nim poczucie, że Polacy bywają genialnymi matematykami. 

przez narodowców, nie ułatwiały kariery naukowcom o żydowskich korzeniach. Ale Steinhaus był wyjątkowy i przyciągał podobnych sobie: Stanisława Mazura, genialnego matematyka, późniejszego ojca baletnicy i tancerki Krystyny Mazurówny, Władysława Orlicza, autora teorii przestrzeni funkcyjnych, Juliusza Schaudera, badacza całek, Marka Kaca, badacza teorii prawdopodobieństwa, późniejszego profesora uczelni amerykańskich, Hermana Auerbacha, Stanisława Saksa, Kazimierza Kuratowskiego, badacza topologii, czy Stanisława Ulama, późniejszego współtwórcę bomby wodorowej w Los Alamos, tajnej bazie USA, a także innych, nie mniej genialnych i utalentowanych uczonych.


Spotykali się w kawiarni Szkockiej we Lwowie, gdzie zgłębiali matematyczne zagadnienia, grali w szachy i wypijali olbrzymie ilości koniaku. Przodował w tym Banach, który kochał kawiarniane życie, alkohol i gwar. Podobno w lokalu zawsze siadał blisko orkiestry. Wydawało się, że hałas zupełnie mu nie przeszkadzał. Studenci zauważali, że ich mistrz często przychodził na poranne wykłady w odświętnym ubraniu.


- Czyżby szykował się na jakąś uroczystość po wykładzie? - myśleli. Nie, profesor Stefan Banach biegł do pracy prosto ze Szkockiej, gdzie po raz kolejny spędził noc. A wraz z nim jego przyjaciele, uczeni.


Żona Stanisława Mazura, pragmatyczna do szpiku kości, nieraz pędziła za mężem z miotłą. Nie przypadły jej do gustu upodobania genialnego męża. Od nieprzynoszących wymiernych zysków debat naukowych wolała solidną pensję, a tej na razie młody matematyk nie potrafił jej zapewnić. Ostrzeżony na czas Mazur ukrywał się przed krewką kobietą za kontuarem.



- Niech pan spojrzy – złościła się sprzątająca w Szkockiej, pokazując porysowany ołówkiem blat stolika.
- Proszę przykryć papierem i odstawić pod ścianę – zarządzał właściciel lokalu.

Było jasne, że skoro na blacie zapisano matematyczne zagadnienia, to należy spokojnie zaczekać, aż kolejnego dnia ktoś się pokusi o ich rozwiązanie. Czyli matematycy wrócą, a wraz z nimi przyjdą filozofowie, chemicy i grupa studentów, która w nabożnym skupieniu będzie przysłuchiwała się dysputom toczonym przy kolejnych butelkach koniaku. A takich klientów nie wolno lekceważyć.


Aby jednak nie drażnić sprzątającej w Szkockiej, a przede wszystkim, aby zachować zapiski czynione naprędce na blacie stolika, w 1935 roku Stefania Banachowa ufundowała mężowi i jego przyjaciołom zeszyt w kratkę, który przeszedł do historii pod nazwą Księga Szkocka. Kosztował 2 złote i pięćdziesiąt groszy. Do końca maja 1941 roku zapisano w nim 193 problemy.

Koniak za matematykę. Jeśli ktoś udziela na pytanie odpowiedzi bardzo precyzyjnej, ale kompletnie nieużytecznej, musi być matematykiem. (Genialni. Lwowska szkoła matematyczna)

Nie na wszystkie pytania udało się odpowiedzieć. Po pewnym czasie tradycją stało się fundowanie nagród dla uczonych, którzy potrafili wyjaśnić opisane zagadnienia. Najczęściej proponowano alkohol, ale Stanisław Mazur zaproponował podobno gęś za postawiony przez siebie problem. Nagroda została wypłacona trzydzieści sześć lat później. Naturalnie, nie była to już ta sama gęś.


Wpisywano tam poważne zagadnienia matematyczne, ale i żartobliwe anegdoty, dotyczące życia bywalców Szkockiej. Jak pisze Urbanek, Steinhaus poruszył w Księdze zagadnienie ilości zapałek w pudełkach ukrytych po kieszeniach Banacha. Po wybuchu wojny planowali zakopać zeszyt na boisku piłkarskim, ukryty w metalowej skrzynce. Na szczęście nie było to konieczne. Księga Szkocka przetrwała wojnę. Dzięki zapobiegliwości fundatorki, Łucji Banachowej, w 1946 roku trafiła w ręce Hugona Steinhausa. Pod koniec lat pięćdziesiątych profesor wysłał jej kopię do Los Alamos, gdzie Stanisław Ulam pracował nad bronią nuklearną. Genialny uczony księgę przetłumaczył i powielił, aby w ilości trzystu egzemplarzy rozesłać do znanym matematyków na całym świecie. Tymczasem w Polsce nigdy nie ukazała się drukiem.


Od 1946 roku kontynuowano ją we Wrocławiu, choć teraz nazywała się już Nowa Księga Szkocka. Wpisano do niej 968 zagadnień, które nagradzano, jak wcześniej, we Lwowie, alkoholem, ale i kartkami na mięso. Cóż, jakie czasy, takie nagrody.

Ucieczka. Wojna

Tymczasem była połowa lat trzydziestych XX wieku i kariera matematyków kwitła. W 1936 roku na Międzynarodowym Kongresie Matematycznym w Oslo ojciec cybernetyki Norbert Wiener, za pośrednictwem Johna von Neumanna oferował Banachowi posadę w swoim zespole badawczym w USA. Polski uczony był znany na całym świecie dzięki swojej pracy Teoria operacji liniowych. W Moskwie na przykład funkcjonowały jedynie dwa egzemplarze tej książki. Nie trzeba dodawać, że wiecznie była do nich kolejka oczekujących.


Tymczasem w Polsce klimat na uczelniach był coraz bardziej nieprzychylny Żydom. Obowiązywały getta ławkowe, a narodowcy szukali pretekstu do bijatyk. Podczas jednego z wykładów Steinhausa doszło do regularnej bitwy, wywołanej przez niezadowolonego z obecności żydowskich studentów słuchacza. Sam profesor cudem opuścił salę bez uszczerbku, podobnie jak inni polscy studenci, bezradni wobec agresji, której byli świadkami. Ta atmosfera, a także znacznie lepsze perspektywy na Zachodzie sprawiły, że Stanisław Ulam wybrał stypendium w Princeton i na kilka lat przed 1939 rokiem był poza granicami kraju.


W 1937 von Neumann ponownie zaproponował Banachowi karierę w Ameryce. Jak pisze Urbanek, wręczył uczonemu czek z jedynką, do której ten miał dopisać odpowiednią ilość zer, aby powstała kwota, za którą byłby skłonny pracować w USA. Polski uczony myślał o stypendium, chciał pojechać za granicę, jednak o opuszczeniu ojczyzny na stałe nie myślał.


Podobnie Steinhaus, który okazał się nie tylko uczonym matematykiem, ale też wynalazcą. Wymyślił szyfr listowy i urządzenie, pozwalające potwierdzić zawartość listu poleconego. Przedstawiwszy swoją ofertę Poczcie Polskiej otrzymał odpowiedź, że instytucja ta nie jest zainteresowana propozycjami ulepszeń, nadsyłanymi jej przez publiczność. Największym jednak wynalazkiem profesora była stereoskopowa fotografia rentgenowska, nad której projektem pracował kilkanaście lat. Dzięki stworzonemu przez siebie introwizorowi pozwolił medykom na precyzyjne ustalenie miejsca uszkodzenia ciała nie tylko w płaszczyźnie, ale i na określonej przez urządzenie głębokości.


Zaproszony w 1938 roku do Warszawy na kongres rentgenologów, zniesmaczony (jak pisze Mariusz Urbanek), pisał o chamstwie i prostactwie, na jakie natykał się na każdym kroku w stolicy. Zniechęcony tymi doznaniami z radością powrócił do Lwowa.


Tymczasem w Harvardzie Stanisław Ulam uczył matematyki i rachunku podobieństwa. Był już znanym i cenionym uczonym, o którego słusznie mogli być zazdrośni amerykańscy naukowcy. Jak pisze Urbanek, zagadnięty o przyszłość Ulam miał powiedzieć: Matematycy mają skłonność do martwienia się z powodu malejącej zdolności koncentracji, podobnie jak niektórzy mężczyźni martwią się o swoją potencję seksualną.


Gdy do Lwowa wkroczyli Rosjanie, sytuacja genialnych matematyków nie wydawała się groźna. Jako wykładowcy nauk ścisłych nie tylko nie stanowili zagrożenia dla reżimu komunistycznego, ale mogli liczyć na szacunek, jakim w Kraju Rad otaczano profesorów. Aż do ostatnich dni czerwca 1941 roku pracowali i spędzali


- [1] [2] [3] [4] -


Zobacz też:

Publicystyka - Gęś za rozwiązanie! Hugo Steinhaus i początki Lwowskiej Szkoły Matematycznej Gęś za rozwiązanie! Hugo Steinhaus i początki Lwowskiej Szkoły Matematycznej Przy marmurowych blatach niewielkich kawiarnianych stolików siedzi grupa elegancko ubranych mężczyzn. Garnitury, dobrze dobrane krawaty, nierzadko kamizelki, tylko jeden ma koszulę z krótkim rękawem więcej...
Publicystyka - Panny w cieniu Panny w cieniu "Wesela". Maria, Zofia i Eliza Pareńskie Miłość, namiętności, zdrady, narkotyki, samobójstwo, skandale oraz wielka Sztuka i Historia - to wszystko naznaczyło i składało się na losy trzech sióstr, które zostały okrzyknięte zaszczytnym więcej...
Opinie
Musisz być zalogowany by móc komentować.
violabu2015-01-16 09:35:51
avatar
Matematyka - królowa nauk. To fakt.
odpowiedz
nureczka2015-01-16 09:35:51
avatar
Tekst zachęcił mnie do kupienia książki. Czekam teraz na przesyłkę.
odpowiedz
jaszczowka2015-01-16 09:35:51
avatar
Tekst bardzo zachęcająco ( na książke ) napisany :)
odpowiedz
POLUB NAS!
WYDAWCY POLECAJĄ
Zwyczajna łaska
Książka Racheli
Sekret Wesaliusza
REKLAMA
linia_1_reklama linia_2_reklama linia_3_reklama
 
STRONA GŁÓWNA

MOJE GRANICE
Dodaj/Opublikuj
Wirtualna biblioteczka
Ustawienia
Więcej opcji
KSIĄŻKI
recenzje
premiery, nowości
zapowiedzi wydawnicze
audiobooki
patronaty
rankingi
autorzy
rekomendacje
wyzwania czytelnicze
WIERSZE

OPOWIADANIA

KONKURSY

SPOŁECZNOŚĆ
forum
blogi
zdjęcia
filmy
kalendarz
książki za aktywność
PUBLICYSTYKA
wywiady
eseje
sylwetki twórców
recenzje filmów